No to pokażę Wam jeszcze kawiarnię króliczą, którą również ratowałam się końcem wakacji. Te słodkie zajęczaki są łase na sianko i cudownie wyluzowane. Nie boją się ludzi i mają ogólnie wywalone, czego sobie i Wam z całego serca życzę.
No to pokażę Wam jeszcze kawiarnię króliczą, którą również ratowałam się końcem wakacji. Te słodkie zajęczaki są łase na sianko i cudownie wyluzowane. Nie boją się ludzi i mają ogólnie wywalone, czego sobie i Wam z całego serca życzę.
Pamiętacie, jak pisałam o ostatnich dniach wakacji? Chodziłam
jak struta, bo od iluś tam lat znoszę powroty do szkoły coraz gorzej, aż do
prawdziwej traumy. Na sto procent na emeryturze będę cierpieć na PTSD. Tak mnie
i innym dała do wiwatu gestapówka. Nie znoszę już tych murów i tych
ludzi, i uczniów…
Musiałam zapobiec stanowi rozklekotania, więc robiłam to, co
zawsze ma na mnie dobry wpływ, czyli przebywałam wśród zwierząt. A że
jedna Fanta i śledziowie to za mało, szłam na przykład do Kotłowni – kociej
kawiarni. Można tu nie tylko zjeść deser, wypić kawę, obserwować koty, głaskać
je, bawić się z nimi. Są to podopieczni Fundacji „Felineus” i w każdej
chwili można któregoś kociaka adoptować. Już spora liczba futerek znalazła w ten
sposób swoje domki. Podoba mi się zakaz wstępu dla cholernych bąbelków, które
nie tylko robią nieznośny hałas, ale i mogą krzywdzić lub stresować
zwierzaki. Pełen szacun dla właścicieli Kotłowni!
A zatem się tłumaczę.
Moja niemoc sprawcza w dziedzinie blogowej absolutnie nie została wywołana nowym epizodem depresji. Znalazłam się w czarnej dupie z powodów techniczno-okolicznościowych. Otóż połączenie nowego komputera ze starym monitorem okazało się niemożliwe. W monitorze są jeszcze starego typu, niebieskie wtyczki i przewód nimi zakończony (VGA). W nowej jednostce takich nie ma. Kupiłam więc przejściówkę – z jednej strony VGA, z drugiej HDMI. No fajnie, monitor się włączył, ale nie pokazywał niczego poza miniaturami uruchomionych programów. Zadzwoniłam do moich panów, którzy popukali się z pewnością w czoła i wyjaśnili mi, że cyfrowy obraz w analogowym monitorze nie pójdzie. Aha. No to na plaster mi ta przejściówka. Sprawa została odłożona chwilowo na później, bo musiałam mieć czas na jeden wyjazd, potem drugi wyjazd, potem trzeci wyjazd… Pomiędzy nimi były weekendy, no to też niczego nie załatwiłam. Ostatni tydzień sierpnia był bardzo pracowity (egzaminy poprawkowe z przedmiotów, poprawkowe matury, inwentaryzacja szkoły), a już na sam koniuszek poległam z grypą żołądkową. „Hurra!” – pomyślałam. „Odpocznę wreszcie w pracy”. Taaa… Początek roku szkolnego to szpital wariatów. W dodatku tylko dwa razy w tygodniu kończę o 13.00, raz o 15.00 i 2 razy o 16.00. Po pracy jakoś trudno mi się z wszystkim wyrobić. Do tego adoptowałam dwie trzymiesięczne, bezdomne i chore kotki, więc weterynarz w ruchu, kolejki do weta są duże i wolno idą, bo w naszej lecznicy są tylko dwa gabinety. Czworonożne dzieciaki na początek posprzątały mi mieszkanie, a następnie przystąpiły do remontu. Mieszkam na gruzach i pocieszam się, że za rok o tej porze na pewno będzie lepiej.
W kwestii technicznej, ciągle nie mając komputera, chciałam przechytrzyć system i przeprosiłam się z laptopem. Tymczasem system przechytrzył mnie i zepsuł laptopowi klawiaturę. Dlatego nie mogłam się odzywać. Pićkanie w telefonie odpada.
Pamięć podsunęła mi któregoś dnia, że miałam niegdyś służbowy laptop, na tyle kiepski, że porzuciłam go już kilka lat temu. Samo urządzenie pamięta jeszcze czasy Mojżesza. Przegrzebałam gorączkowo swoją szkolną szafkę i znalazłam trupa. Przyniosłam go do domu, poczekałam pół godziny, zanim się uruchomi i drugie pół, zanim otworzy się okno Internetu. Otwarcie dowolnego okna przypomina czekanie na Godota, ale jedno, co działa bez zarzutu, to stary Word. No i gitara. Właśnie piszę ten post, potem prześlę go sobie na pocztę, w laptopie z zepsutą klawiaturą przekleję go za pomocą myszy na blog i powinno zadziałać.
To tyle, jeśli chodzi o sprawy techniczne. Sprawy okolicznościowe są z kolei bardzo przygnębiające. Trzy moje koleżanki (35 lat, 45 lat i 50 lat) zmarły na wakacjach – wszystkie na raka. Kolejnym czterem osobom z mojego otoczenia zdiagnozowano raka: dziewczynie/partnerce mojego brata, dwóm koleżankom oraz mamie koleżanki. To już jakaś epidemia! Na dobicie byłam na pogrzebie mamy innej koleżanki. Bardzo mnie te śmierci i te diagnozy przygnębiły.
Mam nadzieję, że te, które jeszcze żyją, wygrają onkologiczną wojnę. Tu rodzi się pytanie: czy istnieją jeszcze jakiekolwiek choroby poza rakiem?!
Do tego idzie jesień.
Nienawidzę.
Przewalone.
Byłam
nad naszym morzem i było cudownie.
Byłam
w Bułgarii i było cudownie.
Byłam
u koleżanki z drugiego końca Polski i było cudownie.
Zresetowałam
ciało i ducha.
Umysł
odpoczął od dręczenia bzdurnymi rozporządzeniami, wytycznymi, zarządzeniami i przerośniętą
biurokracją.
