Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją
Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją
Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
Chodzi o rzecz tak ulotnie
definiowalną jak szczęście. Od czego zależy, czy człowiek jest szczęśliwy? Gdzie
szukać szczęścia, jeśli się nim nie dysponuje? Jeśli ewidentnie brak nam
poczucia szczęścia?
Nie ma magicznych tabletek na nieszczęśliwą
duszę. To czego się trzymać?
Najpierw ustalmy, czego szukamy. Szczęście
nie jest krótkotrwałą emocją. Polega na wewnętrznej zgodzie na życie
takie, jakie się ma, przynajmniej tak definiuje je psychologia, a wspomaga
filozofia. To poczucie spełnienia, dobrostanu i akceptacji tego, co daje
nam los. No i świetnie. A co z człowiekiem takim jak ja, który
nie potrafi się pogodzić? Nie mogę żyć tak jak chcę, a na
to, co jest, nie ma we mnie zgody. Doskonale wiem, co sprawiłoby, że
byłabym szczęśliwa, ale moje życie (przeznaczenie?) tego nie wie. Na pytanie
zadane wprost: „Jesteś szczęśliwa?” (tak kiedyś zapytała mnie pewna szczęśliwa starsza
pani) bez wahania odpowiadam również wprost: „Nie”.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie doceniam
tego, co mam. Otóż pewne rzeczy doceniam, ale szczęścia nie czuję, nic na to nie poradzę. Większości
zaś nie doceniam, ponieważ żyrafa ofiarowana mi w miejsce upragnionego
słonia w ogóle mnie nie cieszy. Owszem, na odczepnego mogę okazywać
zachwyt i zadowolenie, ale siebie samej nie oszukam. Sparafrazuję w tym
miejscu Gombrowicza: „Jak cieszy, jak nie cieszy?” Kiedy leżą
i kwiczą duże rzeczy, małe nie cieszą, nic nie poradzę. Żebym się
nawet w kucki porobiła z wysiłku – nie cieszą.
Mówią, że szczęście nie jest
zależne od rzeczy zewnętrznych, że jest w nas samych. Świetnie, tylko
dlaczego grzebię w sobie i za cholerę nie mogę go znaleźć
przez tyle już lat? Ile? – zapytacie. Dużo – odpowiem. Co najmniej dwadzieścia…
Co ja pieprzę? Trzydzieści najmarniej.
Gdzie więc szukać tego szczęścia,
którego nie ma we mnie ani koło mnie? Kto ma dla mnie receptę? Sąd wziąć
szczęście, gdzie ono rośnie, ile kosztuje, czy mają to na Temu? Jak sprawić, żeby
ostatnia myśl przed śmiercią nie była pełną żalu myślą o zmarnowanym,
smutnym życiu?
Pisząc te słowa, siedzę zagrzebana w mule. Wokół mnie falują wodorosty.
Zastanawialiście się kiedyś, bez
czego nie moglibyście żyć? Takie pytanie wpadło mi do głowy podczas tkwienia na
pisemnej maturze w charakterze ozdoby sali członka komisji. Najpierw zadałam
je sama sobie i przemyślałam odpowiedzi. Otóż:
1. Cebula.
Być może w poprzednim życiu byłam
indykiem, bo w aktualnym rąbię cebulę jak młockarnia. Robię to od
najmłodszych lat – konkretnie od czwartego roku życia. Samą, na surowo, bez
zbędnych dodatków, jak jabłko.
2. Dzieciątko.
Tego nawet nie trzeba tłumaczyć.
3. Internet.
Zapewnia mi kontakt z Wami.
Bez niego moja lista ludzi lubianych byłaby o wiele krótsza.
4. Książki.
Cóż. Zwyczajne uzależnienie z korzeniami
we wczesnym dzieciństwie. Wyniesione z domu, wyssane z mlekiem w proszku.
5. Mleko.
Co tu dużo mówić, kupuję całymi
zgrzewkami, a jeżeli przypadkiem w lodówce znajduje się ostatnie
pół kubka, dochodzi do ciężkich bojów między mną a Dzieciątkiem.
6. Noże i nożyczki.
Ostre narzędzia to moi (prawie,
bo największym jest łóżko) najlepsi przyjaciele. Każdziuteńki nóż pieczołowicie
ostrzę po każdym jednym umyciu. Jeśli nie „goli” włosków na skórze, to w moim
pojęciu jest tępy jak najgorsi uczniowie.
7. Przyjaciele i dobrzy znajomi.
W zasadzie jestem złą kobietą i mizantropką,
a jednak istnieją ludzie, których lubię i za którymi przepadam (wyobrażacie
to sobie? 😅). Tyle że wybieram
ich sobie sama i na własnych warunkach.
