Serio?
Wakacje naprawdę się skończyły?!
O, ja chromolę!
Accidenti e culo, e puttana, amen!
Teraz pozostają tylko fobia szkolna, marazm i apatia.
Nie chce mi się nawet pisać o tym, gdzie byłam na wakacjach - z okazji wymienionej powyżej.
Serio?
Wakacje naprawdę się skończyły?!
O, ja chromolę!
Accidenti e culo, e puttana, amen!
Teraz pozostają tylko fobia szkolna, marazm i apatia.
Nie chce mi się nawet pisać o tym, gdzie byłam na wakacjach - z okazji wymienionej powyżej.
Za zimno, za ciepło, za twardo,
za miękko, za głośno, za cicho, za drogo, za tanio, za szybko, za wolno, za
smutno, za wesoło, za blisko, za daleko, za sucho, za mokro, za wysoko, za
nisko, za wcześnie, za późno, za słodki, za kwaśny, za słony, za gorzki, za
mądry, za głupi, za lekki, za ciężki, za krótki, za długi, za luźny, za ciasny,
za ładny, za brzydki, za chudy, za gruby, za łatwy, za trudny, za młody, za
stary, zbyt banalny, zbyt oryginalny, zbyt miły, zbyt nieprzyjemny, zbyt kulturalny,
zbyt arogancki…
Należy jednak zwrócić uwagę na to, że
każdy medal ma dwie strony.
Pierwsza Strona Medalu
głosi, że nie lubimy osób narzekających. Narzekanie jest nielubiane,
niepożądane, niechciane, złe. Odsuwamy się od ludzi, którzy narzekają i
sami uważamy, żeby nie być postrzeganymi jako osoba ciągle lamentująca. Boimy się,
aby nie zarzucono nam negatywizmu. Przeszkadzają nam pesymizm, marudzenie,
niedocenianie tego, co się ma. Komunikat „nie narzekaj” wzbudza w nas
poczucie winy i wpędza w zamykanie się w sobie. Osoba,
która to mówi, sygnalizuje przez to, że nie jest gotowa do udźwignięcia
twojego problemu. Ludzie narzekający irytują i przygnębiają innych, którzy
podświadomie chcieliby pomóc, a nie mają takiej możliwości.
Druga Strona Medalu
wygląda tak. W epoce, w której każe się nam myśleć pozytywnie i starać się
o „pozytywne wibracje”, psychologia wydaje niepopularną opinię: narzekanie
jest zdrowym sposobem wyrażania tego, co się czuje i jakie ma się
potrzeby. Jest narzędziem dającym wgląd w to, co jest dla nas ważne
i pełni dobrą funkcję emocjonalną. Pozwala wyrazić smutek, niezadowolenie,
złe samopoczucie, prowadząc wręcz do terapeutycznego oczyszczenia się z frustracji.
Zdaję sobie sprawę, że jestem pesymistką, przywaloną dodatkowo ponad dwudziestoletnią depresją. Stąd mam tendencje do narzekania i świadomość, że dla innych może to być upierdliwe. Staram się nad tym pracować i panować, ale wiadomo – czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
- 16 sierpnia 2026 r., Węgry.
Autokar z powracającymi nocą do domów z Medjugorie polskimi pielgrzymami
zsunął się z drogi, wpadł do rowu i przewrócił się na bok,
po czym stoczył się po bardzo stromym nasypie. Na miejscu zginęło 12 osób,
a 47 zostało rannych, w tym 10 osób znalazło się w stanie
krytycznym.
- 22 lipca 2007 r., okolice Grenoble.
Polscy pielgrzymi wracali z wyprawy do sanktuariów maryjnych. Autokar,
pokonując stromy odcinek górskiej trasy, wypadł z drogi na ostatnim zakręcie
i runął z mostu w 15-metrową przepaść. Śmierć poniosło 26 osób,
a 24 zostały ranne. Brakowało ciał pielgrzymów, którzy wpadli do rzeki Romanche
i utonęli albo znaleźli się w jej nurcie już martwi.
- 1 lipca 2002 r., Węgry. Autokar
z 51 pielgrzymami zmierzającymi do Medjugorie najechał na rondzie lewym
kołem na wysoki krawężnik, przewrócił się, dachował, po czym wpadł do rowu.
Zginęło 20 osób, a 31 zostało rannych.