No
ale wróciłam...
To
tak, jak by rąbnąć z dziesiątego piętra na tyłek.
Od
wtorku zapierdzielam w placówce, tylko wióry lecą. Całe szczęście, że
w soboty zamknięta, bo mam jeszcze coś na kształt weekendu.
Wciąż
nie mieszkam u siebie, bo mama wyjechała po raz kolejny i trzeba
zająć się Czesią. Złości mnie dodatkowo, że ciągle nie mam kiedy zabrać się
za podłączenie własnego komputera. Udało mi się na razie tylko kupić
przejściówkę do monitora. Wieczorem wyskoczę do siebie zainstalować nowy filtr
u śledzi, bo poprzedni właśnie był uprzejmy się zepsuć. Vis maior,
jest to sprawa niecierpiąca zwłoki.
Wszystko
byłoby do ogarnięcia, gdyby nie ta praca. Inni mają jeszcze tydzień wolnego, a tylko
wybrańcy doznają zaszczytu pracy w wakacje.
Czuję
że czarna dziura już mi się przygląda żarłocznym spojrzeniem. Marzy o tym,
żeby mnie wessać i już nawet uruchamia silniki. Prawdę mówiąc, nawet nie
mam sił i chęci z nią walczyć. No mówię Wam, normalny dramat w siedmiu
aktach. Jak to zwykli mawiać starożytni Słowianie, we łbie cyrk, w dupie
karuzela.
Przyleciałam,
kończąc tym samym II etap chytrego planu. Część zdjęć w aparacie,
pozostałe części rozwalone po trzech telefonach. Na razie nie chce mi się z tym
pitolić i przerzucać do laptopa. Wciąż nie mam kiedy pójść do pierwszego
lepszego sklepu i kupić jakiś kabelek, który stosownymi wtyczkami
połączyłby stary monitor z nowym komputerem. Toteż komputer stoi w pudełku,
a ja nadal jestem zdana na to gówno. Toteż nic mi się nie chce.
Nie
chce mi się także dlatego, że muszę wypocząć po wczasach. Dziś odespałam
troszeczkę, zaledwie do 11.30. No, niezbyt imponująco. Zrobiłam dwa prania i poleguję,
czytając książki. Jedną skończyłam, drugą zaczęłam. Aktualnie siedzę z nogami
w miednicy, żeby poprawić ten nieco już nadwerężony maniakalnym rozmakaniem
w wodzie pedicure. Na jutro przewidziałam kolejne pakowanie się i robienie
miliona pierogów dla Dzieciątka i jej przyjaciółki. W poniedziałek
rano odpalam pociąg i mknę w opolskie, realizować III – i ostatni
już, niestety – etap chytrego planu wakacyjnego. Ludzie, kiedy ja w końcu
odpocznę?! Bo przecież nie w pracy. Ale cieszę się z tego trzeciego wyjazdu,
to wyjątkowa przyjaźń. Wrócę, kiedy wrócę, to znaczy nie wiem, kiedy. W każdym
razie 20 sierpnia o 7.30 muszę już być w placówce oświatowej,
niech ją szlag.
Od jutra realizuję kolejną część mojego chytrego planu wakacyjnego, zatem pozostawiam Wam uśmiech - nie Mony Lisy, ale mój 😁, a teraz się pakuję.
Postanowiłam
podzielić się z Wami trzema zdjęciami. Nie, nie będę to ja topless. Wręcz odwrotnie.
To ożywione fotografie moich pradziadków i babci z czasów jej
dzieciństwa. Zachwycające. Cieszę się, że je mam. Są taką namiastką bliskich mi
ludzi, których nigdy nie widziałam (bo babci jako dziecka też w życiu nie
spotkałam, inaczej to ja byłabym jej babcią 😀). Powiększajcie sobie do rozmiarów pełnego ekranu.
No
to wróciłam. Było cudownie. Wysypiałyśmy się, dokąd nam się podobało. Tkwiłyśmy
w morzu po uszy i klepałyśmy łysego zgodnie z procedurą. A łysy
podskakiwał z uciechy na falach, a jakże. Rozrywka jak się patrzy!
Była
i kupa śmiechu nad tym, jak nas akwen sponiewierał, przewracając przy brzegu za
pomocą fal. Co któraś z nas wstała, to podstępna fala od tyłu podcinała
jej nogi i znowu leciałyśmy na tyłek albo i na brzuch. Ludzie na
plaży musieli mieć niezły ubaw, jeden facet aż podrygiwał ze śmiechu na kocu. Jak
nas ktoś nagrał i puścił w Internet, to może i pół świata ma
ubaw, a my o niczym nie wiemy.
Oglądałyśmy
zachody słońca, ale wschodów - ze zrozumiałych względów - nigdy. Kulka ma
spanie takie jak ja.
Słońce
nas nie oszczędzało, za to my oszczędzałyśmy słońce. I siebie. W południe
nie wychodziłyśmy nigdzie. Na obiady chodziłyśmy w porze kolacji, unikając
tym samym tłumów głodomorów, które już dawno przetoczyły się przez restauracje
i bary.
Długie,
ale nie nudne wieczory spędzałyśmy na balkonie, gadając o tym, co nas
swędzi i łaskocze oraz pożerając smakowite książki. I delektując się
lokalnym piwem o wdzięcznej nazwie "Władek".
Po powrocie do domu byłam bardzo niepocieszona. Z rozpaczy poszłam zamówić nowy komputer, dostarczając jednocześnie swój dotychczasowy, żeby mili panowie wymontowali z niego dwa dyski i przenieśli do nowego. Razem z nowym będę mieć trzy. Ha! Kto bogatemu zabroni? Wczoraj miły pan Seba dzwonił, że w poniedziałek mogę odebrać gotową maszynę. Tym niemniej podłączę ją i zajmę się nią dopiero po powrocie do domu, bo znowu mnie w nim nie ma. Tym razem wypasam się w mieszkaniu rodziców, bo mama wzięła swoją paczkę i polecieli na Maltę. Wygrałam, bo mama ma klimatyzację i całymi dniami leżę odłogiem w przyjemnym chłodku, pożerając kolejne książki.
