Sprawa wygląda następująco.
Z wszystkich sił staram się
wrócić do stanu używalności. Nie bardzo mi się to udaje, mam wakacje i najpodlejszy
nastrój, a mimo to ciągnie mnie już do blogów. Zabieram się do
napisania tej notki od kilku dni, podchodzę jak pies do jeża. Każda czynność
sprawia mi trudność, nawet ukochane pisanie, jednak nie – nie poddam się
i wygramolę się z tego Rowu Mariańskiego (Stachu, dziękuję Ci za
doping! 😘), bo z doświadczenia
wiem, że się da. Tylko nie zawsze szybko.
Bardzo serdecznie dziękuję tym,
którzy do mnie w tym strasznym czasie dzwonili, esemesowali, pisali maile,
wyrażali troskę i wsparcie na komunikatorach i w komentarzach na
blogu. Jesteście wspaniali! 💕💕💕
Nawet te parę pozornie mało znaczących słów było dla mnie ważne, świadczące o tym,
że są wśród Was liczne dobre dusze. Rozpraszało to także bardzo mroczne w tym
czasie poczucie samotności. Przebieg epizodu depresyjnego generuje bowiem między
innymi wyostrzenie wrażliwości. Pewni ludzie zawiedli, ci z mojego
otoczenia w realu, ale Wy nie sprawiliście mi zawodu 💖 Założyliście mi na popękane serce opatrunek❤️🩹.
Zatem wracam, może nie od razu na
pełnej petardzie, ale jednak.
