22 lipca 2023

73. Sztuka śmierdzenia

Od wczoraj jestem u mamy. Ściślej - mama jest na Teneryfie, a ja w mieszkaniu, w którym się wychowałam, po drugiej stronie rzeki. Opiekuję się Czesią i znowu jeżdżę windą na czwarte piętro. Wspomnienia wyzierają z każdego kąta, a zwłaszcza ze zdjęć w ramkach, z których patrzy na mnie tato. Dokucza mi brak mojego kochanego komputera, w którym mam wszystko. Musiałam skorzystać z laptopa mamy, a dzisiaj pojechałam po swój (nie cierpię laptopów, ale co było robić?), skopiowałam w domu linki do Waszych blogów i przesłałam je do samej siebie, bo tutaj nie mam zakładek z ulubionymi. Mamy laptop zostawiłam w spokoju. Reasumując, moja aktywność w Internecie kuleje z powodu niedogodności i pewnie będzie kulała aż do powrotu do domu. Ale ja w ogóle nie o tym.

Naukowcy ustalili ponoć (nie wiem, w jaki sposób, ale im współczuję badań), że człowiek jest z natury najbardziej śmierdzącym stworzeniem spośród żyjących na ziemi. Innymi słowy, gdybyśmy się nie myli, nie szłoby wytrzymać nie tylko z bliźnim, ale i z samym sobą.

Na jakimś tam etapie ludzkość wymyśliła higienę. Dla zdrowia i urody. Dziś mamy wiek XXI i epokę troglodytów podobno daleko za nami. Fascynuje mnie jednak nader życiowa kwestia: dlaczego, u cholery, są ludzie, którzy nadal muszą śmierdzieć?

Weźmy na przykład taką komunikację miejską, zwłaszcza linie prowadzące poza miasto. Wystarczy przystanek – nieraz rozkład jazdy czytałam na wstrzymanym oddechu, a potem uciekałam w podskokach, byle dalej. Potem wsiądzie taka czy taki do autobusu/tramwaju/pociągu i śmierdzi na potęgę. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że nie mam na myśli godzin szczytu w upalne lato, gdy każdy wracający z pracy czy z zakupów ma prawo być nieco nieświeży. Świeża nieświeżość różni się znacznie od zastarzałego odoru, którym przesiąknięty jest śmierdzący osobnik od cebulek włosowych po czubki palców u nóg z ubraniami włącznie. Można się w takim Wersalu na kółkach – elegancko mówiąc – wyrzygać.

Można by usprawiedliwiać taki status quo biedą, gdyby nie fakt, że w tym kraju odsetek ludzi, których nie stać na mydło, jest naprawdę nikły. Można by i od biedy próbować zwalić winę na brak oświaty higienicznej, gdyby nie fakt, że w dobie powszechnego obowiązku szkolnego, telewizji i Internetu pod każdą strzechą ten numer nie przejdzie. Nie przejdzie i z tego względu, że także wśród ludzi wykształconych (i to jest dopiero zastraszające!) zdarzają się jednostki wybitne w dziedzinie śmierdzenia.

Kilka dni temu zmarł ojciec mojej koleżanki i wczoraj zaliczyłam pogrzeb. Jak to w takich wypadkach bywa, nazjeżdżało się różnych wujków, krewnych i znajomych królika, wśród których oczywiście znaleźli się śmierdziele. Wydzielali z siebie odór, jakby od roku byli w nieustającej drodze do kościoła i na cmentarz. Nie rozumiem tego zjawiska. Ktoś rozumie?

18 lipca 2023

72. Cuda i wianki

Kilka lat temu głośna stała się sprawa koron Matki Boskiej i Jezusa, które w „niewytłumaczalny” sposób spadły z rzeźb znajdujących się w kościele dominikanów w Jarosławiu na Podkarpaciu. Przeor klasztoru modlił się jakoby o nowe korony na 300-lecie bazyliki i stał się CUD – korony spadły. W ten sposób Matka Boska „przemówiła”, domagając się nowych, złotych koron. Zachłyśnięci tym CUDEM wierni tłumnie ruszyli do znoszenia złota i kamieni szlachetnych w postaci biżuterii i innych przedmiotów. Zdarzył się kolejny CUD – CUD hojności.

