Kochani, jestem Wam winna
wyjaśnienie. Nie wszyscy odwiedzający wiedzą, że choruję i leczę się
na depresję. Trafił mi się aktualnie bardzo ciężki epizod i ledwo zdarłam się
do komputera z łóżka, z którego prawie nie wychodzę, leżąc i patrząc
w sufit. Proszę, dajcie mi jeszcze trochę czasu, dopóki się nie pozbieram.
Wrócę do Was. Na pewno.
26 czerwca 2026
248. Skutki uboczne życia
18 czerwca 2026
247. Literatura i życie

"Zakręciła klucz w zamku, i postąpiła prosto do trzeciej półeczki, tak dobrze wszystko zapamiętała; pochwyciła niebieski słoik, otworzyła go, włożyła w środek rękę, i wyjąwszy ją pełną białego proszku, jeść go zaczęła jak cukier. [..] — Mała to rzecz, śmierć! myślała w duchu, zasnę, i wszystko się skończy!" (Gustave Flaubert, Pani Bovary)
14 czerwca 2026
246. Wiem
Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją
Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
08 czerwca 2026
245. Gdzie?!
Chodzi o rzecz tak ulotnie
definiowalną jak szczęście. Od czego zależy, czy człowiek jest szczęśliwy? Gdzie
szukać szczęścia, jeśli się nim nie dysponuje? Jeśli ewidentnie brak nam
poczucia szczęścia?
Nie ma magicznych tabletek na nieszczęśliwą
duszę. To czego się trzymać?
Najpierw ustalmy, czego szukamy. Szczęście
nie jest krótkotrwałą emocją. Polega na wewnętrznej zgodzie na życie
takie, jakie się ma, przynajmniej tak definiuje je psychologia, a wspomaga
filozofia. To poczucie spełnienia, dobrostanu i akceptacji tego, co daje
nam los. No i świetnie. A co z człowiekiem takim jak ja, który
nie potrafi się pogodzić? Nie mogę żyć tak jak chcę, a na
to, co jest, nie ma we mnie zgody. Doskonale wiem, co sprawiłoby, że
byłabym szczęśliwa, ale moje życie (przeznaczenie?) tego nie wie. Na pytanie
zadane wprost: „Jesteś szczęśliwa?” (tak kiedyś zapytała mnie pewna szczęśliwa starsza
pani) bez wahania odpowiadam również wprost: „Nie”.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie doceniam
tego, co mam. Otóż pewne rzeczy doceniam, ale szczęścia nie czuję, nic na to nie poradzę. Większości
zaś nie doceniam, ponieważ żyrafa ofiarowana mi w miejsce upragnionego
słonia w ogóle mnie nie cieszy. Owszem, na odczepnego mogę okazywać
zachwyt i zadowolenie, ale siebie samej nie oszukam. Sparafrazuję w tym
miejscu Gombrowicza: „Jak cieszy, jak nie cieszy?” Kiedy leżą
i kwiczą duże rzeczy, małe nie cieszą, nic nie poradzę. Żebym się
nawet w kucki porobiła z wysiłku – nie cieszą.
Mówią, że szczęście nie jest
zależne od rzeczy zewnętrznych, że jest w nas samych. Świetnie, tylko
dlaczego grzebię w sobie i za cholerę nie mogę go znaleźć
przez tyle już lat? Ile? – zapytacie. Dużo – odpowiem. Co najmniej dwadzieścia…
Co ja pieprzę? Trzydzieści najmarniej.
Gdzie więc szukać tego szczęścia,
którego nie ma we mnie ani koło mnie? Kto ma dla mnie receptę? Sąd wziąć
szczęście, gdzie ono rośnie, ile kosztuje, czy mają to na Temu? Jak sprawić, żeby
ostatnia myśl przed śmiercią nie była pełną żalu myślą o zmarnowanym,
smutnym życiu?
Pisząc te słowa, siedzę zagrzebana w mule. Wokół mnie falują wodorosty.
05 czerwca 2026
244. Mój osobisty zestaw przetrwania
Zastanawialiście się kiedyś, bez
czego nie moglibyście żyć? Takie pytanie wpadło mi do głowy podczas tkwienia na
pisemnej maturze w charakterze ozdoby sali członka komisji. Najpierw zadałam
je sama sobie i przemyślałam odpowiedzi. Otóż:
1. Cebula.
Być może w poprzednim życiu byłam
indykiem, bo w aktualnym rąbię cebulę jak młockarnia. Robię to od
najmłodszych lat – konkretnie od czwartego roku życia. Samą, na surowo, bez
zbędnych dodatków, jak jabłko.
2. Dzieciątko.
Tego nawet nie trzeba tłumaczyć.
3. Internet.
Zapewnia mi kontakt z Wami.
Bez niego moja lista ludzi lubianych byłaby o wiele krótsza.
4. Książki.
Cóż. Zwyczajne uzależnienie z korzeniami
we wczesnym dzieciństwie. Wyniesione z domu, wyssane z mlekiem w proszku.
5. Mleko.
Co tu dużo mówić, kupuję całymi
zgrzewkami, a jeżeli przypadkiem w lodówce znajduje się ostatnie
pół kubka, dochodzi do ciężkich bojów między mną a Dzieciątkiem.