- 30 września 2005 r., Polska,
Jeżewo. Młodzież szkół średnich udawała się na pielgrzymkę do
Częstochowy. Podczas manewru wyprzedzania autokar zderzył się czołowo z ciężarową
lawetą. W tym samym momencie na jego pokładzie wybuchł pożar, który
błyskawicznie objął cały pojazd. Zginęło 13 osób, tj. 10 maturzystów i 3
kierowców.
- 6 sierpnia 2022 r.,
Chorwacja. Polski autokar wiozący pielgrzymów do Medjugorie z dużą
prędkością zjechał z autostrady, przerwał barierki i uderzył w betonowy
przepust. Zginęło 12 osób (w tym obaj kierowcy), 32 zostały ranne (w tym
19 w stanie ciężkim).
- 20 sierpnia 2024 r., Iran.
Muzułmańscy pielgrzymi z Pakistanu byli w drodze do Iraku, do
świętego miasta Karbala. W wypadku autokaru zginęło 28 osób, 23 zostało
rannych, w tym 14 w stanie ciężkim.
- 28 marca 2024 r., RPA. Autokar
z chrześcijańskimi pielgrzymami należącymi do Kościoła Syjonistycznego
uległ potwornemu wypadkowi. Przebił barierę na moście nad przełęczą, spadł z 50-metrowej
wysokości w przepaść, stanął w płomieniach i całkowicie spłonął.
Zginęło 45 pielgrzymów i kierowcy, a jedyną ocalałą osobą była
8-letnia dziewczynka.
- 27/28 marca 2023 r., Arabia
Saudyjska. Autokar z muzułmańskimi pielgrzymami zdążającymi do Mekki i Medyny
zderzył się na moście z innym pojazdem. Zginęło 20 osób, 29 zostało
rannych.
- 11 września 2018 r., Indie.
Autokar wiozący hinduistycznych pielgrzymów ze świątyni Anjaneya Swamy najechał
na próg zwalniający, kierowca stracił panowanie nad pojazdem, który
przekoziołkował kilka razy i spadł do głębokiego wąwozu. 55 osób straciło życie,
a ponad 30 zostało rannych. Autobus był przeładowany, co dobrze świadczy o
pielgrzymujących.
- 22 kwietnia 2015 r., Nepal.
17 hinduskich pielgrzymów zginęło w drodze powrotnej ze świątyni Śiwy
– Pašupatinath w Katmandu, a ponad 30 zostało rannych. Autobus
zjechał z autostrady i spadł w 300-metrową przepaść.
- 30 maja 2023 r., Kaszmir.
Autobus z pielgrzymami stoczył się z wiaduktu na krętej, stromej
drodze górskiej. Zmierzali do sanktuarium Vaishno Devi poświęconej hinduskiej
bogini Mata Rania. Co najmniej 10 osób zginęło, a 55 zostało rannych.
- 29 maja 2019 r., Meksyk.
Katoliccy pielgrzymi wracali z sanktuarium Matki Boskiej z Guadalupe.
Autokar zderzył się z ciężarówką przewożącą paliwo. Doszło do tego na
wymagającym, górzystym odcinku drogi o dużym nachyleniu i ograniczonej
widoczności. Oba pojazdy natychmiast stanęły w płomieniach i doszczętnie
spłonęły. 21-23 osób spaliło się żywcem, a 30 zostało ciężko rannych.
To tylko niewielka część tragedii pielgrzymów na całym świecie. Wydawałoby się, że komu jak komu,
ale ludziom tak bardzo oddanym bogom takie nieszczęścia absolutnie nie powinny się
przydarzać. Jednak świat nie działa w taki sposób, jaki wyobrażają
sobie wierni. Nie ma najmniejszego znaczenia, jak bardzo chcą swojej wizji
rzeczywistości opartej na jakiejś sile wyższej, która niezmiernie ich kocha i nad
nimi czuwa. Religijna wiara sprowadza się do ciągłego zaprzeczania
rzeczywistości i wypieraniu ze świadomości realiów rzeczywistego świata.
Zadziwiające jest, że po każdej tragedii religie wychodzą z nich bez
szwanku! Pod ich wpływem człowiek może uwierzyć w każdy absurd. Przykładem
może być na wpół spalona figura Matki Boskiej z wypadku w okolicach
Grenoble. Nazwano ją Madonną Cierpiącą z Dziećmi Swymi i umieszczono
w kościele – nomen omen – pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Stargardzie.
