Wiecie, że naprawdę się nad tym
zastanawiam (ale tylko czasem)? No bo standardy się zmieniają, zmienia się
etyka i społeczne postrzeganie różnych zachowań. Skąd mi się to nagle
wzięło? Na blogu „przeważnie poważnie” wymieniłyśmy się komentarzami i tak
jakoś wyszło, żem upadła.
Cóż, święta raczej nigdy nie byłam.
Samo sformułowanie „kobieta upadła” dziś trąci myszką. Brzmi w naszych
współczesnych uszach jak określenie kobiety, która potknęła się na chodniku
i wywinęła orła. Aktualnie raczej używa się pseudotaktownego „Ja cię nie oceniam”,
po którym następuje… ocena właśnie. A oceniajcie, to Wasze prawo myśleć,
co chcecie!
Pomińmy moją pierwszą młodość,
kiedy nie żałowałam sobie rozrywek damsko-męskich. W końcu
byłam panienką wolną jak ptak. Po studiach wyszłam za mąż, całkowicie
nieszczęśliwie. Pominę raczej opis tego kompletnego nieporozumienia, które
stało się katastrofą. Dość powiedzieć, że temu związkowi zawdzięczam
początki depresji. Co dzieje się z kobietą, która czuje się jak
niekobieta, jak kocmołuch i popychadło, wiecznie zapłakane i sfrustrowane,
uwięzione w okowach małżeństwa, w którym poddawane jest psychicznemu
znęcaniu się i ogólnie gaslightingowi (jakby co, sprawdźcie sobie w Internecie)? Gdy jej życie staje się nie do zniesienia, zaczyna
szukać tego, czego nie dostaje w domu, poza nim. Tutaj następuje ciąg
dalszy mojej upadłości – skoki w bok. Nie będę udawała, że nie. Zanim
się rozwiodłam, wykręciłam parę numerów, no co będę ściemniać. Szukałam akceptacji,
poczucia, że jestem kobietą, może i miłości.
Rozwód, do którego sama
doprowadziłam, był pierwszym w historii rodziny po kądzieli i po
mieczu. Przyniósł mi ogromną ulgę, ale przez niektórych znajomych postrzegany
był jako rzecz niepojęta, zasługująca na święte oburzenie graniczące ze zgrozą
i skandalem. Ale to raczej w pracy. W pojęciu niektórych osób małżeństwo
powinno trwać wiecznie, niezależnie od tego, czy małżonkowie się kochają,
lubią, tolerują, czy też najchętniej by się pozabijali.
Później, nieszukana, sama nadeszła
miłość mojego życia, też po przejściach. Było pięknie, ale… się niespodzianie
skończyło. Nie ukrywam, że i ja chciałam wtedy ze sobą skończyć (i może rzeczywiście trzeba było).
Wkrótce znalazł się ktoś, kto się we mnie
zakochał. Poszłam w to, byle nie czuć tamtego bólu. Byliśmy ze sobą
długo, tyle że on był żonaty. Chciał się rozwieść, ale pokapował się
w końcu, że miał być dla mnie tylko plastrem na rany i z rozwodu
zrezygnował. Pokapowała się też jego żona i zrobiła mu sajgon jak ta lala.
A mnie zrobiło się jej zwyczajnie żal. Można powiedzieć, że ruszyło
mnie sumienie, choć Dzieciątko twierdzi, że go nie mam. Po głowie chodziły
mi słowa piosenki:
„Pora wracać, bo papieros
zgaśnie.
Niedługo, proszę pana, będzie
rano.
Żona czeka, pewnie wcale dziś nie
zaśnie […]”
I co teraz? Kto sięgnie po popcorn,
a kto po kamień? Jestem ciekawa Waszych reakcji. Z ilustracji zrobionych
przez AI wynika pewien „nowoczesny” styl podejścia do tych spraw. Nie sugerujcie się
nimi, to tylko ozdoba. Chciałabym znaleźć odpowiedź na pytanie postawione w tytule.

