Trudno mi było zabrać się za kolejny post w wyniku
urozmaiconego splotu wydarzeń. Przedostatni tydzień dał mi popalić, ostatni też
i dopiero w tym wyhamowuję, więc żywcem nie było jak i kiedy.
Zacznę od krzyżówki, która już dość długo wisi. Z żalem
stwierdzam, że tylko pięć osób pokusiło się o przesłanie do mnie
rozwiązania, w tym trzy połowicznego. Najwięcej haseł, bo 24 z 27
odgadła prawidłowo Pantera, która z powodu trudnych okoliczności życiowych
chwilowo zawiesiła działalność blogową. Rozwiązała również hasło główne. Jotka trafnie
wskazała 15 odpowiedzi i hasło główne. Echo, Iwona Zmyślona i Hebius pokusili się jedynie o przesłanie
hasła głównego, chociaż wiem, że wpadli na sporo rozwiązań. Niektórzy spośród
Was dzielnie próbowali, ale poddali się, zamiast powalczyć dalej. Poniżej wrzucam
rozwiązanie.
Dwa poniedziałki temu byłam w kinie na „Lalce” i nie będę
się wypowiadać, bo w porównaniu z Netflixową miała być cudowna, a tymczasem
wyszło takie gówno, że wróciłam z głębokim i bolesnym niesmakiem. Więcej
na ten temat ani słowa, bo nie zamierzam się denerwować.
Od zeszłego piątku stacjonuje w szkole policja. Policjanci
są wszędzie: w holu, na korytarzach, w internacie, przy stołówce, na
dziedzińcu, wszędzie. Wszystkie wejścia do szkoły są pozamykane, otwarte jest
jedynie główne, obstawione, że mysz się nie przeciśnie. Przy drzwiach stół,
policjant, dwóch woźnych i papiery do podpisywania, pewnie przez wchodzący obcy
element, np. rodziców. To oczywiście w związku z niedawnymi
młodzieżowymi wyczynami nożowniczymi. Czy czuję się bezpieczniej? Nie.
Mało mnie było w Internecie w tygodniu, bo spadł mi na
głowę wagon spraw do załatwienia, tak że nawet nie miałam kiedy
wykupić leków i załatwić u optyka okularów do czytania. Swoje przerobiłam
w czasie choroby na ósemkę, wysypiając się na nich. Dopiero dwa dni
temu poszłam i zamówiłam… trzy pary, bo nie mogłam się zdecydować, które oprawki ładniejsze 👓.
W piątek ledwo
zdążyłam się spakować i runęłam do łóżka. W środku nocy autokar
uniósł mnie w siną dal wraz z ekipą fajnych ludzi z mojej szkoły
plus dwóch klechów realizujących swoje powołanie za państwowe pieniądze. To wszystko
a conto Dnia Nauczyciela. Na początek wywieźli nas do niejakich Wadowic,
bo po drodze było (jasne, że bez tego by się nie odbyło!), gdzie
czerwona atrapa ciuchci zaprzężona do takich samych wagoników obwiozła nas po tej
dziurze, brzęcząc przez głośniki życiorys pseudoświętej papy (z pominięciem
ochrony pedofilów), zataczając się od kościoła do kościoła, od pomnika do
pomnika i wskazując miejsca: tu się urodził, tam kopnął piłkę, ówdzie
puścił bąka wydalił gazy jelitowe… Koledzy opowiadali w tym czasie
dowcipy, my się śmiałyśmy i było git.

Kolejkową podróż zakończyła
degustacja kremówek „papieskich”, choć żaden papież ich ani nie upiekł,
ani nawet nie powąchał. Nie lubię kremówek, bo mają masę budyniową
(do zapamiętania w razie kolejnego quizu albo konkursu 😅), ale muszę uczciwie przyznać, że te, na
które trafiliśmy, były zaskakująco lekkie i smaczne, a kawiarnia czy tam
cukiernia zapewniła świetny chillout na leżaczkach. Pełny luz.
Po deserze był obiad
(no co? kolejność nieistotna!) powieźli nas ku, niestety, Beskidom. Trudno, darowanej
wycieczce nie zagląda się w zęby. Na szczęście na miejscu (Hotel
Beskid w Spytkowicach, polecam) byliśmy o 15.00, a o 15.20
już zawładnęłam hotelowym basenem. Z nieokiełznaną rozkoszą okupowałam go
do wieczora. Inni kisili się w jacuzzi albo ryzykowali uduszeniem w saunie,
dzięki czemu nie zabierali mi powierzchni pływalnej 😅 🏊♀️. Po raz pierwszy od
dawna czułam się szczerze uszczęśliwiona.
Wieczorem już musiałam wyleźć i szykować się
na imprezę: dużo urozmaiconego jedzenia, tańce, hulanki, swawole i ocean
alkoholu wszelkiej maści. W toku zabawy kolejne jednostki odpadały do
swoich pokojów, aż do końca została nas garstka najwytrwalszych. Impreza skończyła się
o 1.00, a my zeszliśmy z parkietu o 1.30 🤣. Tak jakoś wyszło 😆.
Niestety, snu było za mało, ale przynajmniej nie miałam kaca (taki organizm)
jak inni.
Powieźli nas na drugi dzień do jakiejś zabitej dechami Zawoi
(ponoć największej wsi w Polsce), skąd – na całe szczęście – wyjechaliśmy wyciągiem
krzesełkowym na coś, co nazywa się Mosorny Groń.
Takie atrakcje (wyciągi
krzesełkowe i kolejki linowe) to ja lubię. Tyle że na górze było nudno, widoki
nijakie, bo wszystko zasłaniały te wstrętne góry. Wylazłyśmy z koleżanką
na wieżę widokową, ale tam też to samo.
Grupa samobójców polazła na dół z przewodnikiem
górskim jakimś dwuipółgodzinnym szlakiem na dół, a nas zostało 8 normalnych
osób plus pilot. Spokojnie udaliśmy się do karczmy, poszły w ruch kawusie,
herbatki, ciasteczka i kupowanie nieśmiertelnych pamiątkowych magnesików na
lodówkę (nie używam). Udało mi się nabyć suwenir dla Dzieciątka
kolekcjonującego kaczki – kolejną śliczną, błękitną, ceramiczną kaczuszkę. Czas
toczył się leniwie, my gadu-gadu, aż w końcu zjechaliśmy tym samym
wyciągiem na dół. Znaleźliśmy sobie jakiś przybytek, gdzie spokojnie zjedliśmy
naprawdę smaczny obiad (bardzo słuszne i pięknie podane porcje), a potem
deserek. Otrzymałam cudowną, ogromną bezę z wagonem bitej śmietany – z rozkoszy
byłam bliska zgonu.
Nażarta po same widełki dotoczyłam się do autokaru i natychmiast
zasnęłam. Gdzieś po drodze zgarnęliśmy straceńców, też już najedzonych i…
obudziłam się w Rzeszowie, pod szkołą. Matko cudowna, w poniedziałek
miałam na siódmą! Czarna rozpacz po prostu. Ledwo przeżyłam. A od
poniedziałku jestem u mamy, bo poszła do szpitala na badania i chemię.
Dzisiaj koniec służby, w nocy przyjechał Misiu Mamusi i przejął
pałeczkę. W sobotę, podczas gdy ja garowałam w Wadowicach, Miś Mamusi zdążył się ożenić.
Mój brat żonaty! Dobre sobie 🤣.