23 marca 2026

229. Mózgu nie widać, ale jak go nie ma, to widać

Tak sobie dywagowaliśmy z PKanalią na temat mózgu i wyszedł mi taki paradoks, że tak nadzwyczaj skomplikowany organ powinien wiedzieć o sobie wszystko, a tymczasem wie niewiele albo zgoła prawie nic. Sam sobie, a tym samym człowiekowi udostępnia tylko jakąś część informacji. Z kolei Jotka postawiła niedawno na swoim blogu pytanie: „Co ludzie mają w głowach?” Spróbujmy się temu przyjrzeć.

Najpierw fizjologia:

- Mózg męski jest większy o 10% od kobiecego, co wcale nie oznacza większej liczby komórek nerwowych. Jest ona taka sama w obu wypadkach, tylko u kobiet są one ciaśniej poupychane.

- Kora mózgowa kobiety (substancja szara) jest o około 0,5 milimetra grubsza i nieco bardziej pofałdowana niż mężczyzny.

- W mózgu kobiety ciało modzelowate łączące obie półkule jest o 12% większe niż w mózgu męskim.

- Mężczyźni mają większe ciało migdałowate.

- Mózgiem kobiety sterują estrogeny (hormony żeńskie).

- Mężczyźni przetwarzają dźwięki w lewej półkuli, kobiety natomiast w obu.

- Mózgi kobiet starzeją się wolniej.

- W mózgu kobiecym znajduje się więcej receptorów węchowych.

Co z tego wynika w praktyce?

KOBIETY

MĘŻCZYŹNI

Lepiej odczytują sygnały niewerbalne.

Łatwiej i szybciej podejmują decyzje.

Łatwiej rozpoznają emocje innych osób.

Lepiej orientują się w przestrzeni.

Wypowiadają około 20 000 słów dziennie, czyli znacznie więcej niż mężczyźni.

Lepiej oceniają odległość.

Łatwiej uczą się języków obcych.

Mają opory przed okazywaniem tego, co czują.

Częściej śmieją się i płaczą, są bardziej emocjonalne.

Nastawieni są na rywalizację.

Osiem razy mocniej odczuwają smutek.

Częściej narażeni są na autyzm i schizofrenię.

Szukają akceptacji otoczenia.

Stres działa na nich pobudzająco.

Częściej chorują na serce, choroby autoimmunologiczne, chorobę Alzheimera i depresję.

Częściej zapadają na chorobę Parkinsona.

Mają lepszy słuch i uzdolnienia muzyczne.

Mężczyźni lepiej grają w szachy i koncentrują się na zadaniach.

Sprawniej kojarzą fakty i wyciągają wnioski (może to jest ta słynna kobieca intuicja?).

 

Mają lepszy węch.

 

Są odporniejsze na uzależnienia od nikotyny i alkoholu.

 

Gorzej wypadają w sytuacjach stresowych: na egzaminach czy w trakcie wystąpień publicznych.

 

Na początku wszystkie mózgi są kobiece, dopiero w ciągu dalszego rozwoju ulegają maskulinizacji za sprawą hormonów męskich – androgenów.

Wybaczcie, że część komórek tabelki jest pusta – po prostu tyle tylko znalazłam istotnych informacji.

A tak wygląda praca mózgu kobiety w każdej sekundzie jej życia:

20 marca 2026

228. Zagadka

Ciekawe, czy zgadniecie, co to jest.


Tak, macie rację, to jest śmietnik. Na podłodze i na biurku. Ale to nie byle jaki śmietnik. Ponieważ choruję i siedzę w domu, to w miarę sił staram się robić coś pożytecznego. Czyli bałagan. No dobra, żartuję. Uznałam, że najwyższy czas zabrać się za robienie kartek świątecznych i dałam sobie na to tydzień. Właśnie zakończyłam pierwszy etap, najbardziej precyzyjny i upierdliwy – wycinanie elementów do przyklejania. Opadłam z sił, ale jutro znowu będę próbowała coś sklecić. Może zacznę klejenie…

15 marca 2026

227. Niecodziennik cz. 9 pt. „Gęba i Podole”

1. Wróciłam od mamy i chwilowo jestem u siebie. Próbuję co nieco nadrobić, zebrać się w sobie i wrócić między żywych, ale cosik mi nie idzie. Najpierw byłam chora, potem zdołowana, a teraz znowu jestem chora i zdołowana pospołu. Rzężę i kaszlę jak stary, doświadczony gruźlik, a mówię głębokim basem. Nie wiem, dlaczego nie poszłam na zwolnienie, nikt i tak tego nie doceni. To może jednak pójdę…?