Pytanie tylko, PO CO w ogóle pielgrzymi i ich przedmioty kultu muszą cierpieć!
Nie lękajcie się, katolicy, którzy chodzicie/jeździcie/latacie na pielgrzymki. Wasze dusze muszą hartować się w ogniu boskiego miłosierdzia.
![]() |
| Visille pod Grenoble /zdjęcie z Internetu/ |
Nie rozumiem, co tu (w naszym popieprzonym kraju) się odjaniepawliło. Od dawna słucham na YouTube różnych podcastów, czasem oglądam filmiki. Było w miarę normalnie, ale do czasu. Od pewnego momentu moją uwagę przyciąga i bezmiernie wkurza nowa moda: wyciszanie albo gwiazdkowanie pewnych wyrazów. Na przykład: „narkotyki”, „seks”, „samobójstwo”, „zabijać”, „śmierć”, „Mefedron”, „kokaina”, „heroina”, „amfetamina”, „powiesić się”, „zgon”, dealer”, „pornografia”, „trup”, „gwałt”, „prostytucja”, „pobić”…
Dlaczego te słowa nagle stały się
nielegalne? Jeżeli youtuber nie wygłuszy ich albo upubliczni je w formie
pisanej (nawet na Facebooku to widać, nie trzeba youtubera!) i nie wygwiazdkuje,
automatycznie zostanie zablokowany.
Co jest grane, do cholery?! Po jakiego grzyba to kontrolowanie, skoro nie są to nawet wulgaryzmy i skoro wszyscy tych słów używają, wszyscy je znają (nawet dzieci) i są w pełni legalne w języku polskim. Czy wymuszony zakaz sprawi, że rzeczy i zjawiska znikną? Co to ma być? Cenzura? Kolejny przejaw poprawności politycznej? Kolejna chora dyrektywa unijna? Czy zwyczajnie kogoś poj***ało?
1. No dobra. Sprawa się rypła,
więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się przyznać. Popełniłam
otóż trzeci mój tomik wierszy pod wielce szacownym tytułem „Karuzela z wariatkami”,
będący niejako kontynuacją drugiego („36 wariatek). Tomik, jaki jest,
każdy widzi. Jeżeli ktokolwiek chciałby go ode mnie otrzymać, niech śmiało
pisze na maila. Dwa poprzednie jeszcze mam w kilku egzemplarzach, więc też
są dostępne. I to by było na tyle 😅.
W przedostatnim moim poście Iwona Zmyślona użyła rzadko już dzisiaj spotykanego wyrazu „świekra”. Wzruszyło mnie to i spodobało mi się, więc pogrzebałam głębiej. A gdy się już dogrzebałam, to dym z czachy poszedł i mózg stanął mi w poprzek. No bo tak:
Moja Psiapsi mówi takie dziwne
rzeczy jak „stryjenka” i „wujenka”, co u nas w ogóle nie funkcjonuje. W codziennej
mowie używam wyrazów: „mama”, „tato”, „teściowa”, „teść”, „siostra”, „brat”, „babcia”,
„dziadek”, „ciotka”, „wujek”, „kuzyn”, „kuzynka” i na tym koniec. Tymczasem
są to spore uproszczenia, które dokonały się w języku z biegiem
czasu. Niektóre nazwy pokrewieństwa i powinowactwa przechowują jeszcze
gwary ludowe, ale chyba też już coraz mniej. Tymczasem dawniej przywiązywano
dużą wagę do stopni pokrewieństwa i powinowactwa, co znajdowało odbicie właśnie
w mowie.
W okresie staropolskim
rozróżniano przede wszystkim podział na „kądziel” i „miecz”. Krewni „po kądzieli”
to rodzina ze strony matki, a „po mieczu” – ze strony ojca. I teraz
tak.
Przodkowie matki to „kognaci”, a ojca
– „agnaci”. Już w tym momencie czuję się, jakbym rozpoczynała naukę zupełnie
obcego języka w Duolingo.
Im dalej w las, tym więcej
drzew. Mama i tato to „macierz” i „ojciec”. Ok, może być. Ale już ich
dzieci to „czędo”, bez względu na płeć. Wnuki to „wnęka” i „wnęk”, a dziadkowie
– „babka” i „dziad”. Jak mogłabym mówić na mojego ukochanego dziadka „dziadu”?!