Po powrocie mamy zostanie mi równy tydzień do kolejnych wczasów. O czym donosi uprzejmie Wasza ulubienica. Sauté.
Moi kochani,
nie
da się ukryć, że ostatnio moja aktywność na blogach nieco okulała. Wszystko
przez mój ukochany komputerek, który ostatecznie wyzionął ducha, osiągając
Matuzalemowy wiek jedenastu lat. Niech spoczywa w pokoju. To jednak wiąże się
z niemożnością odzyskania wszystkich zapisanych linków, dlatego niektóre
blogi będę musiała odnaleźć na piechotę. Od nowego kompa dzielą mnie mniej
więcej dwa tygodnie (mam nadzieję).
Tymczasem
jutro będę już nad morzem, dokąd wybieram się z psiapsi Kulką. Nareszcie,
po stu latach SAME! Bez upierdliwych mężów i absorbujących dzieci. Czekałyśmy
na ten magiczny moment bez końca. Dobrze, że zdążymy przed emeryturą. Nagadamy się
do wypęku, wyspacerujemy do urzygu, nawdychamy jodu, odetchniemy od ukochanych
najbliższych (progenitury). W planach jest jeszcze klepanie łysego. Nie,
nie, zbereźniki jedne! 😋
To nie to, o czym właśnie pomyśleliście! 😛 Klepanie
łysego to już uświęcona tradycja. Ilekroć znajdujemy się z Dzieciątkiem
w dowolnym morzu, płyniemy na wyścigi do granicy bezpieczeństwa, którą wyznaczają
boje. Rytuał odbywa się w ten sposób, że gdy dopadniemy boi, klepiemy
ją po głowie 😄.
To znaczy po łysym. 😄 Wtedy
możemy wracać (albo nie). Rzecz polega na tym, że ceremoniał musi być
powtórzony zawsze, gdy dopływamy do boi. Aktualnie będę – jeśli pogoda pozwoli –
klepać łysego z Kulką.
Teraz
konkrety. Wyjeżdżam jutro (poniedziałek, 8 lipca) i wracam w poniedziałek
(15 lipca). Laptopa nie biorę, nie będę taszczyć jeszcze i tej kuli u nogi
przez milion kilometrów, które dzielą mnie od upragnionego akwenu.
Trzymajcie
się zdrowo i według życzenia – ciepło albo chłodno. Będę zaglądać do Was
przez telefon 📱.
Paaa! 😘
Co do Jajcusia, od dawna mam sprecyzowane zdanie.
Gówniarz i lekkoduch, Piotruś Pan.
Zagadkę stanowi dla mnie od paru lat Agatka.
Jajcusia znam jeszcze z osiedla, na którym się
wychowywaliśmy. Chodził z młodszą ode mnie o rok sąsiadką z mojej
klatki. Później nasze drogi się rozeszły, oboje pozakładaliśmy rodziny i wyprowadziliśmy
się z osiedla.
Spotkałam go po latach, gdy oboje byliśmy już po rozwodach.
Ucieszył się i poszliśmy na piwo. Okazało się, że znowu mieszka rzut
beretem ode mnie. Zaczęliśmy się odwiedzać, oglądać moje i jego
fotografie. Co istotne, Jajcuś mieszkał z ciocią, która żywiła go i opierała.
Nie muszę chyba dodawać, że było to jej mieszkanie. Zaczął mi się ochoczo zwierzać
z wszystkiego, co go aktualnie zaprzątało. W tamtym czasie pracował w sklepie
z elektroniką, ale gdy komornik zajął mu konto za niepłacenie alimentów na
niepełnosprawną córkę, co zrobił nasz geniusz? Otóż zwolnił się z pracy,
żeby nikt mu niczego nie zabierał. Pomysł iście godzien Eisteina. Będąc bezrobotnym
(utrzymywanym przez rodziców i ciotkę emerytkę), nudził się, więc zakładał
konta na wszystkich portalach randkowych po kolei. Tak poznał między innymi
Helenkę, miłą, dobrą dziewczynę, bezgranicznie mu oddaną. To ona uruchomiła mu
pracę – wziął w ajencję bardzo dobrze usytuowany kiosk Ruchu: z jednej
strony Politechnika, z drugiej gimnazjum. Ruch jak w ulu. Przez kilka
miesięcy prosperował jako tako, Helenka przywoziła mu towar (bowiem prawa jazdy
ani tym bardziej samochodu Jajcuś nie posiadł), myślała nad zaopatrzeniem i niemal
odwalała za niego całą robotę, sama mając po uszy swojej. W końcu Jajcuś,
który zawsze podkreśla, że jest „zdrowym mężczyzną” i „ma swoje potrzeby”,
powierzył mi mrożącą krew w żyłach tajemnicę: Helenka nie chciała iść z nim
do łóżka, bo była gorliwą katoliczką i na dodatek dziewicą, więc bez ślubu
nie było szans. Z jej strony było jeszcze gorzej. Chodziłyśmy razem na siłownię
i zrozpaczona Helenka wyjawiła mi, że taaak go kooocha, myślała, że jest
inny, tymczasem (zbrodniarz jeden) chciał zaciągnąć ją do łóżka (zgroza!). Ponadto,
gdy pewnego dnia poszli razem do filharmonii (ona fundowała bilety oczywiście),
w damskiej toalecie podeszła do niej obca kobieta i zapytała obcesowo:
„Ty też jesteś w ciąży z Jajcusiem?” Helenka o mało nie zeszła na
zawał i natychmiast zerwała z czyhającym na jej cnotę niewieścią
brutalem.
Po tym, jak Helenka odstawiła Jajcusia, delikwent
natychmiast zamordował kurę znoszącą złote jajka i kompletnie położył
biznes, bo już nie było frajera, który by za niego wszystko robił. Resztki
zjadł komornik, a Jajcuś wyszedł z tego z długiem o niebagatelnej
sumie 8000 zł i ponownie został bezrobotnym. Dług spłacili rodzice.