8. Sen.
Porządny sen, a nie jakieś
pitu-pitu z budzikiem nastawionym na 6.00 w nocy.
9. Warzywa, owoce i nabiał.
Jestem maksymalnie trawo- i nabiałożerna.
Innego sposobu żywienia sobie nie wyobrażam.
10. Zwierzęta.
Nie przypominam sobie takiego
okresu w życiu, w którym nie byłoby w domu papug, psa,
kotów, chomików, kijanek (!), rybek. Śmiało mogę powiedzieć, że są one
gwarantem mojej równowagi psychicznej, którą i tak bardzo trudno mi
utrzymać. Bez zwierząt do reszty bym zwariowała. Dom bez zwierząt jest zimny i taki
jakby… nieludzki.
A Wy? Bez czego nie moglibyście
żyć?
Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham Gregory'ego House'a. Jest
cudownie cyniczny i gardzi głupotą. Jednak nie moja miłość do doktora
House’a jest przedmiotem moich dzisiejszych przemyśleń, a jego sztandarowe
hasło: „Wszyscy kłamią”.
Jesteście prawdomówni? Na pewno?
Prawda wygląda tak, że niemal każdy codziennie wypowiada
zdania, które są bardziej rytuałem niż prawdziwym komunikatem. Na przykład:
„Musimy się kiedyś spotkać”. Nie, nie musimy. Obie/oboje
o tym wiemy. To zdanie wcale nie oznacza chęci spotkania, jest tylko
pustym konwenansem.
Dzieciątko o poranku: „Zaczekaj na mnie, już wychodzę”. To
jedno z jej największych osiągnięć. Stoi jeszcze w ręczniku, suszy
włosy, szuka drugiego buta i dopiero zastanawia się, czy umyć zęby,
ale już informuje, że wychodzi. W rzeczywistości od wyjścia dzieli ją
jeszcze minimum dwadzieścia minut i kryzys egzystencjalny przy wyborze ubioru.
Mnożymy też kłamstwa gastronomiczne w stylu: „Pyszne!”.
To szczególnie popularne podczas rodzinnych spotkań. Ciotka podaje ciasto o konsystencji
mokrego tynku, ale wszyscy zgodnie cmokamy z uznaniem, bo nikt nie chce
zostać tym, który zniszczył rodzinne święta jednym szczerym wyznaniem.
Standardowe pytanie: „Co słychać?” wcale nie oznacza
troski o czyjś stan. Nikt nie oczekuje zwierzeń i szczerej odpowiedzi.
Klasycznie należy odpowiedzieć: „W porządku”, nawet jeśli piętnaście minut
wcześniej płakało się nad rachunkiem za prąd.
A kłamstwa zawodowe? „Zapoznamy się z pani CV i oddzwonimy.”
Nie oddzwonią. „Chętnie to zrobię”. Nie, wcale nie mam ochoty na
dodatkowe, niepłatne zadania!
Albo: „Przeczytałam/em regulamin”. Nie. Nikt nie przeczytał.
Klikając „Akceptuję” przy regulaminie liczącym 148 stron, wyrażam dokładnie
taką samą prawdę jak politycy PiS w czasie kampanii wyborczej.
Znajomemu umiera ktoś bliski i od razu składamy mu
kondolencje: „Bardzo ci współczuję”, „Przykro mi”. Nie. Nie współczuję i nie jest
mi przykro, raczej bardzo mi z tego powodu wszystko jedno, bo nawet tej osoby
nie znałam.
My, komentujący na blogach też kłamiemy, np. udając, że
dany post nas interesuje, że podobają nam się byle jak zrobione zdjęcia,
że akceptujemy niechlujny język albo notki pisane przez AI.
Kiedy komuś dziękuję za coś, za co nie czuję się
wdzięczna, słyszę: „Nie ma za co”. Owszem, nie ma za co, ale tak
wypada.
Setki małych kłamstw istnieją codziennie i mają się dobrze. Być może nawet są konieczne, bo prawda prawdą, ale ktoś przecież musi mi powiedzieć, że ładnie wyglądam 😁 🤣.
Ciekawe jest także bardzo często występujące zjawisko – okłamywanie
samego siebie. Niestety, nie posiadam tej umiejętności, a przydałaby się,
aby móc wyprzeć niewygodne fakty albo uwierzyć w rzeczy, które poprawiłyby
mi samopoczucie.
Oczywiście hasło „wszyscy kłamią” nie oznacza, że każdy
człowiek jest zły lub nieuczciwy, pokazuje raczej, że drobne nieprawdy są częścią
codziennych relacji międzyludzkich.
