Jak w tytule.
Jeżeli przeżyję, to dam znać.
Być może niektórzy z Was pamiętają ze szkoły, a już na pewno Teatru i Jaskółka wiedzą na 200%, co to jest synestezja. Tym, których PESEL zobowiązuje, przypomnę, że w sztuce jest to przenikanie się wrażeń odbieranych różnymi zmysłami: wizualnych, słuchowych, węchowych, dotykowych, smakowych albo też łączenie się literatury, malarstwa i muzyki w jedno dzieło. Stosowana jest głównie w literaturze (najczęściej w poezji), ale i w pozostałych dziedzinach sztuki.
![]() |
| Połączenie wrażeń wzrokowych ze słuchowymi /grafika z Wikipedii/ |
I takim synestetykiem jestem ja, mieszczę się w tych 4% populacji. Są podobno cztery rodzaje synestetyków, ja należę do grupy najpopularniejszej, nazywanej roboczo grafem-kolor, czyli że litery, liczby albo słowa mają kolory.
![]() |
| Grafem-kolor /grafika z Wikipedii/ |
Dla odmiany poniedziałek jest ciemnoczerwony, wtorek piaskowożółty, środa pomarańczowa, czwartek ciemnoniebieski, piątek
popielaty (zauważcie – piątka i piątek takie same, to jeszcze jeden dziw),
sobota ciemnogranatowa, niedziela jasnozielona.
Czy Wy też tak macie? Ktoś jest synestetykiem? Opowiedzcie o swoich doświadczeniach.
Nie cierpię bylejakości. Co by nie powiedzieć – nie tak
drzewiej bywało. Współczesne życie bylejakością stoi.
Chciałam przy remoncie mieszkania zrobić normalne, uczciwe
tynki. Nie, „teraz tak się nie robi” i w efekcie mam na
ściankach płyty gipsowo-kartonowe, czyli coś w rodzaju gówna. Dokonywałam również
minimalnej przeróbki polegającej na wyburzenia kawałeczka ściany i wybudowanie
tegoż kawałeczka w innym miejscu. Ściana, jak rozumiem, to cegła, beton,
nawet drewno… A, nie, co ja tam wiem, „teraz tak się nie robi”. I co
mam? Tak, zgadliście – cholerną gównianą ściankę z gównianego gips-kartonu.
Wrrr. Dałam się również namówić na panele podłogowe i ciągle odpadające
listwy. Cóż, każdy ma w swoim życiu chwile zgłupienia. Nigdy więcej!
Bloki były ocieplane. Oczywiście styropianem, a jakże
by inaczej. Na tym jakaś cieniutka warstewka czegoś tynkopodobnego. I co?
Zgadliście. Mury wyglądają jak rzeszoto, podziurawione palcami, pięściami i nie
wiem, czym jeszcze. Osobiście sprawdziłam, przyznaję ze wstydem – ale w celach
naukowych! – palec wchodzi jak w masło. Gipsowo-kartonowym obudowom rur na
klatce schodowej u mamy nawet już się nie dziwię. Oczywiście
popękane, powgniatane, ponadłamywane, podziurawione. I to nie trzeba się wysilać,
można to zrobić niechcący.
Może to i banał oraz oczywista oczywistość, ale nasz rynek
jest dosłownie zalany plastikiem wszelkiego autoramentu i tanim badziewiem,
które albo od początku nie działa, albo psuje się po jednym
użyciu. Sprzęty AGD, które służyły dawniej po 30 i więcej lat
zostały zastąpione tandetą do szybkiego wykończenia i jeszcze szybszego zakupu
nowej, bo „naprawa się nie opłaca”. Blachy w samochodach cieniutkie
jak pergamin, można je wgiąć małym paluszkiem.
W barach i innych jadłodajniach łamią się plastikowe
sztućce, dopiero co kupione majtki prują się podczas prania, nowy klej
nie klei, satynowe okładki książek natychmiast się odsatynowują, bo
odchodzi wierzchnia folia. Moda proponuje podarte spodnie, a na modelkach,
fotografiach, rysunkach i manekinach propaguje się stopy stawiane do wewnątrz,
co jest raczej zaburzeniem ortopedycznym.
Bebechy się plączą.