2. Jadę z Dzieciątkiem na IV piętro, w windzie jest lustro na całą szerokość ściany. Dziecię przybliża twarz do szklanej tafli i ogląda ją centymetr po centymetrze. Staję obok i przyglądam się sobie z niezadowoleniem, po czym wyrokuję:

- Nie znoszę tego, że moja gęba jest taka okrągła – sarkam.

- Dobra jest, matka. Dopóki mieści się w lustrze, jest okej!

No… Umie Dzieciątko pocieszyć.

3. Pytam delikwentkę z „Pieśni o spustoszeniu Podola” Kochanowskiego. Słyszę, że nieśmiało bredzi, więc tak na wszelki wypadek dopytuję:

- Co to w ogóle jest, to Podole?

Niemota milknie.

- Nie wiesz? Kto powie, co to jest Podole?

Klasa milczy jak cmentarz.

- No? Śmiało! – zachęcam.

Milczenie się przedłuża.

Nagle z przedostatniej ławki środkowego rzędu rozlega się głos pobrzmiewający oburzeniem. – No jak to? To pani profesor nie wie? To jest przecież ta cała ziemia nasza!

Osłupiałam.

- Jaka cała ziemia nasza?! – pytam.

- No, ta cała! Przecież nawet ksiądz na pogrzebie mówi: na tym łez Podolu!

Po takim dictum padłam i do dzwonka nie mogłam się pozbierać.

4. Od 12 sierpnia 2026 r. będziemy na nowo meblować mieszkania i domy, bowiem może pojawić się 11 różnych pojemników do segregowania odpadów. Noż ja pierdziuńkam, ja już się w mieszkaniu nie zmieszczę i będę musiała spać na wycieraczce. I tak:

* pojemnik niebieski – na papier, karton,

* pojemnik zielony – na szkło bezbarwne, zielone, brązowe, kolorowe,

* pojemnik żółty – na plastik twardy i miękki,

* pojemnik pomarańczowy – na kartony po napojach,

* pojemnik szary – na metal,

* pojemnik brązowy – na odpady kompostowalne,

* pojemnik różowy – na tekstylia,

* pojemnik jasnobrązowy – na drewno i korek,

*pojemnik błękitny – na ceramikę,

* pojemnik czerwony – odpady niebezpieczne,

* pojemnik fioletowy – odpady zmieszane.

A propos zmieszanych, to co właściwie zostanie po tej segregacji?



03 marca 2026

224. Choram

Jak w tytule.

Jeżeli przeżyję, to dam znać.



28 lutego 2026

223. Jestem normalna inaczej (ale tylko w 4%)

Być może niektórzy z Was pamiętają ze szkoły, a już na pewno Teatru i Jaskółka  wiedzą na 200%, co to jest synestezja. Tym, których PESEL zobowiązuje, przypomnę, że w sztuce jest to przenikanie się wrażeń odbieranych różnymi zmysłami: wizualnych, słuchowych, węchowych, dotykowych, smakowych albo też łączenie się literatury, malarstwa i muzyki w jedno dzieło. Stosowana jest głównie w literaturze (najczęściej w poezji), ale i w pozostałych dziedzinach sztuki.

Połączenie wrażeń wzrokowych ze słuchowymi /grafika z Wikipedii/
Okazuje się, że istnieją ludzie (około 4% populacji), którzy są synestetykami. Oznacza to, że w ich mózgach zachodzi specyficzny proces polegający na doświadczaniu jednego zmysłu wywołującego doświadczenia charakterystycznego dla innego. Prawdopodobnie odpowiadają za to dodatkowe połączenia w mózgu. Bardzo dobitnie zobrazował to Artur Rimbaud w wierszu „Samogłoski”. Zwrócił w nim uwagę na fakt, że zjawisko synestezji występuje także w realnym życiu, nie tylko w sztuce. W tym wypadku jest to kojarzenie samogłosek (doświadczenie słuchowe) z kolorami (doświadczenie wzrokowe).

I takim synestetykiem jestem ja, mieszczę się w tych 4% populacji. Są podobno cztery rodzaje synestetyków, ja należę do grupy najpopularniejszej, nazywanej roboczo grafem-kolor, czyli że litery, liczby albo słowa mają kolory.

Grafem-kolor /grafika z Wikipedii/
Tak to właśnie od dzieciństwa postrzegam. Gdy mówię lub myślę o cyfrach i dniach tygodnia, to niejako automatycznie włączają mi się kolory. Jedynka jest czarna, dwójka żółta, trójka czerwona, czwórka jasnoniebieska, piątka ciemnopopielata, szóstka jasnoczerwona, siódemka ciemnoniebieska, ósemka ciemnogranatowa, dziewiątka beżowa, zero białe.