Rodzice żony nazywali się „cieścią”
i „cieściem”, natomiast rodzice męża „świekrą” i „świekrem”. Swoją synową
nazywali „snechą”, snecha zaś na siostry męża mówiła „zełwy”, a na braci „dziewierze”.
Nadążacie? Bo ja już nie 😅.
Jeżeli bracia męża mieli żony, były to „jątrwie”. Z kolei dla męża siostra
jego żony była „świeścią”, a brat „szurzym”. Mąż świeści to „paszenog” (w tym
momencie ocieram pot z czoła)… I jedziemy dalej.
Brat ojca był „stryjem”, jego żona „stryjenką”, a brat matki „wujem” (analogicznie jego żona to „wujenka”).
Dzieci rodzeństwa to „nieściora”
i „nieć”, zamienione później na „synowicę” i „synowca” (potomstwo
brata) oraz „siostrzeniec” i „siostrzenica” (dzieci siostry).
Mąż ciotki to „pociot” lub „naciot”
(za nic nie powiem tak wujkowi !),
a kuzynostwo to „pociotki”.
Mąż siostry to „swak”. Siostry babki
nazywano „praciotkami”, a braci dziadków „wielkimi stryjami” lub „wielkimi
wujami”.
Pozostawiam Was zapewne z bólem
głowy, przepraszam, nie chciałam! Sama po napisaniu tego tekstu mam we łbie
cyrk, a w doopie karuzelę.
Poprzedni post był taki bardziej
na luziku, w dzisiejszym spróbuję się skupić na zjawisku dotyczącym
tylko ludzi, które określiłam mianem „pierwszego wejrzenia”, a które
wyjaśniają psychologia i socjologia, nazywając je „pierwszym
wrażeniem”.
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że przy podejmowaniu decyzji, czy w przyszłości będziemy lubić daną osobę, czy nie, istotne jest „pierwsze wrażenie”. Podobno wystarczą sekundy, żeby zadecydować o dalszych relacjach między dwiema osobami. Zgodnie z tą teorią wystarczy czas nieprzekraczający 7 sekund, aby się zdecydować, czy polubi się tego kogoś, czy nie. Ilekroć ocieram się o ten temat, przypomina mi się ewidentny przykład z mojego doświadczenia:
Eks nacisnął mały, okrągły przycisk dzwonka. Tuż przed moim wystraszonym nosem otworzyła drzwi nieco niższa ode mnie, korpulentna, siwowłosa kobieta.
- Dzień dobry...
- Dzień dobry – padła odpowiedź.
Mocnym, ale miłym, jakby zakatarzonym głosem. Potem pamiętam już tylko, jak –
pchnięte jakimś niewytłumaczalnym impulsem – radośnie padłyśmy sobie
w objęcia. Te pierwsze sekundy już na zawsze określiły nasze relacje.
Kochałam ją. Była lekiem na każde zło. Zjawisko „pierwszego wrażenia” tłumaczy
także miłość od pierwszego wejrzenia (np. BMŻ).
Dlaczego tak się dzieje?
Jednym z najważniejszych mechanizmów psychologicznych jest „efekt aureoli”, nazywany też „efektem halo”. Sprowadza się on do tego, że nawet jedno dominujące wrażenie ma wpływ na ocenę danej osoby. Na tej podstawie jesteśmy skłonni do przypisywania jej innych pozytywnych lub negatywnych cech. Jeżeli poznajemy kogoś, to „pierwsze wrażenie” jest nie do wyparcia, mimo że aby uzyskać pełną ocenę delikwenta, musimy go lepiej poznać.
Co ciekawe, powstawanie pierwszego
wrażenia jest rodzajem mechanizmu obronnego człowieka, który na jego podstawie ocenia,
czy ktoś jest dla nas zagrożeniem, czy nie. Jest to cecha atawistyczna,
odziedziczona po przodkach z odległych epok. Potwierdza to fakt, że za
rozpoznawanie zagrożeń i przetwarzanie emocji odpowiedzialna jest
neurobiologia – układ limbiczny w mózgu.
„Pierwsze wrażenie” wpływa na
nasze życie, bo przesądza o relacjach międzyludzkich, nieraz dozgonnie
(patrz ---> moja
teściowa, BMŻ).
