24 maja 2026

Na dowolnie wybranym boku

„A tymczasem leżę pod gruszą

na dowolnie wybranym boku

i mam to, co na świecie najświętsze –

święty spokój.”

Tak wyśpiewała Maryla Rodowicz, można powiedzieć, że moje życiowe motto. Zawsze powtarzam, że moim ulubionym świętym jest święty spokój.

Święty spokój oznacza dla mnie ciszę i bycie samą w danym momencie. Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Żeby nikt niczego do mnie nie mówił, bo musiałabym odpowiedzieć, a nie chce mi się otwierać gęby. Żebym mogła robić to, na co właśnie mam ochotę.

Już kiedy byłam nastolatką, izolowałam się w mieszkaniu, zamykając drzwi od mojego pokoju. Pamiętam, jak tato dociekał, pytając mamę: „Dlaczego ona się tak zamyka?” Nie wiem, czy znalazł odpowiedź.

Izolacja czy samotność mają złą reputację, a niesłusznie. Potrafią być spokojne, wygodne i przyjemne. W dzisiejszych czasach są wręcz luksusem. Lubię samotność, bo w niej wszystko zwalnia, a ja nie znoszę się śpieszyć. W samotności można tak po prostu być, bez tłumaczenia się, bez ciągłego reagowania, bez konieczności dopasowywania się do cudzych humorów i oczekiwań. To właśnie samotność daje święty spokój. Świat bez przerwy hałasuje, tymczasem ja kocham ciszę i uważam ją za najpiękniejszą muzykę. W ciszy mogę wreszcie usłyszeć siebie. Pomyśleć. W samotności jest czas na własne zainteresowania i własne tempo życia. Można czytać książkę przez pół dnia, pić kawę, pisać wiersz, pisać post na blog, wymyślać nowości do art journala, głaskać koty albo nic nie robić i wcale nie jest to strata czasu, ale konieczny odpoczynek. Samotność także nie ocenia. Nie daje mi niechcianych dobrych rad, nie pyta, dlaczego słucham podcastów Filipa Chajzera albo dlaczego jem kanapki z żółtym serem o dwudziestej trzeciej trzydzieści. W samotności można być sobą w najbardziej zwyczajnej wersji – w dresie, zmęczonej, rozczochranej, milczącej i kompletnie niegotowej na kontakty z ludźmi. Poza tym… ja bardzo dobrze czuję się we własnym towarzystwie i nawet lubię ze sobą pogadać. Nie potrzebuję niczym zagłuszać pustki, bo nie ma jej we mnie.

Dlatego lubię samotność. Nie dlatego, że nie lubię ludzi. Po prostu czasem najbardziej potrzebuję chwil, w których nikt niczego ode mnie nie chce. Święty spokój jest dziś dobrem luksusowym. Ludzie zachowują się tak, jakby odpoczynek był czymś podejrzanym. Tymczasem święty spokój to nie lenistwo, tylko chwila, w której człowiek odzyskuje energię. Nie musimy być przez cały czas "produktywni".

Odnoszę wrażenie, że ludzie boją się ciszy, bo wtedy zostają sami ze swoimi myślami. Zagłuszają je telewizorem, muzyką, rozmowami telefonicznymi o niczym. Boją się… siebie?