Z definicji cudu wynikają podstawowe cechy tego zjawiska, takie jak nadprzyrodzoność, sprzeczność z prawami natury, niemożność racjonalnego wytłumaczenia. Ów opisany CUD ma tyle wspólnego z nadprzyrodzonością, co ja z chodzeniem po górach. W powszechnym prawie ciążenia nie ma niczego sprzecznego z prawami natury. CUD hojności wiernych też nie jest nadprzyrodzony, wszak frajerstwa w zindoktrynowanych głowach nigdy nie brakowało i nie brakuje. CUD byłby wtedy, gdyby miedziane korony samoistnie zmieniły się w złote (najlepiej w dniu obchodów rocznicowych) albo – jeszcze lepiej – same wskoczyłyby z powrotem na głowy figur.

Podobnym nadużyciem jest np. popularne sformułowanie „cud narodzin”. Rozmnażanie jest nadrzędnym celem i cechą wszelkich gatunków, więc co w tym takiego niedającego się racjonalnie wytłumaczyć?

Do czego zmierzam? Do pytania, czy spotkaliście się w życiu z prawdziwym cudem. Bardzo jestem ciekawa Waszych odpowiedzi.


16 lipca 2023

71. Do dupy z taką babą!

Cholernie lubię nasz osiedlowy sklep. Zawsze coś ciekawego w jego okolicy usłyszę. Ostatnio podszedł do mnie facet woniejący jak cała gorzelnia i wyciągnął rękę. O dziwo, nie z zamiarem wyżebrania kilkudziesięciu groszy, ale z pieniędzmi.

- Pani – powiedział grzecznie (bo kultura musi być!) – weź, kup mi pani piwo.

- A nie ma pan już przypadkiem dość? – zapytałam oględnie.

- A nie mam! – odrzekł triumfalnie i czknął. – Ja tylko pijany jestem i wisz pani, nie sprzedadzą mi.

- No i słusznie – odpowiedziałam. – Na dziś panu w zupełności wystarczy, jutro też jest dzień.

Facet spojrzał na mnie spode łba.

- No kup pani!

- Jutro.

- A do dupy z taką babą!!! – wrzasnął znienacka co sił w płucach. Ujrzałam się nagle w centrum zainteresowania przechodniów. Jakaś tam część osiedla będzie wiedziała, co o mnie myśleć. Pocieszam się myślą, że i tak nie jest ze mną aż tak źle, jak z żoną pewnego lekko trunkowego inteligenta.

- Kultura musi być – ryczał, waląc pięścią w stół – więc milcz, kurwo, bo ci ubliżę!

Innym razem, wychodząc z tego samego sklepu, zobaczyłam grzecznie czekającego na swojego właściciela psa. Podeszłam, przykucnęłam, pozwoliłam psu się obwąchać i zaczęłam go głaskać. Piesek był duży, sympatyczny, miał mądre oczy. Poprzymilaliśmy się do siebie, aż w końcu ze sklepu wyszedł pan, wysoki, postawny, elegancki. Podchodząc, obrzucił uważnym wzrokiem mnie, psa, a potem jeszcze raz mnie i wreszcie całą grupę, którą tworzyłam wespół ze zwierzęciem.

- A nie boi się pani, że panią upierdoli?! – ryknął mi nad głową tubalnym głosem bez zbędnych wstępów. Zaskoczona i oszołomiona, klapnęłam na chodnik tuż obok psa. Musiałam wyglądać dość głupio.

- Nie – powiedziałam słabo i zaczęłam gramolić się do pionu. W duchu pomyślałam, że należałoby się raczej obawiać pana.

- A – skłonił się grzecznie. – To w takim razie dziękuje uprzejmie za opiekę – dodał z atencją.