6. Noże i nożyczki.
Ostre narzędzia to moi (prawie,
bo największym jest łóżko) najlepsi przyjaciele. Każdziuteńki nóż pieczołowicie
ostrzę po każdym jednym umyciu. Jeśli nie „goli” włosków na skórze, to w moim
pojęciu jest tępy jak najgorsi uczniowie.
7. Przyjaciele i dobrzy znajomi.
W zasadzie jestem złą kobietą i mizantropką,
a jednak istnieją ludzie, których lubię i za którymi przepadam (wyobrażacie
to sobie? 😅). Tyle że wybieram
ich sobie sama i na własnych warunkach.
8. Sen.
Porządny sen, a nie jakieś
pitu-pitu z budzikiem nastawionym na 6.00 w nocy.
9. Warzywa, owoce i nabiał.
Jestem maksymalnie trawo- i nabiałożerna.
Innego sposobu żywienia sobie nie wyobrażam.
10. Zwierzęta.
Nie przypominam sobie takiego
okresu w życiu, w którym nie byłoby w domu papug, psa,
kotów, chomików, kijanek (!), rybek. Śmiało mogę powiedzieć, że są one
gwarantem mojej równowagi psychicznej, którą i tak bardzo trudno mi
utrzymać. Bez zwierząt do reszty bym zwariowała. Dom bez zwierząt jest zimny i taki
jakby… nieludzki.
A Wy? Bez czego nie moglibyście
żyć?
02 czerwca 2026
243. Wszyscy kłamią
Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham Gregory'ego House'a. Jest
cudownie cyniczny i gardzi głupotą. Jednak nie moja miłość do doktora
House’a jest przedmiotem moich dzisiejszych przemyśleń, a jego sztandarowe
hasło: „Wszyscy kłamią”.
Jesteście prawdomówni? Na pewno?
Prawda wygląda tak, że niemal każdy codziennie wypowiada
zdania, które są bardziej rytuałem niż prawdziwym komunikatem. Na przykład:
„Musimy się kiedyś spotkać”. Nie, nie musimy. Obie/oboje
o tym wiemy. To zdanie wcale nie oznacza chęci spotkania, jest tylko
pustym konwenansem.
Dzieciątko o poranku: „Zaczekaj na mnie, już wychodzę”. To
jedno z jej największych osiągnięć. Stoi jeszcze w ręczniku, suszy
włosy, szuka drugiego buta i dopiero zastanawia się, czy umyć zęby,
ale już informuje, że wychodzi. W rzeczywistości od wyjścia dzieli ją
jeszcze minimum dwadzieścia minut i kryzys egzystencjalny przy wyborze ubioru.
Mnożymy też kłamstwa gastronomiczne w stylu: „Pyszne!”.
To szczególnie popularne podczas rodzinnych spotkań. Ciotka podaje ciasto o konsystencji
mokrego tynku, ale wszyscy zgodnie cmokamy z uznaniem, bo nikt nie chce
zostać tym, który zniszczył rodzinne święta jednym szczerym wyznaniem.
Standardowe pytanie: „Co słychać?” wcale nie oznacza
troski o czyjś stan. Nikt nie oczekuje zwierzeń i szczerej odpowiedzi.
Klasycznie należy odpowiedzieć: „W porządku”, nawet jeśli piętnaście minut
wcześniej płakało się nad rachunkiem za prąd.
A kłamstwa zawodowe? „Zapoznamy się z pani CV i oddzwonimy.”
Nie oddzwonią. „Chętnie to zrobię”. Nie, wcale nie mam ochoty na
dodatkowe, niepłatne zadania!
Albo: „Przeczytałam/em regulamin”. Nie. Nikt nie przeczytał.
Klikając „Akceptuję” przy regulaminie liczącym 148 stron, wyrażam dokładnie
taką samą prawdę jak politycy PiS w czasie kampanii wyborczej.
Znajomemu umiera ktoś bliski i od razu składamy mu
kondolencje: „Bardzo ci współczuję”, „Przykro mi”. Nie. Nie współczuję i nie jest
mi przykro, raczej bardzo mi z tego powodu wszystko jedno, bo nawet tej osoby
nie znałam.
My, komentujący na blogach też kłamiemy, np. udając, że
dany post nas interesuje, że podobają nam się byle jak zrobione zdjęcia,
że akceptujemy niechlujny język albo notki pisane przez AI.
Kiedy komuś dziękuję za coś, za co nie czuję się
wdzięczna, słyszę: „Nie ma za co”. Owszem, nie ma za co, ale tak
wypada.
Setki małych kłamstw istnieją codziennie i mają się dobrze. Być może nawet są konieczne, bo prawda prawdą, ale ktoś przecież musi mi powiedzieć, że ładnie wyglądam 😁 🤣.
Ciekawe jest także bardzo często występujące zjawisko – okłamywanie
samego siebie. Niestety, nie posiadam tej umiejętności, a przydałaby się,
aby móc wyprzeć niewygodne fakty albo uwierzyć w rzeczy, które poprawiłyby
mi samopoczucie.
Oczywiście hasło „wszyscy kłamią” nie oznacza, że każdy
człowiek jest zły lub nieuczciwy, pokazuje raczej, że drobne nieprawdy są częścią
codziennych relacji międzyludzkich.
To właściwie dobrze, czy źle?