Dla odmiany poniedziałek jest ciemnoczerwony, wtorek piaskowożółty, środa pomarańczowa, czwartek ciemnoniebieski, piątek popielaty (zauważcie – piątka i piątek takie same, to jeszcze jeden dziw), sobota ciemnogranatowa, niedziela jasnozielona.

Czy Wy też tak macie? Ktoś jest synestetykiem? Opowiedzcie o swoich doświadczeniach.

23 lutego 2026

222. Jakość: bylejakość

Nie cierpię bylejakości. Co by nie powiedzieć – nie tak drzewiej bywało. Współczesne życie bylejakością stoi.

Chciałam przy remoncie mieszkania zrobić normalne, uczciwe tynki. Nie, „teraz tak się nie robi” i w efekcie mam na ściankach płyty gipsowo-kartonowe, czyli coś w rodzaju gówna. Dokonywałam również minimalnej przeróbki polegającej na wyburzenia kawałeczka ściany i wybudowanie tegoż kawałeczka w innym miejscu. Ściana, jak rozumiem, to cegła, beton, nawet drewno… A, nie, co ja tam wiem, „teraz tak się nie robi”. I co mam? Tak, zgadliście – cholerną gównianą ściankę z gównianego gips-kartonu. Wrrr. Dałam się również namówić na panele podłogowe i ciągle odpadające listwy. Cóż, każdy ma w swoim życiu chwile zgłupienia. Nigdy więcej!

Bloki były ocieplane. Oczywiście styropianem, a jakże by inaczej. Na tym jakaś cieniutka warstewka czegoś tynkopodobnego. I co? Zgadliście. Mury wyglądają jak rzeszoto, podziurawione palcami, pięściami i nie wiem, czym jeszcze. Osobiście sprawdziłam, przyznaję ze wstydem – ale w celach naukowych! – palec wchodzi jak w masło. Gipsowo-kartonowym obudowom rur na klatce schodowej u mamy nawet już się nie dziwię. Oczywiście popękane, powgniatane, ponadłamywane, podziurawione. I to nie trzeba się wysilać, można to zrobić niechcący.

Może to i banał oraz oczywista oczywistość, ale nasz rynek jest dosłownie zalany plastikiem wszelkiego autoramentu i tanim badziewiem, które albo od początku nie działa, albo psuje się po jednym użyciu. Sprzęty AGD, które służyły dawniej po 30 i więcej lat zostały zastąpione tandetą do szybkiego wykończenia i jeszcze szybszego zakupu nowej, bo „naprawa się nie opłaca”. Blachy w samochodach cieniutkie jak pergamin, można je wgiąć małym paluszkiem.

W barach i innych jadłodajniach łamią się plastikowe sztućce, dopiero co kupione majtki prują się podczas prania, nowy klej nie klei, satynowe okładki książek natychmiast się odsatynowują, bo odchodzi wierzchnia folia. Moda proponuje podarte spodnie, a na modelkach, fotografiach, rysunkach i manekinach propaguje się stopy stawiane do wewnątrz, co jest raczej zaburzeniem ortopedycznym.

O bylejakości językowej nawet wspominać hadko. Każdy niedouk może być dziennikarzem, każde beztalencie – pisarzem, każda jełopa z wadą wymowy i zupełnie bez żadnej dykcji może zostać aktorką.

Bebechy się plączą.

Kiedyś przedmiot miał starzeć się powoli, dzisiaj ma dobrze wyglądać w dniu zakupu. Dawne meble były solidne, dziś półki w szafach uginają się pod byle czterema rzeczami na krzyż, a „plecy” z dykty odłażą od samego początku. W ramach promocji odklejają się listwy, odchodzą okleiny i rozpadają się zawiasy. Niegdyś porządnie skręcane śrubami meble dziś łączy się klejem, więc np. krzesła, gdy się rozchwieją, nadają się tylko do wyrzucenia (np. ja skleić krzesła nie potrafię).

Podszewki prują się na potęgę, torebki rozlatują, szwy krzywią się albo pękają, niedopasowane elementy sprzętów straszą właścicieli (np. mój samootwierający się, przyprawiający o zawał kosz na śmiecie). Opakowania to jednorazówki, futryny i drzwi ze sprasowanej makulatury puchną od kropli wody, plastikowe place zabaw blakną w słońcu, niszczeją o każdej porze roku i nie nadają się dla ciut większych dzieci, które wciąż chciałyby się bawić.

W byle jakim życiu rządzą pozory i nawet relacje międzyludzkie są pozorne, sprowadzone do SMSów, lakonicznych i napisanych byle jak (język, ortografia, znaki diakrytyczne) wiadomości na komunikatorach, pozostawionych przez osoby, które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że to brak szacunku wobec odbiorcy. Bo i samoświadomość, i savoire-vivre byle jakie (czego najlepszym dowodem są urastające do granic absurdu życzenia sobie „smacznego” przez każdego i każdemu przy stole albo chamsko-protekcjonalne „witam” i spoufalanie się).