Odszedł z pieskiem, pozostawiając mnie w kompletnym osłupieniu.

Jutro też będę tam robić zakupy.


12 lipca 2023

70. Post-chwalidupa

Blogerzy chętnie dzielą się swoimi radościami i sukcesami z innymi. Do tej pory robiłam to raczej na Facebooku, ale dzisiaj – trochę dzięki Optymiście13 – nabrałam ochoty na pokazanie się od tej strony na blogu.

Wiele w tej materii zawdzięczam Oku. Oko to, wbrew nasuwającym się naturalnym skojarzeniom, nie organ wzroku, a bloger, który publikuje swoje wprawki, opowiadania i inne formy literackie, częstokroć posługując się niełatwą w odbiorze prozą poetycką. Miałam nawet zaszczyt przeczytać jego niepublikowaną książkę.

Dobrych parę lat temu, gdy zwierzyłam mu się z pisania wierszy do szuflady, z właściwym mu trzeźwym oglądem sytuacji uznał, że powinnam z tej szuflady wyjść i jakoś tę swoją twórczość spożytkować. Poparł swój wywód przykładem kolegi, który dotąd stawał w konkursowe szranki, aż zgarnął pierwszą nagrodę. Słowem, zachęcał mnie do udziału w konkursach literackich. Namiętnie wiercił mi dziurę w brzuchu i przez dwa kolejne lata nie mógł się dowiercić.

Najpierw nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ujawniam się z imienia i nazwiska jako autorka moich wierszy. Potem, gdy oswoiłam się z tą myślą, popadłam w kompletną niewiarę w to, że jakiekolwiek moje „dzieło” może zostać ocenione pomiędzy setkami lepszych jako znośne, nie mówiąc o dobrym.

I tak sobie w siebie nie wierzyłam, a Oko wiercił i wiercił, aż pewnego dnia dowiercił się… do jądra ciemności. Podjęłam decyzję i na oślep skoczyłam w przepaść. Ku mojemu zdumieniu, już w jednym z pierwszych konkursów przypadło mi wyróżnienie. Czułam się co najmniej jak świeżo upieczona noblistka.

Od tego czasu upłynęły kolejne lata. Zdążyłam zdobyć wiele zaszczytnych miejsc na podium w konkursach o zasięgu ogólnopolskim i międzynarodowym oraz liczne wyróżnienia. Dorobiłam się dwóch tomików wierszy, nad trzema kolejnymi powolutku pracuję.

Gdyby ktoś z niemających był zainteresowany, to mam jeszcze kilkanaście egzemplarzy po starej cenie.


04 lipca 2023

69. Dobra zmiana

Na wstępie muszę rozczarować wszystkich politykierów – wbrew tytułowi nie będzie o polityce. W tym jestem granitowo konsekwentna. Będzie za to o takim zjawisku językowym, jakim jest (powinna być) znana wszystkim jeszcze ze szkoły średniej homonimia. Krótko i na temat: homonimy to wyrazy, które brzmią jednakowo, jednak mają różne znaczenia. Klasycznym przykładem homonimów są wyrazy „bóg”, „Bug” i „buk”. Brzmią tak samo, ale każdy z nich oznacza co innego. Podobnie „może” i „morze”. Oprócz warstwy semantycznej różnią się one często (ale nie zawsze!) sposobem zapisu. W podanych przykładach jest to doskonale widoczne.

Ale nie pojedynczymi homonimami chcę się dzisiaj zająć, a tak zwaną homonimią tekstową. Z tym zjawiskiem mamy do czynienia, jeśli homonimia obejmuje nie jeden, a kilka wyrazów. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. Do homonimów tekstowych możemy zaliczyć np. zdanie, a właściwie dwa identycznie brzmiące zdania: „Mam piec” i… „Mam piec”. Jedno z nich oznacza, że jestem posiadaczką pieca, a drugie, że planuję piec, np. ciastka. Fajnie, nie?

Pokażę Wam garstkę homonimów tekstowych, a może i Wy mi coś nowego podrzucicie? Który spodobał się Wam najbardziej? Mnie ten ostatni.