To
jest tak. Patrzysz, widzisz pierwszy raz i już wiesz, że to będzie miłość
dozgonna. Strzała Amora przeszywa szybciej, niż zdążysz pomyśleć. Macie tak?
Zakochać
się od pierwszego wejrzenia można w człowieku, ale
i w zwierzęciu, w roślinie, w przedmiocie, w zapachu,
w miejscu, w zjawisku…
Tak
pokochałam od pierwszej chwili na zawsze Króla Popu, gdy po raz pierwszy
usłyszałam piosenkę „Say, Say, Say”, śpiewaną przez niego z Paulem
McCartneyem. Byłam wtedy w ósmej klasie - dzisiaj jestem... mhm... ciut starsza.
1. A oto klasyka debila. Na zdjęciu poniżej wyglądam tak, a nie inaczej, bo jedna moja koleżanka uznała, że szkoda, żeby takie ładne i długie włosy (moje) marnowały się bez loków i fal. Przyniosła mi taki artefakt, który zobowiązałam się użyć. No to użyłam i z tego tytułu ujrzałam w lustrze wzorcowy okaz kretyna.
2. Jakiś czas temu przyszła BEZCENNA
przesyłka od Teatralnej. W niej zaś osobiście przez Nią sfilcowane
kolczyki. Matulu, jakie cudne! Teatru, do końca świata Ci się nie wypłacę!
💖💖💖💖💖
5. Właśnie wykipiałam mleko w mikrofalówce. Żądam pomnika.
Sprawa wygląda następująco.
Z wszystkich sił staram się
wrócić do stanu używalności. Nie bardzo mi się to udaje, mam wakacje i najpodlejszy
nastrój, a mimo to ciągnie mnie już do blogów. Zabieram się do
napisania tej notki od kilku dni, podchodzę jak pies do jeża. Każda czynność
sprawia mi trudność, nawet ukochane pisanie, jednak nie – nie poddam się
i wygramolę się z tego Rowu Mariańskiego (Stachu, dziękuję Ci za
doping! 😘), bo z doświadczenia
wiem, że się da. Tylko nie zawsze szybko.
Bardzo serdecznie dziękuję tym,
którzy do mnie w tym strasznym czasie dzwonili, esemesowali, pisali maile,
wyrażali troskę i wsparcie na komunikatorach i w komentarzach na
blogu. Jesteście wspaniali! 💕💕💕
Nawet te parę pozornie mało znaczących słów było dla mnie ważne, świadczące o tym,
że są wśród Was liczne dobre dusze. Rozpraszało to także bardzo mroczne w tym
czasie poczucie samotności. Przebieg epizodu depresyjnego generuje bowiem między
innymi wyostrzenie wrażliwości. Pewni ludzie zawiedli, ci z mojego
otoczenia w realu, ale Wy nie sprawiliście mi zawodu 💖 Założyliście mi na popękane serce opatrunek❤️🩹.
Zatem wracam, może nie od razu na
pełnej petardzie, ale jednak.
Kochani, jestem Wam winna
wyjaśnienie. Nie wszyscy odwiedzający wiedzą, że choruję i leczę się
na depresję. Trafił mi się aktualnie bardzo ciężki epizod i ledwo zdarłam się
do komputera z łóżka, z którego prawie nie wychodzę, leżąc i patrząc
w sufit. Proszę, dajcie mi jeszcze trochę czasu, dopóki się nie pozbieram.
Wrócę do Was. Na pewno.

"Zakręciła klucz w zamku, i postąpiła prosto do trzeciej półeczki, tak dobrze wszystko zapamiętała; pochwyciła niebieski słoik, otworzyła go, włożyła w środek rękę, i wyjąwszy ją pełną białego proszku, jeść go zaczęła jak cukier. [..] — Mała to rzecz, śmierć! myślała w duchu, zasnę, i wszystko się skończy!" (Gustave Flaubert, Pani Bovary)
Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją
Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
Chodzi o rzecz tak ulotnie
definiowalną jak szczęście. Od czego zależy, czy człowiek jest szczęśliwy? Gdzie
szukać szczęścia, jeśli się nim nie dysponuje? Jeśli ewidentnie brak nam
poczucia szczęścia?
Nie ma magicznych tabletek na nieszczęśliwą
duszę. To czego się trzymać?
