08 czerwca 2026

245. Czy jestem kobietą upadłą?

Wiecie, że naprawdę się nad tym zastanawiam (ale tylko czasem)? No bo standardy się zmieniają, zmienia się etyka i społeczne postrzeganie różnych zachowań. Skąd mi się to nagle wzięło? Na blogu „przeważnie poważnie” wymieniłyśmy się komentarzami i tak jakoś wyszło, żem upadła.

Cóż, święta raczej nigdy nie byłam. Samo sformułowanie „kobieta upadła” dziś trąci myszką. Brzmi w naszych współczesnych uszach jak określenie kobiety, która potknęła się na chodniku i wywinęła orła. Aktualnie raczej używa się pseudotaktownego „Ja cię nie oceniam”, po którym następuje… ocena właśnie. A oceniajcie, to Wasze prawo myśleć, co chcecie!

Pomińmy moją pierwszą młodość, kiedy nie żałowałam sobie rozrywek damsko-męskich. W końcu byłam panienką wolną jak ptak. Po studiach wyszłam za mąż, całkowicie nieszczęśliwie. Pominę raczej opis tego kompletnego nieporozumienia, które stało się katastrofą. Dość powiedzieć, że temu związkowi zawdzięczam początki depresji. Co dzieje się z kobietą, która czuje się jak niekobieta, jak kocmołuch i popychadło, wiecznie zapłakane i sfrustrowane, uwięzione w okowach małżeństwa, w którym poddawane jest psychicznemu znęcaniu się i ogólnie gaslightingowi (jakby co, sprawdźcie sobie w Internecie)? Gdy jej życie staje się nie do zniesienia, zaczyna szukać tego, czego nie dostaje w domu, poza nim. Tutaj następuje ciąg dalszy mojej upadłości – skoki w bok. Nie będę udawała, że nie. Zanim się rozwiodłam, wykręciłam parę numerów, no co będę ściemniać. Szukałam akceptacji, poczucia, że jestem kobietą, może i miłości.

Rozwód, do którego sama doprowadziłam, był pierwszym w historii rodziny po kądzieli i po mieczu. Przyniósł mi ogromną ulgę, ale przez niektórych znajomych postrzegany był jako rzecz niepojęta, zasługująca na święte oburzenie graniczące ze zgrozą i skandalem. Ale to raczej w pracy. W pojęciu niektórych osób małżeństwo powinno trwać wiecznie, niezależnie od tego, czy małżonkowie się kochają, lubią, tolerują, czy też najchętniej by się pozabijali.

Później, nieszukana, sama nadeszła miłość mojego życia, też po przejściach. Było pięknie, ale… się niespodzianie skończyło. Nie ukrywam, że i ja chciałam wtedy ze sobą skończyć (i może rzeczywiście trzeba było).

Wkrótce znalazł się ktoś, kto się we mnie zakochał. Poszłam w to, byle nie czuć tamtego bólu. Byliśmy ze sobą długo, tyle że on był żonaty. Chciał się rozwieść, ale pokapował się w końcu, że miał być dla mnie tylko plastrem na rany i z rozwodu zrezygnował. Pokapowała się też jego żona i zrobiła mu sajgon jak ta lala. A mnie zrobiło się jej zwyczajnie żal. Można powiedzieć, że ruszyło mnie sumienie, choć Dzieciątko twierdzi, że go nie mam. Po głowie chodziły mi słowa piosenki:

„Pora wracać, bo papieros zgaśnie.

Niedługo, proszę pana, będzie rano.

Żona czeka, pewnie wcale dziś nie zaśnie […]”

Przez cały czas, mimo to, utrzymujemy ze sobą kontakt. Dzwoni do mnie praktycznie codziennie i gadamy. O wszystkim, o niczym też.

I co teraz? Kto sięgnie po popcorn, a kto po kamień? Jestem ciekawa Waszych reakcji. Z ilustracji zrobionych przez AI wynika pewien „nowoczesny” styl podejścia do tych spraw. Nie sugerujcie się nimi, to tylko ozdoba. Chciałabym znaleźć odpowiedź na pytanie postawione w tytule.