 

1. Ona nie myśli tak jak ty.

2. Ona nie myśli, tak jak ty.

 

1. Dobra zmiana.

2. Dobra, zmiana!

 

1. Ułaskawić, nie zabić!

2. Ułaskawić nie – zabić!

 

1. Moja stara piła leży w piwnicy.

2. Moja stara piła, leży w piwnicy.

 

1. Mama ma nas troje.

2. Mama ma nastroje.

3. Mama ma na stroje.

 

1. Żyd karabin niesie.

2. Żydka rabin niesie.

 

1. Zjedzmy, dzieci!

2. Zjedzmy dzieci.


1. Lubię gotować, moją rodzinę i zwierzęta.

2. Lubię gotować moją rodzinę i zwierzęta.


1. Gdy Małgosia drzemała w aucie, mama robiła porządki.

2. Gdy Małgosia drzemała, w aucie mama robiła porządki.


1. Wierzę w róg.

2. Wie, że wróg.

3. W jeże wróg.

4. Wieże w róg.

24 czerwca 2023

68. Bo ja się nie ubieram

Występują:

1. Kościotrup – żona bogatego męża, posiadaczka garderoby pękającej w szwach, miliona szmat z bezcennymi metkami, markowej biżuterii, dziesiątek torebek, niezliczonych par obuwia, sztucznych rzęs i paznokci

2. Ja – Frau Be, do niedawna matka samotnie wychowująca dziecko, wciąż ledwo wiążąca koniec z końcem

 

AKT I

SCENA I

 

Kościotrup (ze zgrozą): No i wyobraź sobie, znowu zrobił mi awanturę, że wydaję pieniądze, skąpiec cholerny! Że niby ZA DUŻO wydaję, ciekawe na co!

Ja (ze współczuciem): Oj, biednaś ty, biedna…

Kościotrup: Mówię ci, co ja z nim mam!

Ja (mając na myśli bycie rozwiedzioną): Całe szczęście, ja nie mam takiego problemu.

Kościotrup: No tak, bo ty się NIE UBIERASZ.

 

KURTYNA

 

* * *

 

W rzeczy samej, ja się nie ubieram. Goła latam do pracy i po mieście, naturyści mogą mi buty czyścić.

A tak naprawę…

Nie ukrywam, zrobiło mi się przykro. Zwłaszcza, że w pracy to jest jedna z nielicznych moich dobrych (?) koleżanek.

19 czerwca 2023

67. Destynacja dedykowana

Słowa i wyrażenia, których nie lubimy. Denerwują, wkurzają, złoszczą. Wywołują reakcje alergiczne, budzą agresję. Odpychają, odstręczają, drażnią. Chyba każdy ma takie na swojej czarnej liście. Moja córka na przykład reaguje żywiołowym wstrętem na określenie „celem” używane zamiast „w celu”, choć obie konstrukcje są stylistycznie poprawne. Na mojej czarnej liście figurują słowa-śmiecie, które znalazły się w języku w sposób nieuprawniony, ale nie tylko takie, bo także utworzone zgodnie z zasadami polskiego słowotwórstwa. Największą odrazę budzą we mnie:

- barber,

- barista,

- brafitterka,

- dedykowany (w nowomodnym znaczeniu),

- destynacja,

- dizajn,

- fidbek (ki diabeł?)

- floł (co to w ogóle jest?),

- galeria handlowa,

- iwent,

- krindż,

- projekt (we współczesnym, nieznośnym znaczeniu),

- ubogacać,

- uprać,

- uprasować,

- rodzic.

Jestem ciekawa, jakie słowa bądź wyrażenia doprowadzają Was do szału. Zaznaczam, że nie chodzi mi o kwestie poprawnościowe – tym poświęcimy ewentualnie odrębny rozdział.

