Z bolesnym niesmakiem obserwuję nie tylko galopującą
inflację w gospodarce, ale także cwałującą inflację językową. W dzisiejszym
świecie wartość słów w życiu codziennym dewaluuje się z prędkością
światła. Nie wiem, jak kogo, ale mnie to zjawisko irytuje, tym bardziej,
że sama wpadam w jego pułapkę. Gdzie licentia poetica, tam licentia
poetica, ale skłonność do hiperbolizowania mam. Pewnie przez wrodzone
poczucie humoru.
Zauważcie, że dzisiaj ludzie nie miewają zainteresowań,
zamiłowań, hobby. Mają pasje. Ten wyraz wywołuje u mnie
anafilaksję. Pasja to coś, co człowieka pochłania bez reszty,
z siłą wodospadu, przez co nie śpi nocami albo wpada w „szał
twórczy” i przestaje istnieć dla reszty świata. Myśli nieustannie buszują
w głowie, czyniąc ową pasję czynnikiem nadrzędnym w życiu.
To nie jest tak, że każda czynność wykonywania z zamiłowania w wolnym
czasie i dla relaksu, jest AŻ pasją. Słowo to jest silnie
nacechowane emocjonalnie. Tymczasem spokojne czytanie, regularne oglądanie „Na Wspólnej”, „Ojca Mateusza” czy cokolwiek innego, co sprawia nam przyjemność, my po prostu
lubimy. To nie wstyd lubić szydełkowanie albo mieć zamiłowanie do
kolekcjonowania zepsutych budzików (są tacy na świecie, np. moi rodzice 😅). W pasję natomiast
człowiek daje nura całym sobą, zmieniając się w kompletnego świra na
punkcie swojego hobby.

Drugim wyrazem, na który reaguję apoplektycznie, jest gwiazda.
Gwiazda to osoba, która dzięki swojemu szczególnemu talentowi jest znana na
całym świecie: bardzo sławny aktor, albo muzyk, którego płyty sprzedają się
w milionach (💖Michael
Jackson!💖). Współcześnie gwiazdą
nazywa się każdą miernotę, która bodaj raz wystąpiła w telewizji.
Jest to potworne nadużycie.
I kolejny kwiatek na warsztat: hejt. Silnie
nacechowany pejoratywnie, z definicji oznacza realną przemoc słowną, nienawiść,
słowne niszczenie człowieka. W tej chwili słowo to pada częściej niż
jakakolwiek ustawa przewiduje. Ktoś nie zgadza się z adwersarzem – hejt.
Ktoś zada niewygodne pytanie – hejt. Ktoś wyraża krytyczną opinię
– hejt. Nadużywanie tego wyrazu sięga zenitu.

I wreszcie honor. Ten termin odwołuje się
do pojęć etycznych, opisuje postawę charakteryzującą się moralnością i dobrym
obyczajem. Odsyła do średniowiecznego rycerstwa i jego kodeksu honorowego
opartego na wierności zasadom etycznym, dążeniu do okrycia się dobrą sławą
i stawaniu w obronie słabszych. Ktoś dzisiaj jeszcze używa tego
słowa? A, tak, używa. Całkiem duża społeczność: kibole. Jak jest z ich
moralnością, dobrymi obyczajami, zasadami etycznymi, dobrą sławą i stawaniem
w obronie słabszych, wszyscy doskonale wiemy. Patologiczna, agresywna i naćpana
chuliganeria stadionowa wywodząca się z marginesu społecznego hojnie
szafuje pojęciem honoru. Rozumieją go jako dokopanie przeciwnikom
z innego klubu w ustawkach. Są w szkołach kibole, a i mieszkam
z uchem w stadionie. Słucham tych honorowych śpiewów i okrzyków
(ci „chuje”, tamtych „jebać” itp.), nieartykułowanych wrzasków. Honorowi
kibole nienawidzą wrogów, za których uważają fanów innych drużyn i policję,
odpalają petardy, demolują stadiony, plują, rzucają w piłkarzy różnymi
przedmiotami. Są zdziczali i pijani. Od czasu do czasu okazują
karykaturalną pobożność w Częstochowie. Takiego to honoru są
obrońcami.

Można powiedzieć, że język polski stracił hamulce. Paskudne to
zjawisko. Czujecie to? Może denerwuje Was to tak samo jak mnie? Może macie
przykłady innych zdewaluowanych wyrazów?