Najpierw ustalmy, czego szukamy. Szczęście
nie jest krótkotrwałą emocją. Polega na wewnętrznej zgodzie na życie
takie, jakie się ma, przynajmniej tak definiuje je psychologia, a wspomaga
filozofia. To poczucie spełnienia, dobrostanu i akceptacji tego, co daje
nam los. No i świetnie. A co z człowiekiem takim jak ja, który
nie potrafi się pogodzić? Nie mogę żyć tak jak chcę, a na
to, co jest, nie ma we mnie zgody. Doskonale wiem, co sprawiłoby, że
byłabym szczęśliwa, ale moje życie (przeznaczenie?) tego nie wie. Na pytanie
zadane wprost: „Jesteś szczęśliwa?” (tak kiedyś zapytała mnie pewna szczęśliwa starsza
pani) bez wahania odpowiadam również wprost: „Nie”.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie doceniam
tego, co mam. Otóż pewne rzeczy doceniam, ale szczęścia nie czuję, nic na to nie poradzę. Większości
zaś nie doceniam, ponieważ żyrafa ofiarowana mi w miejsce upragnionego
słonia w ogóle mnie nie cieszy. Owszem, na odczepnego mogę okazywać
zachwyt i zadowolenie, ale siebie samej nie oszukam. Sparafrazuję w tym
miejscu Gombrowicza: „Jak cieszy, jak nie cieszy?” Kiedy leżą
i kwiczą duże rzeczy, małe nie cieszą, nic nie poradzę. Żebym się
nawet w kucki porobiła z wysiłku – nie cieszą.
Mówią, że szczęście nie jest
zależne od rzeczy zewnętrznych, że jest w nas samych. Świetnie, tylko
dlaczego grzebię w sobie i za cholerę nie mogę go znaleźć
przez tyle już lat? Ile? – zapytacie. Dużo – odpowiem. Co najmniej dwadzieścia…
Co ja pieprzę? Trzydzieści najmarniej.
Gdzie więc szukać tego szczęścia,
którego nie ma we mnie ani koło mnie? Kto ma dla mnie receptę? Sąd wziąć
szczęście, gdzie ono rośnie, ile kosztuje, czy mają to na Temu? Jak sprawić, żeby
ostatnia myśl przed śmiercią nie była pełną żalu myślą o zmarnowanym,
smutnym życiu?
Pisząc te słowa, siedzę zagrzebana w mule. Wokół mnie falują wodorosty.
Zastanawialiście się kiedyś, bez
czego nie moglibyście żyć? Takie pytanie wpadło mi do głowy podczas tkwienia na
pisemnej maturze w charakterze ozdoby sali członka komisji. Najpierw zadałam
je sama sobie i przemyślałam odpowiedzi. Otóż:
1. Cebula.
Być może w poprzednim życiu byłam
indykiem, bo w aktualnym rąbię cebulę jak młockarnia. Robię to od
najmłodszych lat – konkretnie od czwartego roku życia. Samą, na surowo, bez
zbędnych dodatków, jak jabłko.
2. Dzieciątko.
Tego nawet nie trzeba tłumaczyć.
3. Internet.
Zapewnia mi kontakt z Wami.
Bez niego moja lista ludzi lubianych byłaby o wiele krótsza.
4. Książki.
Cóż. Zwyczajne uzależnienie z korzeniami
we wczesnym dzieciństwie. Wyniesione z domu, wyssane z mlekiem w proszku.
5. Mleko.
Co tu dużo mówić, kupuję całymi
zgrzewkami, a jeżeli przypadkiem w lodówce znajduje się ostatnie
pół kubka, dochodzi do ciężkich bojów między mną a Dzieciątkiem.
6. Noże i nożyczki.
Ostre narzędzia to moi (prawie,
bo największym jest łóżko) najlepsi przyjaciele. Każdziuteńki nóż pieczołowicie
ostrzę po każdym jednym umyciu. Jeśli nie „goli” włosków na skórze, to w moim
pojęciu jest tępy jak najgorsi uczniowie.
7. Przyjaciele i dobrzy znajomi.
W zasadzie jestem złą kobietą i mizantropką,
a jednak istnieją ludzie, których lubię i za którymi przepadam (wyobrażacie
to sobie? 😅). Tyle że wybieram
ich sobie sama i na własnych warunkach.
8. Sen.
Porządny sen, a nie jakieś
pitu-pitu z budzikiem nastawionym na 6.00 w nocy.