15 czerwca 2023

66. A w domu wszyscy zdrowi?

Wokół nas, nieświadomych, roi się od mrożących krew w żyłach faktów, a tacy jak ja żyją beztrosko, nie wiedząc, że ich byt wisi na włosku albo i jeszcze gorzej. Nad głowami latają nam samoloty, które na polecenie rządu światowego celowo rozpylają aluminium, bakterie, grzyby, poliwęglany, tytan i wirusy, aby nas ogłupić, odebrać zdolność do samodzielnego myślenia, kontrolować umysł, czytać w myślach, wywołać choroby lub zgoła zgon. Zagraża nam koronawirus COVID, który jest de facto bronią biologiczną wyprodukowaną i użytą przez Chiny w celu depopulacji ludzkości. Zresztą, Bill Gates (współtwórca wirusa!) tworzy już urządzenia namierzające osoby zaszczepione i niebawem wszystkim dobierze się do tyłków w jakiś inny, wyrafinowany sposób. Może za pomocą sieci 5G, która została wynaleziona po to, aby usmażyć nas jak w mikrofalówce? Zresztą, nie od dziś wiadomo, że sieć ta przenosi koronawirusa, wywołuje czerniaka i powoduje bezpłodność, a nawet oziębłość seksualną, czego dowodem bezorgazmowa Edyta Górniak. Chyba zacznę żałować, że się zaszczepiłam, bo – jak wiadomo nie od dziś – w szczepionkach zawierających ludzkie płody znajdują się również chipy i po co mi to było, skoro pandemia nie istniała, a w łóżkach szpitalnych leżeli statyści? W dodatku mogłam nabawić się autyzmu, drgawek, encefalopatii, gruźlicy, nieutulonego płaczu, ropiejących węzłów chłonnych, sepsy, zapalenia mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych, a nawet zespołu hipotensyjno-hiporeaktywnego!

Jak żyć, gdy lądowanie na Księżycu było mistyfikacją, Ziemia tak naprawdę jest płaska, a rządy światowe ukrywają dowody na istnienie UFO, kosmitów i kontaktów z nimi? Jak żyć pośród reptilian (zmiennokształtnych humanoidów), którzy dzierżą władzę nad światem? Skądinąd ciekawa jestem, czy Grupa Bilderberga, iluminaci, masoni, Mędrcy Syjonu, Opus Dei i Syjonistyczny Rząd Okupacyjny są z tego zadowoleni, że muszą dzielić się władzą z ludźmi-jaszczurami.

Jak żyć, skoro społeczeństwami jeden po drugim wstrząsają zamachy – a to na księżnę Dianę (ukartowany przez brytyjski wywiad), a to na samolot lecący do Smoleńska (wiadomo!). Całe szczęście, że przynajmniej Holocaust to bzdura (wiadomo – wymysł propagandowy), bo nigdy nic podobnego nie miało miejsca. Za to w wojnie na Ukrainie, jak najbardziej prawdziwej, chodzi o to, aby wyludnić te tereny i przesiedlić na żyzne ziemie Żydów żyjących na kamienistej pustyni, celem utworzenia Nowego Jeruzalem.

Nie ma lekko, rząd kontroluje pogodę i manipuluje nią, wokół szaleją spiski żydo-masońskie i żydo-komunistyczne, a na dodatek szerzy się ideologia gender. Chyba tylko lewoskrętna witamina C może temu wszystkiemu zaradzić…

 


* * *

 

Zastanawia mnie, kim są ludzie, którzy w podobne rzeczy wierzą – pomijając oczywiście problemy psychiczne, halucynacje, nocebo, psychozy i zaburzenia urojeniowe. Z moich obserwacji wynika, że są przede wszystkim betonowo odporni na naukę, rzetelną wiedzę i argumenty, do tego leniwi (nie chce im się weryfikować informacji) i o silnej potrzebie podkreślania, że są lepsi/mądrzejsi od innych. Wśród osób, które znam, rekrutują się głównie spośród kościółkowych (dlaczego mnie to nie dziwi?), ale także są to ludzie wykształceni, np. nauczyciele, pielęgniarki z „mgr” przed nazwiskiem. Jakie predyspozycje psychiczne trzeba mieć, u licha, żeby święcie wierzyć w takie rzeczy i bronić swojego stanowiska z zajadłością mocno wkurzonego lwa?