P. S. A propos ostatniego – jak ktoś chce, może oczywiście zdiagnozować u mnie kij w dupie, ale ja i tak wiem, co trzeba. No i nie jest to tematem dzisiejszej notki 😉.


19 lutego 2026

221. Naśladujmy Jezusa!

Bogoojczyźniani katolicy, kiedy powiedzieć kilka słów prawdy o kościele i poprzeć je faktami, zżymają się na mowę nienawiści, co ostatnio jest w modzie. Oni oczywiście nigdy się nią nie posługują, ponieważ używają chrześcijańskiej mowy miłości. Przykłady tejże mnożą się na każdym kroku: "lewactwo", "lewaki", "niemiecka agentura", "żydokomuna", "tęczowa zaraza", "diabelskie nasienie", "neomarksiści", "brukselskie pachołki", "niemieccy agenci", "rudy Tusk", "wróg wewnętrzny", "dewianci", "promocja zboczeń", "zdrajca", "zaprzaniec", "zjednoczona koalicja chanukowo-banderowska". I wiecie co? To wcale nie jest dziwne, wszak są w większości katolikami i wzorują się na swoim mistrzu. Mowa oczywiście o biblijnym Jezusie Chrystusie, który z pełną swobodą posługiwał się mową nienawiści jak ta lala, tylko drzazgi leciały. Złościł się i obrzucał ludzi niewybrednymi, obraźliwymi epitetami. Nazywał ich "dziećmi szatana", "psami", "wieprzami", "żmijami", "chwastami" (przeznaczonymi do wyrzucenia na śmietnisko i spalenia), zrównując człowieka z odpadem i śmieciem. Złorzeczył tym, którzy nie uwierzyli w niego jako mesjasza i nazywał ich "dziećmi diabła". Żydom zabraniał nazywać się Żydami, bo w niego nie wierzyli. Apostoł Piotr brał z niego wzorowy przykład, nazywając Żydów świniami, które taplają się w błocie, szerząc tym samym antysemityzm. Jezus nazywał pogan psami, Piotr porównywał ich do psów jedzących własne wymiociny.

Żeby nie być gołosłownym, garść soczystych przykładów z Biblii:

- "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa."

- "Nie dawajcie psom [Kananejczykom] tego, co święte i nie rzucajcie pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami."

- "Węże, plemię żmijowe, jakże ujdziecie potępienia w piekle?"

- "Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać psom [dzieciom Kananejki]."

- "Bójcie się raczej Tego, który może duszę i ciało zatracić w piekle."

- "Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny."

- "Ojcem waszym jest diabeł."

- "Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię, nie przyszedłem przynieść pokoju, lecz miecz! Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy."

Czym są wyzwiska, groźby i dyskryminowanie członków innych ludów, jeśli nie mową nienawiści?

No to już wiemy. Jaka mać, taka nać. Jaki mistrz, tacy uczniowie...


14 lutego 2026

220. Był

DZISIEJSZEMU DNIOWI PATRONUJE PIOSENKA:

To tylko wiatr

Śpiewa wciąż te kilka nut

To właśnie dziś

Smutek mnie odnalazł znów


Jak późny gość

W szyby znów zadzwonił deszcz

To z dawnych dni

Przyniósł mi wspomnienia zmierzch


Był taki ktoś

Kogo nie zastąpi nikt

Był taki dzień

Minął tak jak wszystkie dni


Był taki list

Który nie zawierał słów

Był taki ktoś

Kto nie wróci nigdy już


To tylko wiatr

Śpiewa wciąż te kilka nut

To tylko deszcz

W okna me zadzwoni znów


Lecz to nie ty

Przyjdziesz tu któregoś dnia

To tylko zmierzch

Który dziś rozłączył nas


Był taki ktoś

Kogo nie zastąpi nikt

Był taki dzień

Minął tak jak wszystkie dni...

09 lutego 2026

219. Będę mniej sikać

Poryczałam się o poranku. Mniejsza o przyczynę, możemy np. przyjąć na potrzebę tego tekstu, że to z powodu poniedziałku.

Pękła we mnie jakaś tama i jak się uruchomiłam, tak nie mogę przestać wyć. W pracy musiałam nad sobą mniej więcej panować, ale i tak chodzę z króliczymi oczami i szlarami wokół nich. Nie podoba mi się, że doszło do tego w poniedziałek, bo popularne porzekadło głosi, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. No ale nie jesteśmy przesądni.

No więc – ryczę. Ryczę jak trąba jerychońska, a smutek i rozżalenie wypychają ze mnie wilgoć przez oczy. Do nowych dochodzą stare i przewlekłe żale. Wychodzą wszystkimi tkankami, wypełzają z najciemniejszych głębin serca, a ja szlocham na akord.