Kiedyś przedmiot miał starzeć się powoli, dzisiaj ma
dobrze wyglądać w dniu zakupu. Dawne meble były solidne, dziś półki w szafach
uginają się pod byle czterema rzeczami na krzyż, a „plecy” z dykty
odłażą od samego początku. W ramach promocji odklejają się listwy,
odchodzą okleiny i rozpadają się zawiasy. Niegdyś porządnie skręcane
śrubami meble dziś łączy się klejem, więc np. krzesła, gdy się rozchwieją,
nadają się tylko do wyrzucenia (np. ja skleić krzesła nie potrafię).
Podszewki prują się na potęgę, torebki rozlatują, szwy
krzywią się albo pękają, niedopasowane elementy sprzętów straszą
właścicieli (np. mój samootwierający się, przyprawiający o zawał
kosz na śmiecie). Opakowania to jednorazówki, futryny i drzwi ze sprasowanej
makulatury puchną od kropli wody, plastikowe place zabaw blakną w słońcu, niszczeją
o każdej porze roku i nie nadają się dla ciut większych dzieci, które
wciąż chciałyby się bawić.
W byle jakim życiu rządzą pozory i nawet relacje
międzyludzkie są pozorne, sprowadzone do SMSów, lakonicznych i napisanych
byle jak (język, ortografia, znaki diakrytyczne) wiadomości na komunikatorach, pozostawionych
przez osoby, które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że to brak
szacunku wobec odbiorcy. Bo i samoświadomość, i savoire-vivre byle jakie
(czego najlepszym dowodem są urastające do granic absurdu życzenia sobie „smacznego” przez
każdego i każdemu przy stole albo chamsko-protekcjonalne „witam” i spoufalanie się).
Bogoojczyźniani katolicy, kiedy powiedzieć kilka słów prawdy o kościele i poprzeć
je faktami, zżymają się na mowę nienawiści, co ostatnio jest w modzie.
Oni oczywiście nigdy się nią nie posługują, ponieważ używają chrześcijańskiej
mowy miłości. Przykłady tejże mnożą się na każdym kroku: "lewactwo",
"lewaki", "niemiecka agentura", "żydokomuna",
"tęczowa zaraza", "diabelskie nasienie",
"neomarksiści", "brukselskie pachołki", "niemieccy
agenci", "rudy Tusk", "wróg wewnętrzny",
"dewianci", "promocja zboczeń", "zdrajca", "zaprzaniec", "zjednoczona koalicja chanukowo-banderowska". I wiecie co? To wcale
nie jest dziwne, wszak są w większości katolikami i wzorują się na
swoim mistrzu. Mowa oczywiście o biblijnym Jezusie Chrystusie, który z pełną
swobodą posługiwał się mową nienawiści jak ta lala, tylko drzazgi leciały.
Złościł się i obrzucał ludzi niewybrednymi, obraźliwymi epitetami.
Nazywał ich "dziećmi szatana", "psami",
"wieprzami", "żmijami", "chwastami"
(przeznaczonymi do wyrzucenia na śmietnisko i spalenia), zrównując
człowieka z odpadem i śmieciem. Złorzeczył tym, którzy nie uwierzyli
w niego jako mesjasza i nazywał ich "dziećmi diabła". Żydom
zabraniał nazywać się Żydami, bo w niego nie wierzyli. Apostoł
Piotr brał z niego wzorowy przykład, nazywając Żydów świniami, które taplają się
w błocie, szerząc tym samym antysemityzm. Jezus nazywał pogan psami, Piotr porównywał ich do psów jedzących
własne wymiociny.
Żeby nie być gołosłownym, garść soczystych przykładów z Biblii:
- "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze,
obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz
wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego
plugastwa."
- "Nie dawajcie psom [Kananejczykom] tego, co święte i nie rzucajcie
pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami."
- "Węże, plemię żmijowe, jakże ujdziecie potępienia w piekle?"
- "Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać psom
[dzieciom Kananejki]."
- "Bójcie się raczej Tego, który może duszę i ciało
zatracić w piekle."
- "Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień
wieczny."
- "Ojcem waszym jest diabeł."
- "Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię, nie przyszedłem przynieść pokoju, lecz miecz! Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy."
Czym są wyzwiska, groźby i dyskryminowanie członków innych
ludów, jeśli nie mową nienawiści?
No to już wiemy. Jaka mać, taka nać. Jaki mistrz, tacy uczniowie...