Tymczasem na horyzoncie pojawiła się Marzenka. Z zapałem
opowiadał o niej to, co wcześniej o Helence: że samodzielna, z własnym
mieszkaniem, samochodem, robiąca pyszne kolacyjki… Jak się okazało, Marzenka
była moją koleżanką po fachu i pracowała w LO Dzieciątka. Miłość trwała
czas jakiś, dzielna nauczycielka załatwiła Jajcusiowi jakąś pracę, z której
po dwóch miesiącach wyleciał. Będąc z Marzenką, nasz playboy opowiadał mi
równocześnie, jaka fajna jest Anka procująca na lotnisku, która (oczywiście) ma
dom, samochód, robi pyszne kolacyjki i jest dobra w łóżku. Z tych
powodów Jajcuś, niepomny na Marzenkę, od czasu do czasu zostawał u niej na
noc. Marzenka zaś nie kretynka, połapała się w sytuacji i z przytupem
odeszła z nowym gachem. Na krótką chwilę Anka z lotniska wysunęła się
na czoło peletonu, ale szybko okazało się, że na tapecie jest jakaś anglistka o imieniu
Ewelina, a równocześnie z nią urzędniczka sądowa o tym samym
imieniu. Obie miały mieszkania, samochody, robiły pyszne kolacyjki… Nie mogłam
już tego słuchać, więc opieprzyłam Jajcusia jak święty Michał diabła za jego
sposób patrzenia na kobiety i zaczęłam robić uniki. Pracę zmieniał nasz
bohater w tym czasie kilkakrotnie, z każdej wylatywał po 2-3 miesiącach.
Pewnego dnia dostałam SMS o treści: „Zapraszam do
kiosku przy alei Szlacheckiej ileś tam”. Poszłam obejrzeć to nowe cudo i zdębiałam.
Jajcuś wziął w ajencję kolejny kiosk, w jeszcze lepszej lokalizacji, pomiędzy
galerią handlową a uniwersytetem, w dodatku przy przystanku
autobusowym, przez który przewijały się tłumy. Nic, tylko garściami czerpać
korzyści. Pewnego razu uzyskałam wstrząsające nowiny. Jajcuś poznał nową laskę.
Opisał ją jako nauczycielkę w szkole muzycznej, niebieskooką blondynkę o imieniu
Agatka. W głowie błysnęła mi żaróweczka. Jakiś czas temu śpiewałam z taką
w dużym chórze i w chórze kameralnym. Ile ich w końcu mogło
być? Rzuciłam nazwiskiem i Jajcuś zrobił oczy jak ping-pongi. Zapytał tylko,
skąd wiedziałam. Za jakiś czas oświadczył z dumą, że wynajęli wspólnie
mieszkanie naprzeciw jego miejsca pracy i mam zaproszenie na parapetówkę.
I
SIĘ ZACZĘŁO!
W ciągu 10 (!) lat:
1. Jajcuś zdradzał Agatkę na prawo i na lewo,
kłamał, wykręcał się i kombinował jak koń pod górkę.
2. Nasz Piotruś Pan, siedząc w kiosku, bawił się
smartfonem, flirtując z panienkami, w efekcie wyszedł z mankiem
i zakończył działalność z długami większymi niż poprzednio.
3. Bohater niezłomny chyba ze 30 razy zmieniał w ciągu
tych 10 lat pracę.
4. Wykryłyśmy z Agatką, że Jajcuś ma też nieślubne
dziecko, chłopczyka, co do którego dwoje skurwysynów zrzekło się praw rodzicielskich
(chce mi się wyć, gdy o tym myślę, jak można tak zrobić z własnym
dzieckiem!). Dotarłyśmy zarówno do zdjęć, jak i do dokumentów.
5. Jajcuś wpadł na pomysł przemycania samochodów.
6. Jajcusiowi trafiło się kilka spraw w sądzie, bo nie
płacił rat.
7. Pracuś znalazł robotę marzeń, w której nie musiał
nic robić. Oficjalnie pełnił rolę ochroniarza w jaskini gry (potem okazało
się, że nielegalnej), co polegało na tym, że całymi dniami siedział ze smartfonem
i flirtował z panienkami.
8. Playboy od siedmiu boleści zdążył poinformować
rozmaitych znajomych, że Agatka jest do niczego w łóżku, a w ogóle
to jak ją poznał, była dziewicą.
9. Agatka zaczęła dostawać do skrzynki na listy
anonimy od nieznanych (niepodpisanych) nadawczyń. Jedne informowały, inne
ostrzegały, do tego doszły SMS-y. Totalne combo.
Ukoronowaniem działalności naszego herosa była scena
jak z „Killera”. Jajcusia i Agatkę obudzili pewnego dnia uzbrojeni po
zęby panowie, zrobili kipisz w całym mieszkaniu, pozabierali wszelkie
urządzenia elektroniczne i – pozostawiając osłupiałą Agatkę między
sponiewieranymi częściami bielizny wywalonej z szuflady – wyprowadzili Jajcusia
w kajdankach. Było to zwieńczenie długoletniego dochodzenia służb
rozpracowujących mafię, w której posiadaniu były sieci jaskiń hazardu.
Mafiosi się wybronią albo uciekną na koniec świata, a takie głupiutkie
Jajcusie zostaną wystawione i rzucone prokuratorom na pożarcie. Cymbał nie
siedzi w areszcie, bo brat wpłacił za niego kaucję. W oczekiwaniu na
rozprawę Jajcuś melduje się 4 razy w tygodniu na komendzie, beztrosko oglądając
meczyki, chrupiąc chipsiki i od czasu do czasu, za plecami Agatki,
przelatując jakąś panienkę. Ma chyba system nerwowy z tworzyw sztucznych,
bo każdy normalny człowiek na jego miejscu porobiłby się w gacie przed czekającym
go procesem.
W TYM MOMENCIE DOCHODZIMY DO SEDNA ZAGADKI: dlaczego
Agatka już 10 lat tkwi w tym związku?! Miłość? Naiwność? Przyzwyczajenie? Strach
przed byciem samą?