9. Warzywa, owoce i nabiał.
Jestem maksymalnie trawo- i nabiałożerna.
Innego sposobu żywienia sobie nie wyobrażam.
10. Zwierzęta.
Nie przypominam sobie takiego
okresu w życiu, w którym nie byłoby w domu papug, psa,
kotów, chomików, kijanek (!), rybek. Śmiało mogę powiedzieć, że są one
gwarantem mojej równowagi psychicznej, którą i tak bardzo trudno mi
utrzymać. Bez zwierząt do reszty bym zwariowała. Dom bez zwierząt jest zimny i taki
jakby… nieludzki.
A Wy? Bez czego nie moglibyście
żyć?
Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham Gregory'ego House'a. Jest
cudownie cyniczny i gardzi głupotą. Jednak nie moja miłość do doktora
House’a jest przedmiotem moich dzisiejszych przemyśleń, a jego sztandarowe
hasło: „Wszyscy kłamią”.
Jesteście prawdomówni? Na pewno?
Prawda wygląda tak, że niemal każdy codziennie wypowiada
zdania, które są bardziej rytuałem niż prawdziwym komunikatem. Na przykład:
„Musimy się kiedyś spotkać”. Nie, nie musimy. Obie/oboje
o tym wiemy. To zdanie wcale nie oznacza chęci spotkania, jest tylko
pustym konwenansem.
Dzieciątko o poranku: „Zaczekaj na mnie, już wychodzę”. To
jedno z jej największych osiągnięć. Stoi jeszcze w ręczniku, suszy
włosy, szuka drugiego buta i dopiero zastanawia się, czy umyć zęby,
ale już informuje, że wychodzi. W rzeczywistości od wyjścia dzieli ją
jeszcze minimum dwadzieścia minut i kryzys egzystencjalny przy wyborze ubioru.
Mnożymy też kłamstwa gastronomiczne w stylu: „Pyszne!”.
To szczególnie popularne podczas rodzinnych spotkań. Ciotka podaje ciasto o konsystencji
mokrego tynku, ale wszyscy zgodnie cmokamy z uznaniem, bo nikt nie chce
zostać tym, który zniszczył rodzinne święta jednym szczerym wyznaniem.
Standardowe pytanie: „Co słychać?” wcale nie oznacza
troski o czyjś stan. Nikt nie oczekuje zwierzeń i szczerej odpowiedzi.
Klasycznie należy odpowiedzieć: „W porządku”, nawet jeśli piętnaście minut
wcześniej płakało się nad rachunkiem za prąd.
A kłamstwa zawodowe? „Zapoznamy się z pani CV i oddzwonimy.”
Nie oddzwonią. „Chętnie to zrobię”. Nie, wcale nie mam ochoty na
dodatkowe, niepłatne zadania!
Albo: „Przeczytałam/em regulamin”. Nie. Nikt nie przeczytał.
Klikając „Akceptuję” przy regulaminie liczącym 148 stron, wyrażam dokładnie
taką samą prawdę jak politycy PiS w czasie kampanii wyborczej.
Znajomemu umiera ktoś bliski i od razu składamy mu
kondolencje: „Bardzo ci współczuję”, „Przykro mi”. Nie. Nie współczuję i nie jest
mi przykro, raczej bardzo mi z tego powodu wszystko jedno, bo nawet tej osoby
nie znałam.
My, komentujący na blogach też kłamiemy, np. udając, że
dany post nas interesuje, że podobają nam się byle jak zrobione zdjęcia,
że akceptujemy niechlujny język albo notki pisane przez AI.
Kiedy komuś dziękuję za coś, za co nie czuję się
wdzięczna, słyszę: „Nie ma za co”. Owszem, nie ma za co, ale tak
wypada.
Setki małych kłamstw istnieją codziennie i mają się dobrze. Być może nawet są konieczne, bo prawda prawdą, ale ktoś przecież musi mi powiedzieć, że ładnie wyglądam 😁 🤣.
Ciekawe jest także bardzo często występujące zjawisko – okłamywanie
samego siebie. Niestety, nie posiadam tej umiejętności, a przydałaby się,
aby móc wyprzeć niewygodne fakty albo uwierzyć w rzeczy, które poprawiłyby
mi samopoczucie.