To właściwie dobrze, czy źle?
No tak, rechocze. Ze studni na Rynku wydobywa się rechot, a gdy do niej zajrzeć, można zobaczyć ogromną miedzianą ropuchę.
![]() |
| Ropucha Romilda w studni |
W samym Rzeszowie, w licznych
ciekach wodnych, stawach i w Wisłoku mieszkają głównie: żaby zielone,
żaby brunatne, ropuchy szare, ropuchy zielone i ropuchy paskówki. Są to
pożyteczne zwierzątka, zjadające ogromne ilości owadów i ślimaków. Wszystkie
płazy objęte są ochroną i trzeba przyznać, że bardzo podoba mi się
społeczna inicjatywa polegająca na przenoszeniu ich w bezpieczne miejsce,
gdy znajdą się na ulicy.
![]() |
| Żaba na studzience |
![]() |
| Żaba w pobliżu Rzeszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji |
![]() |
| Siostra Romildy w podziemiach |
„A tymczasem leżę pod gruszą
na dowolnie wybranym boku
i mam to, co na świecie najświętsze –
święty spokój.”
Tak wyśpiewała Maryla Rodowicz, można powiedzieć, że moje
życiowe motto. Zawsze powtarzam, że moim ulubionym świętym jest święty spokój.
Święty spokój oznacza dla mnie ciszę i bycie samą w danym
momencie. Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Żeby nikt niczego do mnie
nie mówił, bo musiałabym odpowiedzieć, a nie chce mi się
otwierać gęby. Żebym mogła robić to, na co właśnie mam ochotę.
Już kiedy byłam nastolatką, izolowałam się w mieszkaniu,
zamykając drzwi od mojego pokoju. Pamiętam, jak tato dociekał, pytając mamę: „Dlaczego
ona się tak zamyka?” Nie wiem, czy znalazł odpowiedź.
Izolacja czy samotność mają złą reputację, a niesłusznie.
Potrafią być spokojne, wygodne i przyjemne. W dzisiejszych czasach są
wręcz luksusem. Lubię samotność, bo w niej wszystko zwalnia, a ja nie znoszę
się śpieszyć. W samotności można tak po prostu być, bez tłumaczenia się,
bez ciągłego reagowania, bez konieczności dopasowywania się do cudzych
humorów i oczekiwań. To właśnie samotność daje święty spokój. Świat bez
przerwy hałasuje, tymczasem ja kocham ciszę i uważam ją za najpiękniejszą
muzykę. W ciszy mogę wreszcie usłyszeć siebie. Pomyśleć. W samotności
jest czas na własne zainteresowania i własne tempo życia. Można czytać
książkę przez pół dnia, pić kawę, pisać wiersz, pisać post na blog, wymyślać
nowości do art journala, głaskać koty albo nic nie robić i wcale
nie jest to strata czasu, ale konieczny odpoczynek. Samotność także nie ocenia.
Nie daje mi niechcianych dobrych rad, nie pyta, dlaczego słucham
podcastów Filipa Chajzera albo dlaczego jem kanapki z żółtym serem o dwudziestej
trzeciej trzydzieści. W samotności można być sobą w najbardziej
zwyczajnej wersji – w dresie, zmęczonej, rozczochranej, milczącej i kompletnie
niegotowej na kontakty z ludźmi. Poza tym… ja bardzo dobrze czuję się
we własnym towarzystwie i nawet lubię ze sobą pogadać. Nie potrzebuję
niczym zagłuszać pustki, bo nie ma jej we mnie.
Dlatego lubię samotność. Nie dlatego, że nie lubię
ludzi. Po prostu czasem najbardziej potrzebuję chwil, w których nikt
niczego ode mnie nie chce. Święty spokój jest dziś dobrem luksusowym. Ludzie
zachowują się tak, jakby odpoczynek był czymś podejrzanym. Tymczasem
święty spokój to nie lenistwo, tylko chwila, w której człowiek
odzyskuje energię. Nie musimy być przez cały czas "produktywni".
Odnoszę wrażenie, że ludzie boją się ciszy, bo wtedy
zostają sami ze swoimi myślami. Zagłuszają je telewizorem, muzyką, rozmowami
telefonicznymi o niczym. Boją się… siebie?
Postanowiłam zrobić dla Was modne już od długiego czasu Q
& A. możecie w komentarzach zadawać dowolne pytania dotyczące mnie, a ja na
nie odpowiem.
Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie kręcę bicz na samą siebie, ale niech tam, zaryzykuję! Jest jedno, jedyne pytanie, na które nie
odpowiem (albo odpowiem „pomidor”), ale może nie padnie 😁.
Aha, nie podaję danych osobowych. Srodo.
No to do roboty! Macie czas do soboty.
Nie wiem, jak to jest u Was,
ale mnie często dopada myśl, że ten czy ów człowiek jest dziwakiem albo ma
dziwaczne nawyki. Co to właściwie znaczy? „Dziwny człowiek” to zwykle ktoś, kto
odstaje od tego, co większość uważa za normalne. Problem w tym, że zarówno
„normalność”, jak i „dziwność” są bardzo względne — dla jednych dziwakiem
będzie człowiek rozmawiający z roślinami, a dla innych ktoś, kto
codziennie o szóstej rano biega po osiedlu w stroju banana. Dziwny
człowiek zachowuje się nietypowo, ma oryginalne przyzwyczajenia, mówi lub
myśli inaczej niż większość, ma specyficzne zainteresowania, rytuały czy
obsesje. Jeden zjada wafelki warstwami, jakby odprawiał jakiś religijny rytuał,
drugi rozmawia z roślinami w doniczkach albo w ogrodzie. Inny je
frytki od najkrótszej do najdłuższej albo odwrotnie (preferowałabym odwrotnie 😁), jeszcze inny nie
nadepnie na linię między płytkami chodnika albo musi sześć razy sprawdzić, czy
na pewno zamknął drzwi.
Mój własny wujek, zamiast
zrobić sobie mocniejsze okulary, z uporem maniaka zakłada dwie pary
jednocześnie – jedne na drugie. Dzieciątko absolutnie nikomu nie pozwala
dotykać swoich włosów, nawet fryzjerowi. Mama ogląda wszelkie prognozy pogody
na wszystkich możliwych kanałach, jakby sądziła, że w ciągu 10 minut
nastąpi nagły zwrot akcji i nad Rzeszowem pojawi się tornado albo
klimat zmieni się na śródziemnomorski. Miś Mamusi co chwilę zagląda do
lodówki, stoi i gapi się, jakby sądził, że kiełbasa rozmnoży się
przez pączkowanie albo że znajdzie tam sens życia. Babcia przed położeniem się
spać sprawdzała przestrzeń pod łóżkami, czy aby na pewno jest pusta, a następnie
szczelnie zamykała okna w obawie, że po rynnie mógłby wdrapać się
złodziej. Moja teściowa prasowała skarpetki, a BMŻ składał pedantycznie w kosteczkę
majtki.
Ja:
- ostrzę noże po każdym użyciu,
- maniakalnie kupuję nożyczki,
- godzinami odkładam pójście do wc z narażeniem
pęcherza na trzaśnięcie, bo akurat na nogach śpi mi Niffty i nie chcę
zranić jej uczuć,
- często, rozmawiając przez telefon, w popłochu szukam…
telefonu w przekonaniu, że go zgubiłam,
- liczę schody przy każdym
wejściu,
- jem wszystko osobno (np. najpierw
ziemniaki, potem surówka),
- mówię do siebie na głos,
- wącham książki, gazety i nowe
zeszyty,
- pamiętam przypadkowe
szczegóły sprzed 15 lat, ale nie pamiętam, po co weszłam do kuchni,
- zjadanie kanapki lub pizzy
zaczynam od obgryzienia skórki chleba albo brzegów pizzy,
- nałogowo liczę rzeczy,
obojętnie jakie: siedzenia w autobusie, drzewa przy drodze, wagony pociągu,
okna w blokach, sztachety w płocie, płytki w łazienkach i tysiąc
innych rzeczy,
- w teatrze, filharmonii,
autobusie i innych miejscach muszę siedzieć w pierwszym rzędzie,
- przy robieniu zdjęć uważam,
żeby nie weszła mi w kadr żadna ludzka jednostka, zdjęcia z ludźmi
kasuję (z wyjątkiem tych zrobionych celowo),
- nie mam w mieszkaniu
ani jednej rośliny,
- jeżeli nie wystawię nóg spod
kołdry, duszę się,
- cokolwiek do jedzenia ma
„kompozycję warstwową”, jem warstwami: wafle, markizy, ciasta tortowe, Raffaello…
- nienawidzę, kiedy ludzie nie
zasuwają za sobą krzeseł.
Co ciekawe, wielu ludzi uznawanych za dziwnych bywa też postrzeganych
jako kreatywnych, inteligentnych, autentycznych w sposobie bycia, mniej
podatnych na presję społeczną (no to się dowartościowałam 😂). A czasem „dziwny człowiek” to po prostu
ktoś, kto przestał udawać normalność tak skutecznie jak reszta 😅.
1. W czasie matur dostałam od polonistki z zaprzyjaźnionej
szkoły taki oto kubek. Zachwycił mnie, bo ta podziałka głosi samą prawdę 😅.
3. Kilka dni temu, gdy mama była
po kolejnej chemii, przeglądając dokumenty ze szpitala, natknęłam się na
sformułowanie „rokowania poważne”. Nie zrozumiałam, czy poważne na „tak”,
czy poważne na „nie”. W domu diabli mnie podkusili, żeby sprawdzić, co to znaczy.
No i się dowiedziałam, że to rokowania kiepskie. Jestem rozwalona, zdruzgotana,
nie mogę sobie znaleźć miejsca. Mama nadal czuje się dobrze, ostatnio
włączono jeszcze jakiś nowy lek. Podobno skuteczny, ale kto go tam wie, co z tego
wyjdzie, skoro rokowania do dupy… Boję się, wiecie?
Nie mogę się uspokoić. Niech
nikt nigdy i w żadnych okolicznościach nie straszy mnie pośmiertnym piekłem.
Piekło jest tutaj, na ziemi – i we mnie.
Szanowne (?) Życie!
Piszę, bo rozmowa z Tobą w cztery oczy nic nie daje (głównie dlatego, że Ty nie masz oczu, a ja coraz częściej nie mam siły i ochoty).
Pozwól, że zacznę od podziękowań, bo podobno tak wypada. Dziękuję Ci za te wszystkie rzekome „szanse”, które wyglądały podejrzanie podobnie do problemów. Świetny kamuflaż, naprawdę. Gdyby istniał konkurs na kreatywne utrudnianie egzystencji, miałobyś złoto, srebro i jeszcze Grand Prix publiczności!
Doceniam też Twoją konsekwencję. Naprawdę imponujące, jak potrafisz dostarczać dokładnie tego, czego nie zamawiałam. Marzenia? Proszę bardzo — w wersji demo niedziałającej po jednym użyciu. Spokój? Tylko w pakiecie z niepokojem. Sprzedaż wiązana.
Muszę przyznać, że masz świetne poczucie humoru. To ten rodzaj dowcipu, w którym pointa pojawia się po kilku latach i okazuje się, że to ja jestem przedmiotem żartu. Bardzo śmieszne.
Chciałabym również poruszyć kwestię organizacji. Czy naprawdę konieczne jest kumulowanie wszystkiego złego naraz? Czy istnieje jakaś opcja rozłożenia tragedii na raty? Bo obecny model zaczyna wyglądać jak nielegalny eksperyment na mojej psychice.
Niepokoi mnie też Twoja skłonność do powtórek. Jeśli coś już raz było złym pomysłem, to naprawdę nie trzeba tego testować ponownie w innej konfiguracji. To nie jest kreatywność, to jest karuzela z porażkami.
A skoro jesteśmy przy temacie — czy mogłobyś przestać wysyłać mi sytuacje i wydarzenia-lekcje, o które nie prosiłam? Rozumiem ideę rozwoju, ale czy naprawdę każda umiejętność musi być okupiona frustracją, zmęczeniem i ciężkim kryzysem egzystencjalnym? Może dałoby się wprowadzić wersję „light”? Taką bez skutków ubocznych w postaci zwątpienia w sens czegokolwiek?
Na koniec mam jedną skromną prośbę: jeśli już musisz mnie zaskakiwać, spróbuj czasem zrobić to pozytywnie. Wiem, brzmi jak fantasy i science fiction razem wzięte...
Z wyrazami umiarkowanego szacunku i dużą nieufnością
Frau Be
P.S. Jeśli to wszystko ma jakiś głębszy sens, to byłoby miło dostać chociaż trailer, taki, który wreszcie zdradza, o co w tym wszystkim chodzi, a nie tylko pokazuje losowe sceny z gatunku „dramat egzystencjalny z elementami absurdu”.
P. S. 2 Ech, Życie, żebyś Ty mordę miało...!
Tajemnicza.
Groźna.
Niebezpieczna.
Nieczysta.
Obrzydliwa.
Zabójcza.
Plugawa.
Kobieta miesiączkująca.
W starożytności (Grecji, Egipcie, Rzymie) miesiączka była
uznawana – i słusznie – za przejaw kobiecego zdrowia, jednocześnie jednak
wiązało się z nią myślenie magiczne. Królowały niedorzeczne poglądy,
jak ten, że kobieta miesiączkująca ma moc wyplenienia szkodników w polu
lub ogrodzie, rozganiania burz, odpędzania gradu. Krew miesięczną postrzegano
jako substancję groźną, powodującą kwaśnienie wina, opadanie owoców z drzew,
mętnienie luster, wymieranie pszczół, tępienie i rdzewienie żelaza. Z drugiej
strony próbowano nią leczyć dnę moczanową, wrzody, wściekliznę, bóle głowy,
padaczkę. Używano jej jako składnika maści przeciwzapalnych. Kultura judeochrześcijańska
(dlaczego mnie to nie dziwi?!) uznawała kobietę menstruującą za plugawą, nieczystą,
obrzydliwą. Pojawiły się zakazy uczestniczenia w obrzędach
religijnych, przygotowywania jedzenia czy kontaktu z innymi ludźmi. Wszystko
to za sprawą pramatki grzechu – Ewy, za której sprawkę płacą w ramach
odpowiedzialności wszystkie kobiety świata.
Przez większość historii ludzkości menstruacja była tematem tabu,
otoczonym albo przesądami, albo milczeniem. Średniowiecze dolało oliwy do
ognia, produkując takie pomysły jak ten, że współżycie w czasie miesiączki
może zabić mężczyznę albo taki, że gdyby doszło w tym czasie do zapłodnienia,
dziecko będzie opętane, ślepe, ułomne albo rude 😂.
Te i inne mity pokutowały przez stulecia praktycznie jeszcze do początków
XX wieku.
Jednocześnie próbowano radzić
sobie z krwawieniem. Historia środków higieny menstruacyjnej to trudna opowieść
o pomysłowości, biedzie, wstydzie, rozwoju medycyny i zmianach
społecznych. Kobiety stosowały to, co było dostępne pod ręką: kawałków
materiału, wełny, mchu, trawy, papirusu, futra zwierząt, gąbek morskich, watowanych
tkanin. W starożytnym Egipcie używano miękkiego papirusu zwijanego w formę
przypominającą tampon. W Grecji stosowano kawałki drewna owinięte
materiałem. W wielu miejscach świata kobiety po prostu nosiły kilka warstw
odzieży i pozwalały krwi wsiąkać w tkaniny. Przez długi czas bielizna
w dzisiejszym rozumieniu praktycznie nie istniała, więc kobiety po
prostu krwawiły w ubrania. Bogatsze mogły używać wielorazowych szmatek lub
specjalnych „podpasek” z tkanin. Problem polegał na tym, że pranie było
trudne, dostęp do czystej wody ograniczony, a higiena ogólnie wyglądała
inaczej niż dziś. Materiały wielorazowe prano i używano ponownie przez
lata.
Menstruacja była tematem
wstydliwym, którego nie poruszano publicznie. W XIX wieku
zaczęły pojawiać się pierwsze produkty przypominające współczesne podpaski,
były jednak niewygodne i drogie. Kobiety używały składanych wkładów tekstylnych
i pasów menstruacyjnych. Te pierwsze „podpaski” nie miały kleju.
Mocowano je do pasa noszonego wokół bioder. Bywały grube i przesuwały się
podczas chodzenia. W tym okresie nadal dominowały wielorazowe materiały,
które trzeba było prać ręcznie. Przełom nastąpił po I wojnie światowej,
gdy pielęgniarki zauważyły, że materiał celulozowy używany do opatrywania ran
świetnie chłonie krew. To doprowadziło do powstania pierwszych podpasek jednorazowych.
Zaczęto sprzedawać je na większą skalę w latach 20-tych XX wieku.
W latach 30-tych pojawiły się pierwsze tampony, które budziły ogromne
kontrowersje. Niektórzy twierdzili, że są „niemoralne”, niebezpieczne” albo
„nieodpowiednie dla młodych kobiet”.
Po II wojnie światowej środki
higieniczne zaczęły stawać się bardziej dostępne. Podpaski stawały się
coraz cieńsze, powstały tampony z aplikatorami. Używa się coraz
bardziej chłonnych materiałów, a produkty jednorazowe pakuje się
indywidualnie.
Ciekawym zjawiskiem były/są reklamy podpasek i tamponów.
Przez długi czas były dziwne i pełne eufemizmów, krew zastąpił niebieski
płyn. Przekonywano kobiety, że podczas miesiączki powinny zachowywać się
tak, jakby nic się nie działo: grać w tenisa, tańczyć i być
zawsze uśmiechnięte. Chyba faceci tworzyli te reklamy, bo ich nigdy brzuch
menstruacyjnie nie napieprzał!
Współcześnie pojawiło się pojęcie – i jednocześnie
zjawisko – „ubóstwa menstruacyjnego”, tj. sytuacji, gdy kobiety miesiączkujące
nie mają dostępu do podstawowych środków higienicznych. Problem ten wciąż
istnieje i dotyczy wielu krajów, w tym także rozwiniętych. I to
jest smutne.
Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby napisać post na ten temat 😅
„Drodzy państwo, pracujemy w
niedoczasie!”. Jeszcze maj się nie zaczął, a mnie już dźwięczy w uszach
to zdanie, którym pogania nas Napoleon (przewodniczący zespołu o wzroście siedzącego psa) przy
sprawdzaniu matur. Na karku czuję już gorący oddech OKE, podczas gdy sama „pracuję
żyję w niedoczasie”. Zarobiona jestem po kokardę i kradnę życiu czas
dla siebie bardzo nieregularnie, choć robię, co mogę. Opóźnienia na blogach –
Waszych i moim własnym – mam straszne i generalnie to hańba mi. Ale spróbuję
nadrobić.
1. Składam zaległe podziękowania
należne wszystkim tym, od których dostałam kartki świąteczne. To chyba
najstarsza z niezałatwionych na blogu spraw ciążąca mi na sumieniu
(chociaż Dzieciątko twierdzi, że ja sumienia nie mam). Niniejszym DZIĘKUJĘ!
![]() |
| An |
![]() |
| JoAnka |
![]() |
| Jotka |
![]() |
| Stanley Maruda |
![]() |
| Tom |
2. Równie stara, pamiętająca
czasy Mojżesza kwestia to historia nagrody, którą – tak uznała Iwona Zmyślona –
wygrałam w jej konkursie wielkanocnym. Zmyślona i Zmyślna ta Istota
podchwyciła na moim blogu wzmiankę o różowej klawiaturze Dzieciątka oraz
moim marzeniu o niebieskiej. I co zrobiła? Tęże niebieską klawiaturę
mi ufundowała jako nagrodę! Iwonko, nie dość, że jesteś Zmyślona, to
jeszcze Szalona! Dziękowałam Ci już przez telefon, ale oficjalne podziękowania również
Ci się należą! DZIĘKUJĘ! Patrzcie wszyscy i podziwiajcie, jaki wypas!!!
- Z czego ona się tam śmieje? –
zapytał Miś Mamusi.
- Może zobaczyła się w lustrze
– odpowiedziała Mamusia Misia.
Kurtyna.
(Słowo daję, lubię tę rodzinkę,
jak mawia klasyk, czyli Wujek Kacperek.)
4. A teraz wyobraźcie sobie taką
scenę. Jestem u siebie w domu, rozmawiam przez telefon z Mamusią
Misia, która jest u siebie. Miś Mamusi w sąsiednim pokoju (u Mamusi
Misia w domu) rozmawia – również przez telefon – z Bratową.
Mamusia Misia (do mnie): Dzwoniła
ciotka, nad morzem paskudna pogoda, nawet krupy lecą z nieba.
Ja: O, aż krupy!
Mamusia Misia: Nie trupy, tylko
krupy!
Miś Mamusi (w tle, nie wiadomo,
do kogo): Jakie kupy?
Bratowa (do Misia Mamusi): Czy ty
jesteś normalny?!
5. Rozmawiam z Mamusią Misia,
siedząc obok niej na wersalce.
Ja: Jakiś kijowy mam nastrój.
Mamusia Misia: Kup sobie pół
litra, to ci szybko przejdzie.
No i jakże tej rodzinki nie kochać?!
Wszyscy
Polacy słyszeli o warszawskim Cmentarzu Powązkowskim, jednak chyba mało
kto wie o istnieniu „Małych Powązek” w Rzeszowie. Terminem tym
określany jest tzw. Stary Cmentarz – zabytkowa nekropolia, w której od
1909 r. nie dokonuje się już pochówków. Leży w samym tętniącym życiem
centrum miasta. Przechodzimy obok niego setki, może tysiące razy, ale większość
mija go w pośpiechu, w zamyśleniu nad własnymi sprawami.
A szkoda. Jest to miejsce fascynujące historią i urodą.
Rzeszowski
Stary Cmentarz należy do najstarszych w Polsce. Został założony
w 1792 r. W podobnym czasie powstawały inne znane polskie
nekropolie: Cmentarz Powązkowski w Warszawie (1790 r.), Cmentarz
Łyczakowski we Lwowie (1786 r.), Cmentarz Rakowicki w Krakowie
(1803 r.), Cmentarz na Rossie w Wilnie (1869 r.). Znaczna
część nagrobków charakteryzuje się walorami artystycznymi, gdyż zostały
wykonane przez wybitnych artystów rzeszowskich, krakowskich i lwowskich.
Od 1968 r. Stary Cmentarz podlega ochronie prawnej i figuruje
w rejestrze dóbr kultury.
Podobnie
jak na warszawskich Powązkach, 1 listopada każdego roku organizowana jest
kwesta, z której dochód w całości przeznaczony jest na ratowanie tego
pięknego miejsca, zniszczonego przez czas, działania wojenne i rządy PRL.
Zajmuje się tym Stowarzyszenie Opieki nad Starym Cmentarzem w Rzeszowie
i chwała jego założycielom za tę inicjatywę. W pewnej mierze udało
się już odrestaurować fragmenty cmentarza. Czyste alejki toną w zieleni,
na ławeczkach wypoczywają na wiosnę i w lecie – jak w parku –
dorośli z książkami i gazetami w rękach, matki z dziećmi
śpiącymi w wózkach, staruszkowie drobiący chleb gołębiom i wszyscy
ci, którzy szukają spokoju w samym centrum miasta. Sporo zabytkowych
nagrobków zostało już odnowionych, inne czekają na swoją kolej. Niektóre
z nich pozostają bezimienne, a znakomita część kryje szczątki ważnych
osobistości i mieszczan rzeszowskich, którzy tworzyli historię miasta.
Spoczywają na nim przedstawiciele różnych wyznań chrześcijańskich: katolicy,
prawosławni, protestanci. Łącznie pochowano tu 40 000 osób, w tym
ofiary walk wyzwoleńczych i nalotów bombowych. Wiele grobów należy do
uczestników Wiosny Ludów, insurekcji kościuszkowskiej, powstania listopadowego,
powstania styczniowego.
Nekropolia
ta odegrała swoją rolę i kulturze – tutaj nakręcono finałową scenę „Trędowatej”
w reżyserii Jerzego Hoffmana – pogrzebu Stefci Rudeckiej. Rolę jej grobu
spełnił sarkofag rodziny Drezińskich w kwaterze XI. Grób długoletniego
skarbnika magistratu rzeszowskiego został udekorowany białymi kwiatami, a za
nim ustawiono atrapę ogrodzenia cmentarza.
| To tutaj "pochowano" Stefcię Rudecką. |
Nieopodal
bramy znajduje się grupa nagrobków stylizowanych na greckie stele.
„Stań przechodniu, uczciy te ostatki
Tu płacze mąż cney żony
Czułej dzieci matki.
Co dla nich naydroższego
W tym się grobie mieści
Wszystko im śmierć zabrała
Nie wzięła boleści.”
Pobliski nagrobek Tekli Konarskiej zdobi piękna rzeźba greckiego boga snu – Hypnosa, pogodnego młodzieńca o delikatnej urodzie, jakby od niechcenia gaszącego pochodnię będącą symbolem płomienia życia ludzkiego.Z nagrobka Tomasza Bachmanna podrywa się do lotu gołąbek z rozpostartymi skrzydłami – symbol ludzkiej duszy. Przypomina w ten sposób, że tylko ciało jest śmiertelne, duch zaś ulatuje ku Bogu, aby z nim wieść życie wieczne.Niezmiernie wzruszające są epitafia poświęcone dzieciom i ich nagrobki. Za najbardziej ujmujący na całym cmentarzu grób uważam miejsce spoczynku małej dziewczynki. Rzeźbiarz umieścił na misternie wykonanej z kamienia poduszeczce postać małego, śpiącego dziecka z puklami kręconych włosów. Na kamiennej tablicy zrozpaczony ojciec, Franciszek Janik, kazał wyryć inskrypcję:
„Tu śpi mój Aniołek,
Wandzia moja miła.
Śmierć mi Cię skarbie drogi na wieki
uśpiła.
Duszyczka Twa w niebie w cherubinów
rzędzie
Niech orędowniczką u Pana mi będzie.”
Gdzie
indziej zaś, na grobie dwójki dzieci, rodzice wypisali:
„Staś i Anusia
Zająców ukochane dziatki
Zgasły w życia zaraniu,
By siać Panu kwiatki.
1892 – 1898”
„Jak poranna rosa,
Jak podcięte kwiatki,
Tak zgasła dziecina,
A z nią szczęście matki.
Ignalek Pik
Przeżywszy lat trzy
Zmarł 6 stycznia 1888 r.”
„Zabrałeś nam, o Boże, dziecinę kochaną
I żyć kazałeś z krwawą w sercu raną.
Daj siły krzyż dźwigać, błagamy Ciebie,
Daj wiarę, że kiedyś połączysz nas w
niebie.
Julo Grzymała Dzierżanowski
Uczeń gimnazyum
wypadkiem zastrzelony
1882 – 1894”
I jeszcze dwójka dzieci, Staś i Anusia:
| To wspólny grobowiec powstańców styczniowych |