Gdy byłam jeszcze w podstawówce, mój pierwszy chłopak dokuczył pewnego razu naszej koleżance z klasy.

- Widzisz, co narobiłeś? Teraz przez ciebie płacze  szturchnęłam go.

- To niech płacze – wypalił. – Będzie mniej sikać.

To ja chyba nie będę sikać przez cały tydzień.

05 lutego 2026

218. Trujące pomidory w ruchu lewostronnym

Intrygujące jest, jak stare są dzisiejsze codzienne przedmioty, zjawiska i zwyczaje. Takie na przykład świeczki na torcie urodzinowym. Oznaczają dzisiaj liczbę lat jubilata. Przesąd nakazuje zdmuchnąć wszystkie za jednym razem, a wtedy spełni się marzenie. Tymczasem jest to zniekształcony upływem lat starożytny grecki zwyczaj ofiarowania świec bogini Artemidzie. Okrągłe ciasto (dzisiejszy tort) symbolizowało księżyc i jego blask (jak blask bogini). Były to bez wątpienia akty przekupstwa, aby bogini obdarzyła solenizanta swoją przychylnością.

/Zdjęcie z Internetu/
Ze starożytności wywodzi się również uścisk dłoni na przywitanie. Zwyczaj ten nie wziął się z powietrza. Służył okazaniu, że nie ma się w dłoni ukrytej broni. Później stał się symbolem pokojowego nastawienia i zgody, współcześnie konotacje te już zanikły. Jednak nie bez przyczyny savoir-vivre wymaga zdjęcia rękawiczki do „ręcznego” powitania.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/

A pukanie w czoło albo odpukiwanie w niemalowane drewno? To dopiero zwyczaj prastary! Wywodzi się z czasów najdawniejszej słowiańszczyzny, a także z mitologii nordyckiej i germańskiej. Wierzono wówczas, że bogowie zamieszkują drzewa. Stukając w drzewo, dawało się bogom sygnał obecności i czci.

/Zdjęcie z Internetu/
Czy ktoś wie, skąd się wzięła tradycja bukietu ślubnego? Ze średniowiecza, gdy specjalnie nie dbano o higienę intymną. Za człowiekiem wlokła się niespecjalnie miła woń. Stąd, żeby ją zamaskować, panny młode trzymały blisko ciała bukiety pachnących kwiatów.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/
Przez wiele lat uważano pomidory za trujące. Skąd wziął się ten pomysł? W dawnych czasach, gdy ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, jadali na cynowych talerzach, pomidory powodowały utlenianie się cyny i w związku z tym dochodziło do śmiertelnych zatruć. Nie kojarzono tego z zastawą, ale właśnie z pomidorami.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/
Tradycja czuwania przy zmarłym jest również stara. Otóż piwo lub inny alkohol pito z cynowych kubków. Utleniona cyna w połączeniu z alkoholem wywoływała stany nieprzytomności. Sądzono wtedy, że pijący zmarł. Zabierano ciało, aby przygotować je do pogrzebu, a wtedy cała rodzina czuwała przy delikwencie, jedząc i pijąc, czekając przy tym, czy domniemany nieboszczyk się nie obudzi.

/Zdjęcie z Internetu/
Cukier w kostkach wziął się ze zwykłego skaleczenia. Około 200 lat temu cukier sprzedawano w bryłach zwanych głowami. Pewnego razu żona czeskiego dyrektora cukrowni w Dačicach Jakuba Kryštofa Rada skaleczyła się dotkliwie przy serwowaniu cukru. Udała się wówczas do męża i zażądała od niego, żeby wymyślił coś mniejszego od głowy, czego nie trzeba będzie dzielić przy porcjowaniu. Mąż pomyślał i wymyślił cukier w małych kostkach. W 1841 r. powstała maszyna, która była w stanie sprasować cukier w 400 kostek.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/
Chcecie wiedzieć, skąd wziął się ruch lewostronny? W dawnych czasach, kiedy podróżowało się konno i powozami, podróżni woleli mieć mijanego z naprzeciwka po swojej prawej stronie. Na wypadek, gdyby doszło do zaczepki, wygodniej było sięgnąć po broń, aby odeprzeć atak.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/
Pierścionki zaręczynowe, koniecznie eleganckie i drogie, były niegdyś formą zabezpieczenia narzeczonej. Gdyby przyszły-niedoszły pan młody się rozmyślił, pannie młodej zostałaby przynajmniej jakaś rękojmia. Zwyczaj rozpowszechnił się szczególnie w latach trzydziestych XX wieku na skutek kampanii reklamowej firmy De Beers będącej monopolistą specjalizującym się w wydobywaniu diamentów i handlu nimi.