DZISIEJSZEMU DNIOWI PATRONUJE PIOSENKA:
To tylko wiatr
Śpiewa wciąż te kilka nut
To właśnie dziś
Smutek mnie odnalazł znów
Jak późny gość
W szyby znów zadzwonił deszcz
To z dawnych dni
Przyniósł mi wspomnienia zmierzch
Był taki ktoś
Kogo nie zastąpi nikt
Był taki dzień
Minął tak jak wszystkie dni
Był taki list
Który nie zawierał słów
Był taki ktoś
Kto nie wróci nigdy już
To tylko wiatr
Śpiewa wciąż te kilka nut
To tylko deszcz
W okna me zadzwoni znów
Lecz to nie ty
Przyjdziesz tu któregoś dnia
To tylko zmierzch
Który dziś rozłączył nas
Był taki ktoś
Kogo nie zastąpi nikt
Był taki dzień
Minął tak jak wszystkie dni...
Poryczałam się o poranku. Mniejsza o przyczynę,
możemy np. przyjąć na potrzebę tego tekstu, że to z powodu poniedziałku.
Pękła we mnie jakaś tama i jak się uruchomiłam,
tak nie mogę przestać wyć. W pracy musiałam nad sobą mniej więcej
panować, ale i tak chodzę z króliczymi oczami i szlarami wokół
nich. Nie podoba mi się, że doszło do tego w poniedziałek, bo
popularne porzekadło głosi, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. No ale nie jesteśmy
przesądni.
No więc – ryczę. Ryczę jak trąba jerychońska, a smutek
i rozżalenie wypychają ze mnie wilgoć przez oczy. Do nowych dochodzą
stare i przewlekłe żale. Wychodzą wszystkimi tkankami, wypełzają z najciemniejszych
głębin serca, a ja szlocham na akord.
Gdy byłam jeszcze w podstawówce, mój pierwszy chłopak
dokuczył pewnego razu naszej koleżance z klasy.
- Widzisz, co narobiłeś? Teraz przez ciebie płacze – szturchnęłam go.
- To niech płacze – wypalił. – Będzie mniej sikać.
To ja chyba nie będę sikać przez cały tydzień.
Intrygujące jest, jak stare są dzisiejsze codzienne przedmioty,
zjawiska i zwyczaje. Takie na przykład świeczki
na torcie urodzinowym. Oznaczają dzisiaj liczbę lat jubilata. Przesąd
nakazuje zdmuchnąć wszystkie za jednym razem, a wtedy spełni się
marzenie. Tymczasem jest to zniekształcony upływem lat starożytny grecki zwyczaj
ofiarowania świec bogini Artemidzie. Okrągłe ciasto (dzisiejszy tort) symbolizowało
księżyc i jego blask (jak blask bogini). Były to bez wątpienia akty przekupstwa,
aby bogini obdarzyła solenizanta swoją przychylnością.
![]() |
| /Zdjęcie z Internetu/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
A pukanie w czoło
albo odpukiwanie w niemalowane drewno?
To dopiero zwyczaj prastary! Wywodzi się z czasów najdawniejszej
słowiańszczyzny, a także z mitologii nordyckiej i germańskiej. Wierzono
wówczas, że bogowie zamieszkują drzewa. Stukając w drzewo, dawało się
bogom sygnał obecności i czci.
![]() |
| /Zdjęcie z Internetu/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
![]() |
| /Zdjęcie z Internetu/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
![]() |
| /Zdjęcie ze strony pixabay.com/ |
Z bolesnym niesmakiem obserwuję nie tylko galopującą
inflację w gospodarce, ale także cwałującą inflację językową. W dzisiejszym
świecie wartość słów w życiu codziennym dewaluuje się z prędkością
światła. Nie wiem, jak kogo, ale mnie to zjawisko irytuje, tym bardziej,
że sama wpadam w jego pułapkę. Gdzie licentia poetica, tam licentia
poetica, ale skłonność do hiperbolizowania mam. Pewnie przez wrodzone
poczucie humoru.
Zauważcie, że dzisiaj ludzie nie miewają zainteresowań,
zamiłowań, hobby. Mają pasje. Ten wyraz wywołuje u mnie
anafilaksję. Pasja to coś, co człowieka pochłania bez reszty,
z siłą wodospadu, przez co nie śpi nocami albo wpada w „szał
twórczy” i przestaje istnieć dla reszty świata. Myśli nieustannie buszują
w głowie, czyniąc ową pasję czynnikiem nadrzędnym w życiu.