Od niej się tego nie dowiem, bo wielokrotnie odgrażała
się, że wystawi mu walizki i usadzi kopa na pożegnanie, ale na pogróżkach
się kończy. Agatka jest dla mnie wielką zagadką.
„Albo
go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.”?
Jak w tytule.
Odradzam się. Nie wiem, jakim cudem, ale się odradzam. Wczoraj po raz pierwszy poczułam radość BEZ POWODU. Dobry lekarz, dobre leki, dobra terapeutka... Pewnie napiszę teraz straszne bzdury, ale czuję się jak motyl. Taki, który dopiero co wyszedł z poczwarki i przed którym jest jeszcze całe życie.
Tak mam teraz w środku: jestem jak piękny barwny, radosny motyl. Wyrzuciłam w końcu przeklęte czarne szmaty żałoby. Kupiłam sobie wesołe, wściekle kolorowe sukienki i bluzki. Walę po oczach biżuterią we wszystkich kolorach tęczy. Tak chcę. Tak mi dobrze. Jestem motylem z ogromnymi skrzydłami.
Zdaję sobie sprawę, że depresja nie odpuści, może zaatakuje ze zdwojoną siłą, ale na razie to ja trzymam ją za mordę i zrobię wszystko, żeby jak najdłużej tak było. Na razie będę motylem.
Opracowałam plan, chytrzejszy od najchytrzejszych.
No więc tak.
Jutro zakończenie roku szkolnego i konferencja plenarna –
dzień wyjęty z życiorysu.
Ale:
biorąc pod uwagę, że gonię w piętkę i jadę na oparach,
to po powrocie do domu padnę trupem.
W sobotę będę przez cały dzień spać, żeby odespać chociaż
kawałeczek zaległości za cały rok szkolny. Ewentualnie wstanę na siku i z
powrotem do łóżka.
W niedzielę, jak już się obudzę, będę przez cały dzień czytać,
z przerwami na jedzenie i siku.
A w poniedziałek może nawet brawurowo wyjdę z wyra na cały
dzień i zuchwale wsadzę naczynia do zmywarki. Prania do pralki nie, bo potem trzeba byłoby wieszać.
We wtorek zacznę wakacje 😊
Weszłam do kuchni i głęboko się zastanowiłam, po
czym schyliłam się do zamrażarki, wyjęłam cztery okazałe filety z dorsza,
z filetami w ręku schyliłam się ponownie i z szafki pod
oknem wydobyłam dużą, metalową tacę z widoczkami Warszawy. Po babci.
Umieściłam na niej ryby i zastygłam w zamyśleniu. Tacę należało
umieścić w takim miejscu, żeby filety spokojnie się rozmroziły, nie
zostawszy pożarte przez koty. Zwłaszcza że nie zamierzałam przy nich warować.
Stół i blaty szafek naturalną koleją rzeczy odpadały. Podobnie wierzch
lodówki i wszystkie szafki wiszące. Wraz z zawieszonym pod sufitem
reliktem z lat pięćdziesiątych – kaloryferem – oraz karniszem stanowiły
ulubiony ciąg komunikacyjny Niuńka. Umieszczona dość wysoko suszarka do naczyń
dawała pewne nadzieje, które jednak niweczyła jej nikła szerokość. Zresztą,
dopiero co została obładowana świeżo umytymi naczyniami. Pozostawała jedna,
jedyna szafka zawieszona nad zlewozmywakiem. Co prawda i ją Niuniuś
osiągał z łatwością jednym wdzięcznym skokiem z karnisza, ale na jej
środku sprytnie ustawiłam zaporę z pudeł po sokoparowniku i czajniku
bezprzewodowym. Konstrukcja sięgała sufitu i zajmowała całą szerokość
szafki. Nie było jak jej ominąć. Z lewej strony szafka była dla Niuńka
niedostępna, odkąd okupowana przez niego półka, po której się tam dostawał,
runęła pewnego dnia wraz z balastem.
Wspięłam się na palce i z wysiłkiem
wepchnęłam tacę na tak przygotowane miejsce. Spokojna o ryby udałam się do
sklepu. Po drodze minęłam idącą z koleżankami wówczas jeszcze Nieletnią.
- Pamiętaj, kup ziemniaki – przypomniała mi. –
W tym domu nigdy nie ma ziemniaków!
- Będę pamiętać – obiecałam.
Miała rację, w domu jak zwykle nie było
ziemniaków. Nigdy nie pamiętałam o tym, że trzeba je kupić, bo od
dzieciństwa ich nie lubiłam. Wszyscy dookoła śmiertelnie się temu dziwili, ale
jeśli o mnie chodzi, to mogli się dziwić do upojenia. Ziemniaków po prostu
nie lubiłam i nie miało to nic wspólnego z żadnymi dietami. Tych
ostatnich zresztą w ogóle nie uznaję. Nieletnia jednak rąbała antypatyczne
warzywo jak stonka i w związku z tym nabyłam go całe dwa
kilogramy. Dla siebie wzięłam dwie puszki piwa – mnie też coś się od życia
należy!
Po powrocie do domu włożyłam piwo do lodówki
i żwawo wzięłam się za robienie obiadu. Obrałam i postawiłam na gazie
ziemniaki, rozstawiłam talerze ze składnikami na panierkę. Z zamrażarki
wydobyłam marchewkę z groszkiem i nastawiłam w rondelku, żeby
się gotowały. W końcu sięgnęłam po tacę z rybami. Przez głowę
przemknęła mi myśl, żeby może wejść na taboret albo przynieść z pokoju
drabinkę, ale szybko ją odrzuciłam. Obie czynności wymagały ode mnie zbyt wiele
fatygi. Wspiąwszy się na palce, wyciągnęłam rękę i końcami palców
dotknęłam tacy wepchniętej na szafkę nad zlewem. W tej niewygodnej pozycji
mozolnie zaczęłam przyciągać ją ku sobie. Jeszcze jeden ruch i mogłam ją
lepiej uchwycić.