/Zdjęcie ze strony pixabay.com/
Znacie jeszcze jakieś fajne ciekawostki dotyczące życia codziennego?


30 stycznia 2026

217. Małe sprawy, wielkie słowa

Z bolesnym niesmakiem obserwuję nie tylko galopującą inflację w gospodarce, ale także cwałującą inflację językową. W dzisiejszym świecie wartość słów w życiu codziennym dewaluuje się z prędkością światła. Nie wiem, jak kogo, ale mnie to zjawisko irytuje, tym bardziej, że sama wpadam w jego pułapkę. Gdzie licentia poetica, tam licentia poetica, ale skłonność do hiperbolizowania mam. Pewnie przez wrodzone poczucie humoru.

Zauważcie, że dzisiaj ludzie nie miewają zainteresowań, zamiłowań, hobby. Mają pasje. Ten wyraz wywołuje u mnie anafilaksję. Pasja to coś, co człowieka pochłania bez reszty, z siłą wodospadu, przez co nie śpi nocami albo wpada w „szał twórczy” i przestaje istnieć dla reszty świata. Myśli nieustannie buszują w głowie, czyniąc ową pasję czynnikiem nadrzędnym w życiu. To nie jest tak, że każda czynność wykonywania z zamiłowania w wolnym czasie i dla relaksu, jest AŻ pasją. Słowo to jest silnie nacechowane emocjonalnie. Tymczasem spokojne czytanie, regularne oglądanie „Na Wspólnej”, „Ojca Mateusza” czy cokolwiek innego, co sprawia nam przyjemność, my po prostu lubimy. To nie wstyd lubić szydełkowanie albo mieć zamiłowanie do kolekcjonowania zepsutych budzików (są tacy na świecie, np. moi rodzice 😅). W pasję natomiast człowiek daje nura całym sobą, zmieniając się w kompletnego świra na punkcie swojego hobby.

Drugim wyrazem, na który reaguję apoplektycznie, jest gwiazda. Gwiazda to osoba, która dzięki swojemu szczególnemu talentowi jest znana na całym świecie: bardzo sławny aktor, albo muzyk, którego płyty sprzedają się w milionach (💖Michael Jackson!💖). Współcześnie gwiazdą nazywa się każdą miernotę, która bodaj raz wystąpiła w telewizji. Jest to potworne nadużycie.

I kolejny kwiatek na warsztat: hejt. Silnie nacechowany pejoratywnie, z definicji oznacza realną przemoc słowną, nienawiść, słowne niszczenie człowieka. W tej chwili słowo to pada częściej niż jakakolwiek ustawa przewiduje. Ktoś nie zgadza się z adwersarzem – hejt. Ktoś zada niewygodne pytanie – hejt. Ktoś wyraża krytyczną opinię – hejt. Nadużywanie tego wyrazu sięga zenitu.

I wreszcie honor. Ten termin odwołuje się do pojęć etycznych, opisuje postawę charakteryzującą się moralnością i dobrym obyczajem. Odsyła do średniowiecznego rycerstwa i jego kodeksu honorowego opartego na wierności zasadom etycznym, dążeniu do okrycia się dobrą sławą i stawaniu w obronie słabszych. Ktoś dzisiaj jeszcze używa tego słowa? A, tak, używa. Całkiem duża społeczność: kibole. Jak jest z ich moralnością, dobrymi obyczajami, zasadami etycznymi, dobrą sławą i stawaniem w obronie słabszych, wszyscy doskonale wiemy. Patologiczna, agresywna i naćpana chuliganeria stadionowa wywodząca się z marginesu społecznego hojnie szafuje pojęciem honoru. Rozumieją go jako dokopanie przeciwnikom z innego klubu w ustawkach. Są w szkołach kibole, a i mieszkam z uchem w stadionie. Słucham tych honorowych śpiewów i okrzyków (ci „chuje”, tamtych „jebać” itp.), nieartykułowanych wrzasków. Honorowi kibole nienawidzą wrogów, za których uważają fanów innych drużyn i policję, odpalają petardy, demolują stadiony, plują, rzucają w piłkarzy różnymi przedmiotami. Są zdziczali i pijani. Od czasu do czasu okazują karykaturalną pobożność w Częstochowie. Takiego to honoru są obrońcami.

Można powiedzieć, że język polski stracił hamulce. Paskudne to zjawisko. Czujecie to? Może denerwuje Was to tak samo jak mnie? Może macie przykłady innych zdewaluowanych wyrazów?