To nie jest tak, że każda czynność wykonywania z zamiłowania w wolnym
czasie i dla relaksu, jest AŻ pasją. Słowo to jest silnie
nacechowane emocjonalnie. Tymczasem spokojne czytanie, regularne oglądanie „Na Wspólnej”, „Ojca Mateusza” czy cokolwiek innego, co sprawia nam przyjemność, my po prostu
lubimy. To nie wstyd lubić szydełkowanie albo mieć zamiłowanie do
kolekcjonowania zepsutych budzików (są tacy na świecie, np. moi rodzice 😅). W pasję natomiast
człowiek daje nura całym sobą, zmieniając się w kompletnego świra na
punkcie swojego hobby.
Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek zostać nazwanymi trollami? Mnie tak, choć dawno.
Jak wszystkim znającym mnie blogerom wiadomo, piszę to, co myślę, bez zbędnego upiększania
i nazywania łajna fiołkiem. Raz się komuś moja szczera opinia nie spodobała,
a podtrzymanie przeze mnie swojego zdania doprowadziło w końcu do
otrzymania miana trolla. I kij z tym, było, minęło, nie
zatrzymuję się nad ocenami tumanów, którzy nie wiedzą, kim jest
troll. Z koniem się nie kopie, a z głupim nie dyskutuje.
Dobrze by było wiedzieć, gdzie przebiega granica między
trollowaniem a wyrażaniem opinii. Różnica polega na intencji.
Kim jest troll? Jest to osoba, która nie chce włączyć się
do dialogu czy dyskusji, bo nie jest tym zainteresowana. Jej działanie
obliczone jest na zamierzony efekt - wywołanie złości, wytrącenie z równowagi,
sprowokowanie kłótni, ośmieszenie piszącego. Nie ma nic sensownego do
powiedzenia, nie uznaje argumentacji merytorycznej, gra wyłącznie na
emocjach. Testuje granicę ludzkiej wytrzymałości, psuje rozmowę innym, aby
sprowadzić ją do poziomu rynsztoka. Nie dąży do dyskusji, tylko do awantury. Krzyczy
zamiast myśleć. Jego wypowiedź niczego nie wnosi, nie mówi nic o świecie,
a jedynie o nim samym: z deficytem uwagi, źle znoszącym
sprzeciw, sfrustrowanym, zakompleksionym, nieempatycznym, o niskim
poczuciu wartości, impulsywnym, zawistnym, nieprzestrzegającym norm
społecznych, złośliwym, prowokującym, agresywnym, a do tego nudzącym się.
Znakomitym przykładem trolla był nękający mnie osobnik podpisujący się
nickiem "Sigmawagon". Jego denna pisanina nie była nastawione na
prowadzenie dyskusji czy wygłaszanie opinii. Potrafił multiplikować jeden
komentarz setki razy. Po co? To już kwestia jego niezaspokojonych potrzeb psychologicznych. To działanie obliczone było na wytrącenie mnie z równowagi,
utrudnienie mi "życia" blogowego, spowodowanie frustracji, narażenie
na stratę czasu (kasowanie setek jego wypocin).
Najskuteczniejszą bronią przeciwko trollowi jest niekarmienie go, ignorowanie. Troll "zagłodzony" umiera albo przenosi się na inne miejsce żerowania. Nie karmiłam Sigmawagona, cierpliwie sprzątałam jego rzygi i w końcu on sam siebie pozamiatał. nawet przysłał mi maila z przeprosinami napisanego ludzkim językiem. Tylko nie myślcie, że to jest post jemu poświęcony. On jest tylko dobrym przykładem.
![]() |
| Prawdziwy troll |
Ela i Basia
Ela studiowała w mieście, w którym mieszkała. Basia studiowała
poza domem. Ela była typową intelektualistką, podczas gdy Basia uczyła się
tak sobie. Rodzice sprzedali pole. Pieniądze dali Basi, kupiwszy jej uprzednio
kożuch. Ela marzła zimą w lichym płaszczyku. Po latach nawet scheda po
rodzicach została przez nich nierówno rozdysponowana, oczywiście na korzyść
Basi.
Stefa i Maryśka
Stefa
uczyła się w liceum, zdała maturę, studiowała, potem została nauczycielką
i dyrektorem szkoły. Dla Maryśki została szkoła zawodowa, w której
uczyła się krawiectwa, bo dla niej pieniędzy na naukę nie było. A szycia
w ogóle nie lubiła. Mimo to do końca życia pozostała krawcową. Jej marzenia
zostały zamordowane przez rodziców hołubiących Stefę.