- Jassssssssna dupaaa!!! – ciszę niedzielnego
popołudnia rozdarł straszliwy ryk, któremu w sukurs przyszedł dźwięk
blaszanej tacy z impetem walącej o kant zlewozmywaka. Ten jednorazowy
okrzyk całkowicie wyczerpał moje fizyczne możliwości. Duchowe skończyły mi się
o kilkanaście sekund wcześniej.
- Kurwa mać – dodałam cichutko, zgięta w pół,
oparta o zlew i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Po włosach
strumieniami ściekała mi woda z ryb, a szczątki filetów zwieszały mi
się dekoracyjnie z czoła, dekoltu bluzki i brzegu szafki. Jeden
malutki kawałeczek wpadł mi nawet do biustonosza. Śmierdząca ciecz zalała
również podłogę w miejscu, gdzie stałam, opryskała szafki dookoła
i doszczętnie przemoczyła mi ubranie. Refleksja na temat ilości wody, jaką
zawierają w sobie mrożone filety z dorsza, przyszła mi sama
z siebie.
- Mamo! – z pokoju dobiegł głos Nieletniej. – Co
tam znowu wykombinowałaś? Brzmiało dobrze!
- Nic, dziecinko – wycedziłam przez zęby, wciąż
zwisając głową w dół. Bardzo się starałam, żeby wyszło wiarygodnie. – Nie
idź tu.
- Idę – oświadczyła wesoło Nieletnia. – Chyba
wykręciłaś coś atrakcyjnego, muszę to zobaczyć!
W przedpokoju zaszurały pantofle.
- Ach...! – równocześnie z okrzykiem posłyszałam
niekontrolowany wybuch śmiechu. – Matka – wystękał młodociany potwór –
wiedziałam, że na ciebie można liczyć!
Nieletnia przykucnęła i oparła się plecami
o lodówkę. Śmiała się tak, że z oczu pociekły jej łzy.
- Bachorze – powiedziałam grobowo. – Won mi stąd. Mam
myśli samobójcze!
- Przyniosę ci szmatę do podłogi – powiedziała
Nieletnia i skierowała kroki do łazienki. Usłyszałam dźwięk telefonu.
Melodyjka z kreskówki „Inspector Gadget” jednoznacznie wskazywała na to,
że dzwoni Braciszek. W akcie desperacji wytarłam twarz i włosy
ścierką kuchenną. Stanęłam na szmacie do podłogi, ciśniętą mi litościwie pod
nogi przez Nieletnią i sięgnęłam po komórkę wibrującą tuż za mną, na
pralce.
- W samą porę się urwał – żachnęłam się pod nosem
i wcisnęłam guziczek z zieloną słuchawką. – Czego tam? – burknęłam
zachęcająco.
- Eloooo, siostrzyczka – powiedział kpiącym tonem
Braciszek. – Słyszę, że masz przedni nastrój.
- Wyśmienity – odpowiedziałam złym głosem. – Właśnie
ociekam wodą i szczątkami mrożonego dorsza.
- O! – Braciszek ucieszył się wyraźnie. –
Eksperymentujesz z nowymi zapachami... To co tym razem? Soir de
Makrelle...? Czar Centrali Rybnej...?
- Będę musiała cię zamordować – powiedziałam zimno.
Do dzisiaj nie lubię niedziel.
W
maju nasz uczeń został wyświęcony na księdza. 7 lat w seminarium
mu najwyraźniej posłużyło, rozrósł się wszerz i dookoła. Inny, mój
wychowanek ze zwariowanej klasy, skończył studia świeckie i poszedł
do seminarium. Utył. Mają chłopaki głowy na karku, wybrali najbardziej intratny
zawód w Polsce.
Gdy
powiedzieć o kapłaństwie, że to zawód, duchowni i ich czciciele
dostają piany na ustach. Natychmiast uruchamiają cały arsenał frazesów
o „powołaniu”, „posłudze” i „sakramencie”. Żaden z tych sloganów
nie jest, oczywiście, w najmniejszym stopniu argumentem. Malinowski bowiem
miał powołanie do „posługi” kapłańskiej, więc został księdzem i za to mu
ludzie płacą, Kowalski zaś z Nowakiem mieli powołanie do małżeństwa –
i jakoś nikt im za to kasy nie daje, choć muszą teraz czymś zapchać
nienażarte gęby swoich powołań. Kowalskiemu i Nowakowi płacą za to, że
jeden przez 8 godzin poci się na budowie, a drugi użera się
w urzędzie z rozjuszonymi petentami. Powołanie powołaniem, ale za coś
żyć trzeba. To, co przynosi nam dochód, z czego żyjemy i utrzymujemy
się, jest naszym wykonywanym zawodem. Jeżeli księża żyją z czegoś innego
niż bycie księdzem, to proszę mnie oświecić, jeżeli zaś nie – przestać wyplatać
farmazony.
Czciciele
kleru podnoszą również, że kapłaństwo to sakrament. Ba! Czy ja zaprzeczam? Ależ
skąd. Dodaję tylko, że taki np. chrzest również jest sakramentem,
a dziwne, jakoś nikt nie chce mnie utrzymywać tylko z tego powodu, że
jestem ochrzczona! A nawet bierzmowana. Niezorientowanym przypominam –
bierzmowanie to też sakrament!
Pora
spojrzeć prawdzie w oczy: ksiądz to taki sam zawód, jak każdy inny – tyle, że
bardziej intratny i uprzywilejowany. Dochody duchownych nie są
w żaden sposób możliwe do skontrolowania – wypłata odbywa się z ręki do
ręki. Obłudnie twierdzą, że Bóg jest dla każdego, ale czynią z Niego towar
rynkowy, każąc sobie płacić za msze, sakramenty, obrzędy. Za to tak zwane
realizowanie powołania strzygą potulne owieczki bez żenady i ograniczeń –
nawet te najbiedniejsze, bo zaszantażowane emocjonalnie oddadzą i dwie
renciny, żeby godnie pochować staruszka małżonka. Nie pracują na siebie, bo
każdej sytuacji wyciągają łapę po cudze pieniądze, prowadzą więc najzwyczajniej
w świecie pasożytniczy tryb życia. Jakby i tego było mało, obdzierają
z resztek pieniędzy permanentnie niedoinwestowaną, ledwo zipiącą oświatę.