25 stycznia 2026

216. Trollolollo!

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek zostać nazwanymi trollami? Mnie tak, choć dawno. Jak wszystkim znającym mnie blogerom wiadomo, piszę to, co myślę, bez zbędnego upiększania i nazywania łajna fiołkiem. Raz się komuś moja szczera opinia nie spodobała, a podtrzymanie przeze mnie swojego zdania doprowadziło w końcu do otrzymania miana trolla. I kij z tym, było, minęło, nie zatrzymuję się nad ocenami tumanów, którzy nie wiedzą, kim jest troll. Z koniem się nie kopie, a z głupim nie dyskutuje.

Dobrze by było wiedzieć, gdzie przebiega granica między trollowaniem a wyrażaniem opinii. Różnica polega na intencji.

Kim jest troll? Jest to osoba, która nie chce włączyć się do dialogu czy dyskusji, bo nie jest tym zainteresowana. Jej działanie obliczone jest na zamierzony efekt - wywołanie złości, wytrącenie z równowagi, sprowokowanie kłótni, ośmieszenie piszącego. Nie ma nic sensownego do powiedzenia, nie uznaje argumentacji merytorycznej, gra wyłącznie na emocjach. Testuje granicę ludzkiej wytrzymałości, psuje rozmowę innym, aby sprowadzić ją do poziomu rynsztoka. Nie dąży do dyskusji, tylko do awantury. Krzyczy zamiast myśleć. Jego wypowiedź niczego nie wnosi, nie mówi nic o świecie, a jedynie o nim samym: z deficytem uwagi, źle znoszącym sprzeciw, sfrustrowanym, zakompleksionym, nieempatycznym, o niskim poczuciu wartości, impulsywnym, zawistnym, nieprzestrzegającym norm społecznych, złośliwym, prowokującym, agresywnym, a do tego nudzącym się.

Znakomitym przykładem trolla był nękający mnie osobnik podpisujący się nickiem "Sigmawagon". Jego denna pisanina nie była nastawione na prowadzenie dyskusji czy wygłaszanie opinii. Potrafił multiplikować jeden komentarz setki razy. Po co? To już kwestia jego niezaspokojonych potrzeb psychologicznych. To działanie obliczone było na wytrącenie mnie z równowagi, utrudnienie mi "życia" blogowego, spowodowanie frustracji, narażenie na stratę czasu (kasowanie setek jego wypocin).

Najskuteczniejszą bronią przeciwko trollowi jest niekarmienie go, ignorowanie. Troll "zagłodzony" umiera albo przenosi się na inne miejsce żerowania. Nie karmiłam Sigmawagona, cierpliwie sprzątałam jego rzygi i w końcu on sam siebie pozamiatał.  nawet przysłał mi maila z przeprosinami napisanego ludzkim językiem. Tylko nie myślcie, że to jest post jemu poświęcony. On jest tylko dobrym przykładem.

Prawdziwy troll

19 stycznia 2026

215. Różnica robi różnicę

Ela i Basia

Ela studiowała w mieście, w którym mieszkała. Basia studiowała poza domem. Ela była typową intelektualistką, podczas gdy Basia uczyła się tak sobie. Rodzice sprzedali pole. Pieniądze dali Basi, kupiwszy jej uprzednio kożuch. Ela marzła zimą w lichym płaszczyku. Po latach nawet scheda po rodzicach została przez nich nierówno rozdysponowana, oczywiście na korzyść Basi.

Stefa i Maryśka

Stefa uczyła się w liceum, zdała maturę, studiowała, potem została nauczycielką i dyrektorem szkoły. Dla Maryśki została szkoła zawodowa, w której uczyła się krawiectwa, bo dla niej pieniędzy na naukę nie było. A szycia w ogóle nie lubiła. Mimo to do końca życia pozostała krawcową. Jej marzenia zostały zamordowane przez rodziców hołubiących Stefę.

Gosia

- Wiesz - zwierzyła mi się - mam straszne wyrzuty sumienia, bo ciągle mi się wydaje, że kocham Natalkę bardziej niż Gabrysię.

Ewa

- Adaś i Dorotka są w porządku, ale z Olą już nawet nie próbuję walczyć. Przez to wszystko, co wyprawia, wydaje mi się, że ją kocham mniej niż tamtych dwoje. Nie lubię jej.

A według mnie Ewa hołubi Dorotę, jak żadnego z jej dzieci nie hołubiła. Obserwuję to od narodzin Doroty po jej dorosłość.

Andrzej

Spośród pięciorga dzieci to on był czarną owcą w rodzinie. Dlatego, że był zbyt wczesną wpadką. Nie było wyzwiska, którego by nie usłyszał jako dziecko i później. Nie było dnia bez awantury. Pozostała czwórka robiła, co chciała - zawsze wszystko szło na jego konto. Cokolwiek się stało, było jego winą.

Ja

Nie nadaję się na matkę-Polkę, więc po jednym dziecku podziękowałam za dalsze rozmnażanie. Myślę, że nie potrafiłabym obdzielić dwojga (czy więcej) miłością po równo.