-
Wiesz - zwierzyła mi się - mam straszne wyrzuty sumienia, bo ciągle mi się wydaje,
że kocham Natalkę bardziej niż Gabrysię.
Ewa
- Adaś
i Dorotka są w porządku, ale z Olą już nawet nie próbuję walczyć.
Przez to wszystko, co wyprawia, wydaje mi się, że ją kocham mniej niż
tamtych dwoje. Nie lubię jej.
A
według mnie Ewa hołubi Dorotę, jak żadnego z jej dzieci nie hołubiła. Obserwuję
to od narodzin Doroty po jej dorosłość.
Andrzej
Spośród
pięciorga dzieci to on był czarną owcą w rodzinie. Dlatego, że był zbyt wczesną
wpadką. Nie było wyzwiska, którego by nie usłyszał jako dziecko i później.
Nie było dnia bez awantury. Pozostała czwórka robiła, co chciała - zawsze
wszystko szło na jego konto. Cokolwiek się stało, było jego winą.
Nie
nadaję się na matkę-Polkę, więc po jednym dziecku podziękowałam za dalsze
rozmnażanie. Myślę, że nie potrafiłabym obdzielić dwojga (czy więcej) miłością
po równo.
Wielu
rodziców mówi potomstwu, że kochają
je tak samo, chociaż dzieci czują i wiedzą swoje. Jednemu przerywa się
ze zniecierpliwieniem, a drugie z uwagą wysłuchuje się do końca.
Jedno z nich słyszy, że "nie ma czasu na histerie", a drugie
ma prawo do słabości. Jedno obarczane jest zbyt ciężką do udźwignięcia odpowiedzialnością,
a drugiemu, będącemu tzw. "trudnym dzieckiem", dla świętego
spokoju we wszystkim się ustępuje. Jedno "zawsze da radę", a z drugiego
"nic nie będzie".
Trudny to temat, bolesny, wywołujący całą gamę emocji. Nasi rodzice nigdy nie dali nam odczuć, że któreś z nas kochają bardziej albo mniej. Dzięki temu i między nami nigdy nie było konfliktów. A jak to jest u Was? Czy macie tego rodzaju doświadczenia jako dzieci lub jako rodzice?
Czyli tak:
1. Mama po chemii wymiotuje całodobowo. Nawet po łyku wody. Jęczy, że
ona tego nie przeżyje. Nic nie je. Zażyte tabletki przeciwwymiotne nie mają
szansy zadziałać, bo natychmiast wracają, skąd przyszły (no, niezupełnie tam).
Mama nie przeżyje, a ja razem z nią. Tak bym chciała móc wziąć
to na siebie, ja jestem silna, a ona taka delikatna i krucha...
Równolegle w czasie chemię
bierze moja bratowa. Je za dwoje i jak mówi mój brat, "tylko dupa z lodówki
sterczy" :) A jedna pacjentka z sali, w której leżała mama,
dziarsko wychodziła na zewnątrz na papierosa, a potem robiła
sobie kawę i ze smakiem wypijała. Tymczasem była to jej... PIĘĆDZIESIĄTA
SIÓDMA chemia. Piąty rok leczenia. Podziwiam ją.
2. Z powodu słabości mamy jestem odcięta od komputera, który spoczywa
na biurku w maminym pokoju (który dawno temu był mój). Nie chcę jej
męczyć światłem, więc nawet otwieram na oścież drzwi od łazienki, które
zasłaniają światło z dużego pokoju, gdzie urzęduję. Toteż życie objęło
mnie chwilowo detoksem cyfrowym, nad czym ubolewam potrójnie, bo jestem odcięta
od Waszych i mojego blogów, komentarze jestem zmuszona ścibolić w telefonie,
czego serdecznie nienawidzę i od czego dostaję szału, a na dodatek
nie mam jak słuchać ulubionych podkastów.
3. Zrobiłam badania genetyczne. Oprócz geniuszu nie wykryto
żadnych zagrożeń poza podwyższonym ryzykiem zachorowania na raka jajnika.
Zakazali mi jedzenia mięsa (o, wielce mi, i tak nie jem!) i nakazali
ograniczyć albo wykluczyć nabiał. Chyba się nie myli, ja żyję
nabiałem. To co według nich mam jeść? Cukierki?!