A czy taki np. nauczyciel biologii pcha im się do kościoła
z płatnym wykładem o rozmnażaniu eugleny zielonej i czerpie za
to garściami z ich budżetu?!
Obrońcy
pokrzykują, że ksiądz też człowiek i jeść musi, mieszkać musi,
przemieszczać się musi... Zgoda! Kowalski i Nowak też muszą – i to
z całymi rodzinami. Czy wobec tego wyciągają rękę z tacą? Nie,
Kowalski i Nowak zachrzaniają do pracy i nieraz ćwierć wieku im schodzi,
żeby uwolnić się od mieszkania w 10 osób na 45 metrach
kwadratowych.
Powołani
do ewangelizowania najpierw niech się wezmą do jakiejś uczciwej pracy i na
siebie zarobią, a potem głoszą Dobrą Nowinę – wtedy uwierzę, że ksiądz to
nie zawód.
Za mną wielodniowy ciąg niekończącej się żałoby.
Wejście – czarne włosy – czarna opaska – czarny makijaż – czarne paznokcie –
czarny ubiór – czarne buty – wyjście. Wejście – czarne włosy – czarna opaska –
czarny makijaż – czarne paznokcie – czarny ubiór – czarne buty – wyjście.
Wejście – czarne włosy – czarna opaska – czarny makijaż – czarne paznokcie –
czarny ubiór – czarne buty – wyjście. Wejście… itd. Od czasu do czasu
biała koszula pod czarną marynarką (w zdecydowanej mniejszości). Oczy
bolą, dusza boli, ale trudno się dziwić tej masowej żałobie, wszak
zidiocenie postępuje, a maturę trzeba (czy na pewno?) zdać.
Sobotę i niedzielę przeleżałam w łóżku, chora na
wszystko. Też byście byli chorzy, gdybyście się nasłuchali takich bredni…
Oto świeży, tegoroczny udój:
- „Nowomowa jest to coś, co zmienia coś”.
- „Dedal znał się na robótkach ręcznych”.
- „Autor na zadane pytanie odpowiada tak. Z pewnością nie”.
- „Jazda pociągiem to wsłuchiwanie się w trzepot kół”.
- „Teza: osoba miała bąble i zaczerwienienia”.
- „Los Bylicy przedstawia los ludzi orobionych pracą”.
- „Był już taki siwy, że aż mu wargi drżały”.
- „Jacek Soplica uciekł z Soplicowa po najeździe
hitlerowców”.
- „Telimena przypomina klasyków, którzy są, według
Mickiewicza, szkieletami”.
- „Nagle przez otwarte okno wleciała Zosia”.
- „Zosia wiedziała, że jest młoda i zdrowa, wiedziała też,
że jest kobietą i mężczyzną”.
- „Natychmiast uciekła z pokoju, gdy zauważyła Tadeusza
podczas przymierzania sukienki”.
- „Są ludzie dobre i złe”.
- „Ludzie starzy tylko zawadzają, jeść chcą, a nic nie robią”.
- „Mickiewicz wychylił się ze zwykłych, szarych ludzi”.
- „Hrabia pyta, jak Telimena może wychodzić za mąż za
Rejenta w jego obecności”.
- „Twarz jej pobladła od strachu i dziwu”.
- „Telimena kokieteruje”.
- „Tartuffe był manipulansem”.
- „Przesadnie rozkładał się na ziemi”.
- „Miał romans z żonatą kobietą”.
- „Poznaje on mu jej największe sekrety”.
- „Kobieta odsuwa się pod pozorem nieba”.
- „Uważał, że godna śmierć, to zginąć z broni, ale nie na
beczce”.
- „Jego bohater to prawdziwy bożyszcz”.
- „Ludzie w getcie byli rozstrzeliwani w pewnym sensie”.
- „W getcie był masowy szał zakupów”.
- „Jest to śmierć w celu przedłużenia sobie życia”.
- „Hanna Krall uważała, że ludzie idący do wojen są gorsi od
ludzi ginących od strzału. Jasne, na pewno, ja też tak uważam. Przecież tak
uważają wszyscy”.
- „Śmierć na polu walki często nie zdąży sobie uświadomić,
że umiera”.
- „Przecież lepiej wiedzieć mniej niż więcej”.
- „W utworze można znajść treść”.
- „Na bazarze, oprócz handlu, organizowane są też kłótnie”.
- „Sukienka, którą ma na sobie Justyna, jest zła.
Przelatywała przez tę sukienkę tylko rozkosz”.
- „Oblała Zenona kwasem, który po długich męczarniach zmarł”.
- „Zenon korzysta z dobrych stron Justyny, nie zważając na
jej zgodę lub jej brak”.
- „Ziembiewicz współżył z prawą ręką swojej matki”.
- „Ukazuje walory polskiej ziemi, na której jest cisza,
spokój i zabłąkana dusza, która błądzi.
- „Dziewczyna pochodzenia wiejskiego powinna znajść sobie
męża pochodzenia wiejskiego”.
- „Powieść zaczyna się od końca”.
Kurde, chyba się
starzeję. Ten rok szkolny jest rokiem, w którym wymiękam na całego. Nie daję
rady z czasem, nie daję rady ze zmęczeniem. Jestem zajeżdżona jak
carska kobyła. Ślęczenie na maturach i nad maturami daje mi do
wiwatu, jak jeszcze nigdy. Ciągle chodzę zmęczona i niewyspana. Wracam do domu
zrąbana jak koń po westernie i padam jak podcięta sosna. W zeszły
piątek zasnęłam w pełnym makijażu, co nie zdarzyło mi się od
niemowlęctwa Dzieciątka. Nie mam siły i czasu na blogi, na pisanie wierszy,
książki czytam po jednym-dwa rozdziały. Wstyd przyznać, ale w czasie
matury pisemnej, będąc przewodniczącą zespołu nadzorującego, zasnęłam na
siedząco na krześle. A matka przełożona z siostrami służebniczkami
(gestapo i dwie sztuki kapo) bez przerwy dają do wiwatu, jak to co dzień.