Wielu rodziców mówi potomstwu, że kochają je tak samo, chociaż dzieci czują i wiedzą swoje. Jednemu przerywa się ze zniecierpliwieniem, a drugie z uwagą wysłuchuje się do końca. Jedno z nich słyszy, że "nie ma czasu na histerie", a drugie ma prawo do słabości. Jedno obarczane jest zbyt ciężką do udźwignięcia odpowiedzialnością, a drugiemu, będącemu tzw. "trudnym dzieckiem", dla świętego spokoju we wszystkim się ustępuje. Jedno "zawsze da radę", a z drugiego "nic nie będzie".

Trudny to temat, bolesny, wywołujący całą gamę emocji. Nasi rodzice nigdy nie dali nam odczuć, że któreś z nas kochają bardziej albo mniej. Dzięki temu i między nami nigdy nie było konfliktów. A jak to jest u Was? Czy macie tego rodzaju doświadczenia jako dzieci lub jako rodzice?

14 stycznia 2026

214. Niecodziennik cz. 8 pt. "Pięćdziesiąt siedem (,) minus siedemdziesiąt oraz dieta cukierkowa

Czyli tak:

1. Mama po chemii wymiotuje całodobowo. Nawet po łyku wody. Jęczy, że ona tego nie przeżyje. Nic nie je. Zażyte tabletki przeciwwymiotne nie mają szansy zadziałać, bo natychmiast wracają, skąd przyszły (no, niezupełnie tam). Mama nie przeżyje, a ja razem z nią. Tak bym chciała móc wziąć to na siebie, ja jestem silna, a ona taka delikatna i krucha...

Równolegle w czasie chemię bierze moja bratowa. Je za dwoje i jak mówi mój brat, "tylko dupa z lodówki sterczy" :) A jedna pacjentka z sali, w której leżała mama, dziarsko wychodziła na zewnątrz na papierosa, a potem robiła sobie kawę i ze smakiem wypijała. Tymczasem była to jej... PIĘĆDZIESIĄTA SIÓDMA chemia. Piąty rok leczenia. Podziwiam ją.

2. Z powodu słabości mamy jestem odcięta od komputera, który spoczywa na biurku w maminym pokoju (który dawno temu był mój). Nie chcę jej męczyć światłem, więc nawet otwieram na oścież drzwi od łazienki, które zasłaniają światło z dużego pokoju, gdzie urzęduję. Toteż życie objęło mnie chwilowo detoksem cyfrowym, nad czym ubolewam potrójnie, bo jestem odcięta od Waszych i mojego blogów, komentarze jestem zmuszona ścibolić w telefonie, czego serdecznie nienawidzę i od czego dostaję szału, a na dodatek nie mam jak słuchać ulubionych podkastów.

3. Zrobiłam badania genetyczne. Oprócz geniuszu nie wykryto żadnych zagrożeń poza podwyższonym ryzykiem zachorowania na raka jajnika. Zakazali mi jedzenia mięsa (o, wielce mi, i tak nie jem!) i nakazali ograniczyć albo wykluczyć nabiał. Chyba się nie myli, ja żyję nabiałem. To co według nich mam jeść? Cukierki?!

4. Podkarpacie i Lubelszczyzna zostały upośledzone przez zimę najhojniej. Oto fotka fragmentu Dzieciątka. Zgadnijcie, gdzie ma nogi.

Robiąc codzienne kursy do sklepów, aptek, do domu, do pracy, za każdym razem muszę odśnieżać samochód. W dziesięć minut potrafi być doszczętnie zasypany. Mój rekord odśnieżania auta wynosi osiem razy w ciągu jednego dnia. Absolutnym skandalem jest fakt, że w mieście  wojewódzkim od wielu dni nie widać ani jednego pługa. Na jezdniach koleiny, samochodem rzuca, chodniki nieodśnieżone, parkingi nieodśnieżone, samochody zakopane w śniegu, a te, które jeżdżą, nie mają gdzie zaparkować, przynajmniej te z napędem na sam tył.
Dziś Dzieciątko, z którym pojechałam do Kauflandu, rzuciło niezobowiązująco:

- Ty się ciesz, że nie mieszkasz w Jakucku, tam jest minus siedemdziesiąt stopni.

- No i fajnie - ucieszyłam się. - To ja bym chciała tam mieszkać, przynajmniej zamknęliby szkoły i miałabym z głowy chodzenie do pracy.

- Tylko że tam szkoły zamykają przy minus pięćdziesięciu. I przy minus czterdziestu dziewięciu musiałabyś samochód odśnieżać i biec przed nim z łopatą - Dzieciątko bezlitośnie rozwiało moje marzenia.

Kurtyna.