4. Podkarpacie i Lubelszczyzna zostały upośledzone przez zimę
najhojniej. Oto fotka fragmentu Dzieciątka. Zgadnijcie, gdzie ma nogi.
Robiąc codzienne kursy do sklepów, aptek, do domu, do pracy, za każdym razem muszę odśnieżać samochód. W dziesięć minut potrafi być doszczętnie zasypany. Mój rekord odśnieżania auta wynosi osiem razy w ciągu jednego dnia. Absolutnym skandalem jest fakt, że w mieście wojewódzkim od wielu dni nie widać ani jednego pługa. Na jezdniach koleiny, samochodem rzuca, chodniki nieodśnieżone, parkingi nieodśnieżone, samochody zakopane w śniegu, a te, które jeżdżą, nie mają gdzie zaparkować, przynajmniej te z napędem na sam tył.
- Ty się ciesz, że nie mieszkasz w Jakucku, tam jest minus
siedemdziesiąt stopni.
- No i fajnie - ucieszyłam się. - To ja bym chciała tam mieszkać,
przynajmniej zamknęliby szkoły i miałabym z głowy chodzenie do pracy.
- Tylko że tam szkoły zamykają przy minus pięćdziesięciu. I przy
minus czterdziestu dziewięciu musiałabyś samochód odśnieżać i biec przed
nim z łopatą - Dzieciątko bezlitośnie rozwiało moje marzenia.
Kurtyna.
Żyjemy w epoce cyfryzacji, w wiecznym pędzie, w hałasie
i pośród nieustannie bombardujących nas bodźców. Na ulicach, w środkach
komunikacji, w kinach, teatrach i filharmoniach – dosłownie wszędzie –
widzimy ludzi z nosami w telefonach i ze słuchawkami na lub w uszach. Dlaczego
wyciągają smartfony w autobusach, podczas lekcji, w czasie spektaklu w teatrze?
Teleepidemia zatacza coraz większe kręgi.
W 2011 roku badacz z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, David
Levy, wprowadził termin „popcornowy mózg”. W „popcornowym mózgu” myśli
skaczą jak pchły, skupiają krótkotrwałą uwagę na jednym temacie i zaraz
przeskakują na drugi, z niego na trzeci, czwarty, piąty… I tak dalej.
Stąd wzięła się nazwa – naukowiec porównał rozproszone myśli do ziaren
kukurydzy, które chaotycznie strzelają i zmieniają się w popcorn.
I co Wy na to? Czy ktoś dostrzega u siebie objawy "popcornowego mózgu"?
Wszyscy wiemy, że Maria Skłodowska-Curie odkryła promieniotwórcze
pierwiastki rad i polon, Mikołaj Kopernik była kobietą wstrzymał
słońce i ruszył ziemię, a Ignacy Łukasiewicz skonstruował pierwszą
lampę naftową i "postawił" w Gorlicach pierwszą lampę
uliczną na naftę na świecie. Nie wszyscy już jednak mamy wiedzę o Polakach, bez
których nie byłoby wielu ważnych wynalazków. Zaprezentuję te najbardziej
spektakularne.
Mieczysław
Bekker - zaprojektował pojazd księżycowy, tzw. łazik, pokonując 85 konstruktorów
z całego świata.
Pierwsza w świecie lampa uliczna na naftę. Nie mam pojęcia, dlaczego wygląda bardziej jak kapliczka. Byłam, widziałam.
Napoleon
Cybulski - odkrył adrenalinę (hormon stresu) i jako pierwszy zmierzył
aktywność mózgu.
Marek
Dąbrowski - wprowadził na rynek samochodów osobowych Warszawę 203 reprezentującą
nowoczesne wzornictwo i komfort jazdy.
![]() |
| Warszawa 203 |
Kazimierz
Funk - odkrył witaminy.
Józef
Hoffman - wynalazł mechanizm wycieraczek samochodowych, a także nowoczesne
techniki konserwacji dzieł sztuki.
Krystyna
Jabłońska - opracowała unikalny model samochodu osobowego FSO Polonez, który
zyskał uznanie w Polsce i poza jej granicami (oraz u mnie, nie było to
jak Polonez! Twarda, porządna blacha, duża strefa zgniotu, wygoda. Nie było
miejsca, w które bym nie wjechała.).
