12 kwietnia 2026

232. Niecodziennik cz. 10 pt. „Przegryw”

1. Znowu.

Jak mnie naszło przed świętami, tak trwa. Wygląda następująco: wieczór, kładę się spać, zamykam oczy i zaczyna się. Galopada i wirówka myśli. „Karuzela z myślami”, że sparafrazuję Białoszewskiego. Po mózgu obija mi się dokładna, starannie numerowana lista moich życiowych porażek, zawsze zakończona tym samym wnioskiem: jestem całkowitym, kompletnym, totalnym przegrywem. Przegrywem absolutnym. Nikim. Odpadem komunalnym. Skutkiem ubocznym jakiegoś pieprzonego eksperymentu. W ostatni wtorek – nie wiem, dlaczego to zrobiłam! – prawie już spałam, gdy nagle otworzyłam oczy, w ciemności sięgnęłam po telefon i… spisałam całą tę listę. Na Zeusa, mnie już chyba całkiem peron odjechał.

2. Iwonie Zmyślonej spodobało się użyte przeze mnie na Jej blogu bardzo rzeszowskie słowo „sztangiel”. To taki rodzaj pieczywa, nie wiem, do czego porównać – jak bułka, czy co? Sztangle mają na wierzchu kilogram soli i drugi kilogram kminku, obłędnie pachną, są pyszne i uwielbiam je. Na wierzchu mają chrupiącą skórkę, a w środku puszysty miąższ podobny do bułeczki, niesłodki oczywiście. Najlepsze sztangle wypieka Piekarnia „Społem”. Niestety, wczoraj zjadłam to, co miałam, a dzisiaj niedziela i świeżego pieczywa w czynnych sklepach nie ma, więc zilustruję rzecz zdjęciem z Internetu. Dokładnie tak wygląda szanujący się sztangiel.

3. Ostatnie dni, od wyjazdu Misia Mamusi do domu, spędziłam u Mamusi Misia. Dopiero dzisiaj wróciłam do siebie i mam pełny dostęp do przyzwoitego komputera i Internetu, a nawet do klawiatury wyczyszczonej (czysty zysk) i oddanej przez Dzieciątko, które kupiło sobie nową. Różową.

Mnie się marzy niebieska, ale w sumie co mi po niej…?

Do dupy to wszystko.