07 czerwca 2023

65. Pa, pa!

Nastał piękny czas czterech dni wolnego, Sandomierz stoi otworem, więc manatki spakowane i wio!


Po pracy pojechałam i tyle mnie widzieli.



Macham Wam z pociągu, pa, pa!



31 maja 2023

64. W stronę australopiteka

Lata temu, gdy Dzieciątko poszło do gimnazjum, tatuś wymyślił: trzeba dziecku nową komórkę kupić, bo w starej GPS-u nie ma. No jasne, bez GPS-u Dzieciątko do szkoły za cholerę nie trafi i w ogóle nie wiadomo, w jaki sposób do tej pory trafiało.

To było dawno, ale nic się w tej materii nie zmieniło. Eks gadżeciarzem pozostał, a ja jestem jak najdalsza od stwierdzenia, że w głównej mierze to mężczyźni uwielbiają bezużyteczne rupiecie, bo byłaby to jawna nieprawda.

Gdy niedawno zmieniałam telefon na nowy, bo stary padł mi do zera, od razu zaproponowano mi do niego w promocji douszne słuchawki bezprzewodowe i modny zegarek z tych, co to goli, pierdoli, krawaty wiąże i przerywa ciąże. Grzecznie podziękowałam rozczarowanej pani sprzedawczyni i kategorycznie odmówiłam nabycia zbędnych towarów. Słuchawek nie używam w ogóle, bo od ciał obcych bolą mnie uszy. Plastikowy zegarek do wszystkiego nie dość, że pełni każdą rolę, byle nie podstawową, to jeszcze jest paskudny.

Niektóre z moich koleżanek są chyba uzależnione od aplikacji zliczających kroki (co to w ogóle za pomysł i do czego to komu potrzebne?) czy tam inne skurcze pęcherza, bo manifestują swoje osiągnięcia (moje nie są osiągnięciami, bo ich nie liczę), gdzie się da. Póki co, jeśli chodzi o mnie, to wciąż jeszcze jestem w stanie samodzielnie zorientować się bez pomocy elektroniki, kiedy bolą mnie nogi albo kiedy mam zadyszkę. Liczenie spalonych kalorii? Policzone czy nie, tak czy siusiak zostały spalone, a spadek poczucia sytości również potrafię odnotować sama, w końcu po coś burczy człowiekowi w brzuchu.

A pamiętacie aplikację do telefonu z cyklem menstruacyjnym? To dopiero hicior! Kobiecie, która nie wie, kiedy ma okres, wypada tylko serdecznie pogratulować intelektu.

Wiele razy widuję nieszczęśników uprawiających jogging z przywiązanymi do rąk całymi tablicami elektronicznymi (jeszcze trochę, a dorównają dworcowym) wyświetlającymi zapewne całe litanie informacji. Całe szczęście, bo bez nich biedny biegacz najpewniej nie umiałby dojść do wniosku, że zaraz padnie na zawał serca.

Tylko niech mi tu teraz nikt nie wyjeżdża z tekstem, że jestem średniowieczna i że z moim podejściem ludzkość cofnęłaby się do poziomu człowieka z epoki środkowego plejstocenu. Jeszcze odróżniam dobrodziejstwa postępu technicznego od zaśmiecania ziemi i prowadzenia umysłów w kierunku wujcia australopiteka. "Musisz to mieć" na mnie nie działa - jestem WOLNA.

25 maja 2023

63. Banialuki

Dawno nie było ciekawostek językowych, a że jestem chora, zasmarkana i w ogóle do niczego, idę po linii najmniejszego oporu i po raz kolejny sięgam do etymologii znanych powiedzeń.