Wybaczcie,
biorę urlop od Internetu do 25 maja – wtedy skończy się ta kołomyja. Zaglądajcie,
urządźcie sobie Hyde Park, możecie mi nawet obrobić dupę.
Do zobaczenia
za dwa tygodnie!
Pantera napisała kiedyś tekst zatytułowany "Głupie kobiety". Zachęcam do zapoznania się z nim. Mój post jest kamyczkiem do tego ogródka.
W świecie judaizmu, na którym wyrosło chrześcijaństwo,
miejsce i rola kobiety sprowadzały się wyłącznie do prac domowych i rodzenia
potomstwa. Według Starego Testamentu macierzyństwo ma zapewnić ciągłość rodu i plemienia.
Już sam mit o stworzeniu świata z Księgi Rodzaju demonstruje niechęć
do kobiet, nakładając ciężar grzechu nie na Adama, ale na Ewę.
Chrześcijanie przejawiali wyraźną niechęć do kobiet, widząc
w nich uosobienie zła, grzechu, siedliska pokus i rozwiązłości.
Wśród apostołów nie było kobiet, a zażyłość Marii
Magdaleny z Jezusem jest tłumaczona jej zaangażowaniem w to, co
głosił. Sam Jezus nie zwracał się do matki per „mamo” albo chociaż „matko”,
tylko „kobieto” („niewiasto”). Czy to przypadkiem nie jawna pogarda?
Św. Paweł z Tarsu tak przemawiał: „Niech niewiasty
na zgromadzeniu milczą, bo nie pozwala się im mówić; lecz niech będą
poddane (…) bo nie przystoi kobiecie w zborze mówić”, „Żony, bądźcie
uległe mężom”, „Nie pozwalam kobiecie nauczać ani wynosić się nad męża;
natomiast powinna zachowywać się spokojnie. Bo najpierw został stworzony
Adam, potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz kobieta, gdy została
zwiedziona, popadła w grzech; lecz dostąpi zbawienia przez macierzyństwo”,
„Mężczyzna bowiem nie powinien nakrywać głowy, gdyż jest obrazem i odbiciem
chwały Bożej (…). Albowiem mężczyzna nie jest stworzony ze względu na kobietę,
ale kobieta ze względu na mężczyznę. Dlatego kobieta powinna mieć na
głowie oznakę uległości”. Czyli mamy: Stwórcę mizogina, ludzi-mężczyzn i podludzi-kobiety.
Prawdę mówiąc, z czymś mi się to kojarzy.
Po dzień dzisiejszy kobiety nie mają w kościele
katolickim nic do gadania. Nie mogą być księżmi, odprawiać mszy, spowiadać i sprawować
wszelkich innych funkcji. Zaledwie gdzieniegdzie pozwala się dziewczynkom
być ministrantkami, co i tak podkreśla służebną rolę kobiet wobec
mężczyzn. Zakonnice mają przepierdzielone już na wstępie, przechodząc przez
lata przygotowań, doznają ze strony przełożonych szykan, złośliwości,
udręk. Same przełożone nie znajdują się w lepszej sytuacji, bo
ostatecznie podlegają władzy mężczyzn: biskupa, arcybiskupa, papieża. Kiedy ksiądz
dyma parafiankę, jest to pomijane milczeniem. Kobieta zaś jest roznoszona
na językach – nie muszę dodawać, że są to języki katolickie. Kościół
wyciera sobie gęby „prawem naturalnym”, nie zezwalając na antykoncepcję
i sprowadzając kobietę do roli samicy, która ma rodzić i basta! Potwierdza
to niejaki święty Jan Chryzostom, biskup Konstantynopola i doktor kościoła:
„Cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. Uświęcona zostaje jedynie
poprzez macierzyństwo”.
Św. Tomasz z Akwinu, największy myśliciel i doktor
kościoła, tak pisał o kobietach: „Zarodek płci męskiej staje się
mężczyzną po 40 dniach, zarodek żeński po 80. Dziewczynki powstają
z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów”. Zabłysnął
również twierdzeniem, że „Kobiety są błędem natury (…) z tym ich
nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym
upośledzeniu (…) są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny (…)
Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna”.
Przywołany wyżej Jan Chryzostom załatwił kwestię krótko i dobitnie:
„Kobiety są przeznaczone głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn”.
Najznakomitszy spośród „ojców Kościoła”, św. Augustyn
precyzuje swój pogląd na istotę sprawy, nie pozostawiając miejsca na
wątpliwości: „Kobieta jest istotą pośrednią, która nie została stworzona na
obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma
służyć mężczyźnie”.
Św. Ambroży, mędrzec Kościoła wymyślił, że „Kobieta powinna zasłaniać oblicze, bowiem nie zostało ono stworzone na obraz Boga”. Takiego samego zdania był niejaki Tertulian, pisarz chrześcijański: „Kobiecie przystoi jedynie szata żałobna. Skoro tylko przekroczy próg wieku dojrzałego, winna zasłonić swe gorszące oblicze”.
Papież Pius II wystrzelił z armaty swojego umysłu: „Kiedy
widzisz kobietę, pamiętaj, to diabeł!”
W XI wieku uchwalono, że „Kobiecie nie wolno mieszkać w pobliżu
kościoła”, a na synodzie w Elwirze, że „Kobietom nie wolno we własnym
imieniu pisać ni otrzymywać listów”. Misjonarz św. Bonifacy dodaje, że „Kobietom
nie wolno śpiewać w kościele”.
Na zakończenie ustalenie soboru w nieistniejącej już Elwirze:
„U KOBIETY SAMA ŚWIADOMOŚĆ JEJ ISTNIENIA POWINNA WYWOŁYWAĆ WSTYD”. I jak
Wam się podoba?
Na koniec dodam tylko, że wszystkie przytoczone cytaty zostały wydłubane z otchłani Internetu, więc mogą znajdować się w nich pomyłki. Kilka błędów wyłapałam i naprawiłam sama, bo nie jestem zwolenniczką bezmyślnego kopiuj-wklej.