Oczywiście hasło „wszyscy kłamią” nie oznacza, że każdy
człowiek jest zły lub nieuczciwy, pokazuje raczej, że drobne nieprawdy są częścią
codziennych relacji międzyludzkich.
To właściwie dobrze, czy źle?
No tak, rechocze. Ze studni na Rynku wydobywa się rechot, a gdy do niej zajrzeć, można zobaczyć ogromną miedzianą ropuchę.
![]() |
| Ropucha Romilda w studni |
W samym Rzeszowie, w licznych
ciekach wodnych, stawach i w Wisłoku mieszkają głównie: żaby zielone,
żaby brunatne, ropuchy szare, ropuchy zielone i ropuchy paskówki. Są to
pożyteczne zwierzątka, zjadające ogromne ilości owadów i ślimaków. Wszystkie
płazy objęte są ochroną i trzeba przyznać, że bardzo podoba mi się
społeczna inicjatywa polegająca na przenoszeniu ich w bezpieczne miejsce,
gdy znajdą się na ulicy.
![]() |
| Żaba na studzience |
![]() |
| Żaba w pobliżu Rzeszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji |
![]() |
| Siostra Romildy w podziemiach |
„A tymczasem leżę pod gruszą
na dowolnie wybranym boku
i mam to, co na świecie najświętsze –
święty spokój.”
Tak wyśpiewała Maryla Rodowicz, można powiedzieć, że moje
życiowe motto. Zawsze powtarzam, że moim ulubionym świętym jest święty spokój.
Święty spokój oznacza dla mnie ciszę i bycie samą w danym
momencie. Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Żeby nikt niczego do mnie
nie mówił, bo musiałabym odpowiedzieć, a nie chce mi się
otwierać gęby. Żebym mogła robić to, na co właśnie mam ochotę.
Już kiedy byłam nastolatką, izolowałam się w mieszkaniu,
zamykając drzwi od mojego pokoju. Pamiętam, jak tato dociekał, pytając mamę: „Dlaczego
ona się tak zamyka?” Nie wiem, czy znalazł odpowiedź.
Izolacja czy samotność mają złą reputację, a niesłusznie.
Potrafią być spokojne, wygodne i przyjemne. W dzisiejszych czasach są
wręcz luksusem. Lubię samotność, bo w niej wszystko zwalnia, a ja nie znoszę
się śpieszyć. W samotności można tak po prostu być, bez tłumaczenia się,
bez ciągłego reagowania, bez konieczności dopasowywania się do cudzych
humorów i oczekiwań. To właśnie samotność daje święty spokój. Świat bez
przerwy hałasuje, tymczasem ja kocham ciszę i uważam ją za najpiękniejszą
muzykę. W ciszy mogę wreszcie usłyszeć siebie. Pomyśleć. W samotności
jest czas na własne zainteresowania i własne tempo życia. Można czytać
książkę przez pół dnia, pić kawę, pisać wiersz, pisać post na blog, wymyślać
nowości do art journala, głaskać koty albo nic nie robić i wcale
nie jest to strata czasu, ale konieczny odpoczynek. Samotność także nie ocenia.
Nie daje mi niechcianych dobrych rad, nie pyta, dlaczego słucham
podcastów Filipa Chajzera albo dlaczego jem kanapki z żółtym serem o dwudziestej
trzeciej trzydzieści. W samotności można być sobą w najbardziej
zwyczajnej wersji – w dresie, zmęczonej, rozczochranej, milczącej i kompletnie
niegotowej na kontakty z ludźmi. Poza tym… ja bardzo dobrze czuję się
we własnym towarzystwie i nawet lubię ze sobą pogadać. Nie potrzebuję
niczym zagłuszać pustki, bo nie ma jej we mnie.
Dlatego lubię samotność. Nie dlatego, że nie lubię
ludzi. Po prostu czasem najbardziej potrzebuję chwil, w których nikt
niczego ode mnie nie chce. Święty spokój jest dziś dobrem luksusowym. Ludzie
zachowują się tak, jakby odpoczynek był czymś podejrzanym. Tymczasem
święty spokój to nie lenistwo, tylko chwila, w której człowiek
odzyskuje energię. Nie musimy być przez cały czas "produktywni".
Odnoszę wrażenie, że ludzie boją się ciszy, bo wtedy
zostają sami ze swoimi myślami. Zagłuszają je telewizorem, muzyką, rozmowami
telefonicznymi o niczym. Boją się… siebie?