 

1. Wart Pac pałaca, a pałac Paca – A ten Pac to kto?

Do powstania tego frazeologizmu przyczynił się jeden z przedstawicieli dwóch słynnych rodów magnackich Paców. Dziś trudno jest rozstrzygnąć, który. Antoni Michał Pac, pisarz i poseł na sejmiki, wzniósł w XVIII wieku w Jeznie na Litwie wspaniały pałac, który budził powszechny podziw swoim przepychem. Z kolei Ludwik Michał Pac, generał dywizji w armii księstwa Warszawskiego i członek Rządu Tymczasowego w czasie powstania listopadowego, wybudował równie wspaniałą siedzibę w Dowspudzie w województwie podlaskim. Narodziny powiedzenia miały miejsce na kartach Pana Tadeusza Adama Mickiewicza: „Równa ich była rączość, równa była praca; / Godzien jest pałac Paca, a Pac pałaca” (ks. XI).

 

2. Łaknąć jak kania dżdżu – No tak, grzyby nie lubią suszy.

A właśnie, że nie! Owa kania z powiedzenia to piękny, drapieżny ptak, który stadami pojawia się na niebie, zwiastując nadchodzące opady deszczu. Dawno temu zaobserwowano to zjawisko, a głos wydawany przez ptaki zinterpretowano jako prośbę o wodę. Tym, czego łaknie spragniona kania, jest dawny deżdż, a dzisiejszy deszcz.

 

3. Ale lipa! – No właśnie, dlaczego akurat lipa?

Lipa to (w ramach ciekawostki) prasłowo pochodzące z języka praindoeuropejskiego, a zatem wspólne dla języków słowiańskich. W dawnych czasach w Rosji, gdzie herbata była bardzo drogim rarytasem, pito w zamian napar z kwiatów lipy. Tak było również w zaborze rosyjskim, skąd zwyczaj ten rozprzestrzenił się na całą Polskę. Lipa zaczęła z czasem oznaczać (oprócz nazwy drzewa) namiastkę, podróbkę.

 

4. Sam jak palec – Który?

Dawniej palcem nazywano jedynie kciuk. Pozostałe to pirsty (skąd m.in. wzięło się słowo „pierścień”) lub parsty (stąd „naparstek”). Kciuk, ze względu na swoje przeciwstawne położenie, uznawano za oddalony od innych palców i z tego powodu samotny.

 

5. Paść jak kawka – Ptak czy napój?

Cóż, ani jedno, ani drugie. Dawne znaczenie wyrazu „kawka” to kobieta, z tym, że raczej moralnie podupadła. Krótko mówiąc, ladacznica. Np. „pójść na kawki” znaczyło pójść na kobiety. W ten sposób paść jak kawka oznaczało nisko upaść, stoczyć się. W późniejszym czasie powiedzenie zatraciło pierwotne znaczenie i słowo „paść” zaczęto rozumieć dosłownie, a kawka… została.

 

6. Gra warta świeczki Dlaczego nie świecznika lub innego wartościowego przedmiotu?

Prawdopodobnie połączenie to ma związek z grą w karty przy zapalonych świecach, które były dawniej drogim i jedynym źródłem światła. Jeżeli pieniądze stawiane albo wygrane w grze w karty były mniejsze niż koszt świecy, to nie były warte gry.

 

7. Bajońskie sumy – Ryby czy pieniądze?

Oczywiście pieniądze. Przymiotnik „bajońskie” pochodzi od nazwy francuskiego miasta Bayonne, gdzie została zawarta konwencja między Napoleonem a Księstwem Warszawskim. Na jej mocy Polacy, zamiast spodziewanych korzyści, ponieśli straty w wysokości 20 000 000 franków. W zamian mieli otrzymać ponad 47 000 000 franków, które wpłynęły jednak na konto rządu pruskiego.

 

8. Wolna amerykanka – Nie powinna przypadkiem zostać napisana dużą literą?

Nie, ponieważ nie chodzi o wolną obywatelkę USA, lecz o styl walki w zapasach, w którym wszystkie chwyty są dozwolone.