![]() |
| Cudowny, wspaniały samochód. My mieliśmy już model Caro. Do dzisiaj śni mi się, że nim jeżdżę. |
![]() |
| AKAT-1 |
Jerzy
Kropiwnicki - skonstruował urządzenie do pomiaru jakości powietrza.
Stefania
Kwolek wynalazła lycrę oraz kevlar (używany tam, gdzie potrzebna jest
maksymalna wytrzymałość przy minimalnej wadze).
Ignacy
Mościcki - (tak, prezydent) wynalazł metodę pozyskiwania azotu z powietrza.
Adam
Olgiński - wynalazł rower elektryczny.
Andrzej
Piwarski - skonstruował maszynę parową.
Marek
Pluciński - stworzył system segregacji śmieci oparty na sztucznej inteligencji
(a my dalej sortujemy jak idiotki).
Kazimierz
Prószyński - wynalazł projektor kinowy ze stabilnym obrazem i kamerę
przenośną.
Marian
Rejewski - złamał kod Enigmy.
Witold
Rychter - wynalazł innowacyjne systemy nawigacyjne w lotnictwie.
Jan Szczepanik - wynalazł projektory kinowe i kamery filmujące w kolorze, barwną fotografię, tkaninę ognioodporną, telegraf bez drutu, szybką maszynę tkacką oraz udoskonalił kamizelkę kuloodporną.
Rudolf
Weigl - stworzył szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu.
Mieczysław
Wolke - wynalazł teletroskop, czyli urządzenie przesyłające na odległość obraz
i dźwięk (tak, pradziadek telewizora).
Ludwik
Zamenhof - stworzył międzynarodowy język esperanto.
Kazimierz
Żegleń - wynalazł kamizelkę kuloodporną.
![]() |
| Kamizelka kuloodporna na nosicielu. |
No to tak:
Jest 31 grudnia, sylwester. Tak, małą literą, bo nie idzie o imię, tak samo jak w walentynkach, andrzejkach i mikołajkach.
Jutro zmienią się cyferki w kalendarzu... i co z tego?! Data jak data, dzień jak dzień. Co tu świętować i to tak hucznie? Nie będzie magicznej zmiany na lepsze, będzie tak samo xujowo jak zwykle. O czym donoszę tym, którzy jak co roku mają nadzieję na lepszy rok. Donoszę zaś zza wody, bo znów mnie wywiało za linię Curzona. Mama na imprezie, a ja, jak zwykle, z Czesią. Czesia ma na wszystko wyrąbane, żre, wydala i śpi, gdzie jej się spodoba. Ja nie mam wyrąbane, smutno mi siedzieć samotnie (no, z Czesią jednakowoż), podczas gdy świat się bawi i to bez powodu. Ale to mój smutek, nie Wasz i nie będę Wam psuła nastrojów. Wystarczy, że sama mam humor do d***.
Jutro Mama będzie z namysłem się pakować, a pojutrze o poranku odwożę ją na oddział szpitala onkologicznego w PCO. Co będą jej robić lekarze i jak długo to potrwa, to wielka niewiadoma. Stąd utknęłam, póki co, po drugiej stronie Wisłoka i nie jestem w stanie wykoncypować, kiedy wrócę do domu. W czasie nieobecności mamy będę tu mieszkać. A tu wiadomo, jaki jest laptop i w dodatku w ogóle laptop, a to zniechęca. Będę się udzielać w miarę możliwości, kiedy tylko się da. Póki co, do siego roku i niech się święci pierwszy maja!
![]() |
| ...a przy okazji łączą się proletariusze wszystkich krajów. |
![]() |
| Koniecznie powiększcie to zdjęcie 🙃 |
![]() |
| Cienka dziunia |
Po pierwszym pomachaniu wyjrzało Dziecię z pokoju (miało lekką zadyszkę, czy mi się przywidziało?), obrzuciło mnie krytycznym wzrokiem i zapodało: „Matka, tobie też by się przydało poruszać. Podrzucę ci linki. To łatwe”.
Aha. Łatwe. No to odpaliłam Youtube’a w nadziei na ćwiczenia w rodzaju tych z pierwszej fotografii. Patrzę, a tu dziewczątko w legginsach
włożonych na patyczkowate nóżki podskakuje jak sprężynka. No dobra, proste, tak to i ja
mogę. Phi, co to dla mnie!
Z tym, że jedynym wspólnym elementem patyczkonogiej i moim było to, że mamy podłogę. Ona czystą, ja – pełną kurzu, śmieci i kocich kłaków. Ale cóż,
mam materac, mam zapał… Okazało się tylko, że powierzchnię mam mniejszą niż średnia
łazienka w Merkurym Markecie, dlatego każdy ruch wymagał ode mnie precyzji neurochirurga.
Robiąc wykrok, upierdzieliłam się w kolano, waląc nim w kant biurka.
Próbując robić pajacyki, rękami siepałam w lampę. Pompki pominęłam, przewijając
filmik do przodu. „Planki”. Co to, k***, jest?! Obejrzałam w Internecie. Opadłam na materac jak na łóżko.
To nic, bo i tak po dwóch minutach galerniczego wysiłku mój zapał jakby
nieco przygasł. Do tego wyszło na to, że wyciągnięty z takim trudem z otchłani szafy w przedpokoju materac to własność... Fanty. Usiadła na amen, a trzeba wiedzieć, że gdy
Fanta siedzi, to SIEDZI. Całą sobą. Wymownie, z godnością osobistą, po
królewsku. Kot nie do ruszenia.
Zgodnie z komendą wydaną przez patyczaka, położyłam się (obok kota). Przy okazji, kładąc się, dostałam po gębie ogonem. Zaraz potem przebiegła
po mnie Niffty, po czym na dobicie Charlie radośnie wskoczyła mi na brzuch i ułożyła się do
snu. Gwiazdką w stronę mojej twarzy, a jakże.
Zanim pozbyłam się kotów, padły kolejne komendy. Poczucie
winy z powodu nierobienia niewykonalnych dla mnie „planków” odsunęłam
usprawiedliwieniem: „Kotki mi nie pozwoliły.”
Zapowiedź niejakich „dipów” podkopała we mnie ducha walki. Dip to w ogóle chyba jakiś sos...? Na wszelki wypadek obejrzałam. Aha. No to dla spokoju sumienia ustawiłam dwa krzesła i przystąpiłam do wykonania ćwiczenia,
a tak konkretniej to do próby jego wykonania. Jedno krzesło zaskrzypiało
niepokojąco jak Titanic przed zatonięciem, drugie po prostu odjechało z potwornym
zgrzytem, ja natomiast wylądowałam na podłodze. Dlaczego mnie to nie zdziwiło?
Po obolałym odwłoku przyszła pora na hantle. Przytargałam z kuchni
dwie półtoralitrowe butelki z wodą mineralną (podwójnie gazowaną!). Trochę
niepełne, ale co tam! Jak się okazało, prawdziwym wyzwaniem nie były
butelkohantle, tylko plątanina kabli, która podstępnie wychynęła zza biurka
i oplotła moją prawą nogę niczym zawodowy boa dusiciel.
A tu tymczasem przyszła kolej na „burpees”. Wszechświat mi
świadkiem – obejrzałam i próbowałam. W efekcie mój oddech brzmiał jak stary odkurzacz,
a sąsiadka z dołu pewnie doszła do wniosku, że odbywa się u mnie
mecz sumo. Tętno wywaliło mi w kosmos.
Nareszcie przyszła pora na coś ewidentnie dla mnie: „Połóż się
wygodnie i rozluźnij się”. Ponieważ materac w całości opanowały
kotki, które pozasypiały z prędkością światła, położyłam się na moim
ukochanym łóżku. Właśnie próbowałam uspokoić zadyszkę, kiedy butelkohantle z hukiem wylądowały na podłodze, ponieważ Niffty już się obudziła i chyba chciała
sprawdzić, czy osiągnęłam stan zen.
Najwyraźniej największą próbą okazało się przeżycie
tego fitnessu w jednym kawałku i uratowanie życia. Naszła mnie myśl
niemal filozoficzna, że ten cały fitness to test charakteru, samozaparcia i odporności
psychofizycznej. Kto przeżyje jeden trening bez złamania kręgosłupa, może stanąć na
podium zrobionym z taboretu.
Nie, nie, nie, moi drodzy. Nigdy więcej! Na szczęście na
drodze do kolejnego treningu stoją mi ciasnota, podłoga, przewody elektryczne, przedłużacze, krzesła i trzy
koty. To dość, żeby wyszedł z tego teatr absurdu. I tego się trzymam.
![]() |
| Nigdy więcej! |