 

9. Kości zostały rzucone – Żeberka? Kości kulinarne? Całe szkielety?

Zupełnie nie. Gdy Juliusz Cezar przekroczył graniczną rzekę Rubikon (między Galią a Italią), rozpoczął tym samym wojnę. Wypowiedział wówczas powyższą frazę. Nie oznacza to, że ciskał kośćmi pozostałymi z obiadu – powiedzenie odnosi się do gry w kości, a konkretnie do jej rozpoczęcia.

 

10. Opowiadać banialuki – Czyli co?

Banialuka to imię królewny – bohaterki powieści Hieronima Morsztyna „Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy”. Utwór jest przepełniony dziwacznymi zjawiskami, wydarzeniami i postaciami, toteż imię Banialuki służy dziś określaniu głupich, niestworzonych historii.

19 maja 2023

62. Mój problem JEST najmojszy

Szczerze mówiąc, nie cierpię bezsensownych prób przekonywania mnie przez osoby trzecie, że problem, z którym akurat się borykam, nie jest problemem, bo co mają powiedzieć inni, którzy są obłożnie lub śmiertelnie chorzy, bliscy chorych w stanie wegetatywnym, ludzie bez rąk, nóg, oczu, uszu, na wózkach inwalidzkich, ofiary oszustów, złodziei, sadystów i gwłacicieli? Nie rozumiem, czego mają dowodzić takie porównania. „Nie narzekaj, inni mają gorzej”… I co z tego, że ktoś ma gorzej niż ja? Jesteśmy dwoma odrębnymi bytami. Ten drugi nie ma moich problemów, tylko swoje i odwrotnie. Każdy na swoim własnym poziomie adekwatnym do czasu i okoliczności.

Czy świadomość, że komuś urwało nogę albo zalało dom, w czymkolwiek ma mi pomóc? Pocieszyć? Rozwiązać mój problem?

Podobnie nie należy bagatelizować tego, z czym nie może sobie poradzić przedszkolak, choćby dla nas, dorosłych, była to kwestia dziecinna i śmieszna. Jednak i ten przedszkolak ma swoje zmartwienia, stosowne do jego wieku i sytuacji, które dla niego są ważne i trudne do udźwignięcia. Chyba tylko idiota powiedziałby dziecku, że jego problem to bzdura, bo dorośli to dopiero mają zmartwienia, że ho, ho… Widać analogię?

Zdumiewa również to, że owi mentorzy zakazujący martwienia się problemami, bo „inni mają gorzej” (czyli zwolennicy równania w dół) w drugą stronę jakoś chętni do porównań nie są. Nie daj Boże powiedzieć, że ktoś ma lepiej niż ja, natychmiast wyskakują z „nie porównuj się”. A niby dlaczego, zwłaszcza że sami chętnie siegają po porównania?

Argumenty tych, pożal się Boże, mędrców z Koziej Wólki działają na mnie jak płachta na byka i to rozjuszonego do granic możliwości. Nade wszystko nie lubię domorosłych filozofów, którzy na każdą okazję mają jakąś pseudomądrość.

11 maja 2023

61. A jednak istnieje…

Wychowana w XX wieku, czyli konserwatywnie i po staroświecku, sądziłam dotąd naiwnie, że jak ktoś rodzi się z siusiakiem i jest chłopcem, a jak z siuśką – to dziewczynką i w związku z tym płci jest 1+1=2. Potwierdzały tę tezę podręczniki do biologii.

Ponieważ mamy wiek XXI i świat poszedł do przodu, a liczba płci wzrosła, doznałam dysonansu poznawczego. Dysonans ten bezczelnie podtrzymują sklepy obuwnicze oferujące li i jedynie obuwie damskie i męskie, z całym okrucieństwem pomijając wszelkie inne płcie, które muszą zaopatrywać się w buty cholera wie, gdzie.

Tymczasem ja sama dostałam nagle usankcjonowany przez sacrum i metalową tabliczkę twardy dowód na to, że istnieje płeć trzecia! Niniejszym dzielę się tą radosną wieścią z innymi, być może tak zacofanymi jak ja i żyjącymi uparcie w rzeczywistości dwupłciowej: