12 lipca 2023

70. Post-chwalidupa

Blogerzy chętnie dzielą się swoimi radościami i sukcesami z innymi. Do tej pory robiłam to raczej na Facebooku, ale dzisiaj – trochę dzięki Optymiście13 – nabrałam ochoty na pokazanie się od tej strony na blogu.

Wiele w tej materii zawdzięczam Oku. Oko to, wbrew nasuwającym się naturalnym skojarzeniom, nie organ wzroku, a bloger, który publikuje swoje wprawki, opowiadania i inne formy literackie, częstokroć posługując się niełatwą w odbiorze prozą poetycką. Miałam nawet zaszczyt przeczytać jego niepublikowaną książkę.

Dobrych parę lat temu, gdy zwierzyłam mu się z pisania wierszy do szuflady, z właściwym mu trzeźwym oglądem sytuacji uznał, że powinnam z tej szuflady wyjść i jakoś tę swoją twórczość spożytkować. Poparł swój wywód przykładem kolegi, który dotąd stawał w konkursowe szranki, aż zgarnął pierwszą nagrodę. Słowem, zachęcał mnie do udziału w konkursach literackich. Namiętnie wiercił mi dziurę w brzuchu i przez dwa kolejne lata nie mógł się dowiercić.

Najpierw nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ujawniam się z imienia i nazwiska jako autorka moich wierszy. Potem, gdy oswoiłam się z tą myślą, popadłam w kompletną niewiarę w to, że jakiekolwiek moje „dzieło” może zostać ocenione pomiędzy setkami lepszych jako znośne, nie mówiąc o dobrym.

I tak sobie w siebie nie wierzyłam, a Oko wiercił i wiercił, aż pewnego dnia dowiercił się… do jądra ciemności. Podjęłam decyzję i na oślep skoczyłam w przepaść. Ku mojemu zdumieniu, już w jednym z pierwszych konkursów przypadło mi wyróżnienie. Czułam się co najmniej jak świeżo upieczona noblistka.

Od tego czasu upłynęły kolejne lata. Zdążyłam zdobyć wiele zaszczytnych miejsc na podium w konkursach o zasięgu ogólnopolskim i międzynarodowym oraz liczne wyróżnienia. Dorobiłam się dwóch tomików wierszy, nad trzema kolejnymi powolutku pracuję.

Gdyby ktoś z niemających był zainteresowany, to mam jeszcze kilkanaście egzemplarzy po starej cenie.


04 lipca 2023

69. Dobra zmiana

Na wstępie muszę rozczarować wszystkich politykierów – wbrew tytułowi nie będzie o polityce. W tym jestem granitowo konsekwentna. Będzie za to o takim zjawisku językowym, jakim jest (powinna być) znana wszystkim jeszcze ze szkoły średniej homonimia. Krótko i na temat: homonimy to wyrazy, które brzmią jednakowo, jednak mają różne znaczenia. Klasycznym przykładem homonimów są wyrazy „bóg”, „Bug” i „buk”. Brzmią tak samo, ale każdy z nich oznacza co innego. Podobnie „może” i „morze”. Oprócz warstwy semantycznej różnią się one często (ale nie zawsze!) sposobem zapisu. W podanych przykładach jest to doskonale widoczne.

Ale nie pojedynczymi homonimami chcę się dzisiaj zająć, a tak zwaną homonimią tekstową. Z tym zjawiskiem mamy do czynienia, jeśli homonimia obejmuje nie jeden, a kilka wyrazów. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. Do homonimów tekstowych możemy zaliczyć np. zdanie, a właściwie dwa identycznie brzmiące zdania: „Mam piec” i… „Mam piec”. Jedno z nich oznacza, że jestem posiadaczką pieca, a drugie, że planuję piec, np. ciastka. Fajnie, nie?

Pokażę Wam garstkę homonimów tekstowych, a może i Wy mi coś nowego podrzucicie? Który spodobał się Wam najbardziej? Mnie ten ostatni.

 

1. Ona nie myśli tak jak ty.

2. Ona nie myśli, tak jak ty.

 

1. Dobra zmiana.

2. Dobra, zmiana!

 

1. Ułaskawić, nie zabić!

2. Ułaskawić nie – zabić!

 

1. Moja stara piła leży w piwnicy.

2. Moja stara piła, leży w piwnicy.

 

1. Mama ma nas troje.

2. Mama ma nastroje.

3. Mama ma na stroje.

 

1. Żyd karabin niesie.

2. Żydka rabin niesie.

 

1. Zjedzmy, dzieci!

2. Zjedzmy dzieci.


1. Lubię gotować, moją rodzinę i zwierzęta.

2. Lubię gotować moją rodzinę i zwierzęta.


1. Gdy Małgosia drzemała w aucie, mama robiła porządki.

2. Gdy Małgosia drzemała, w aucie mama robiła porządki.


1. Wierzę w róg.

2. Wie, że wróg.

3. W jeże wróg.

4. Wieże w róg.

24 czerwca 2023

68. Bo ja się nie ubieram

Występują:

1. Kościotrup – żona bogatego męża, posiadaczka garderoby pękającej w szwach, miliona szmat z bezcennymi metkami, markowej biżuterii, dziesiątek torebek, niezliczonych par obuwia, sztucznych rzęs i paznokci

2. Ja – Frau Be, do niedawna matka samotnie wychowująca dziecko, wciąż ledwo wiążąca koniec z końcem

 

AKT I

SCENA I

 

Kościotrup (ze zgrozą): No i wyobraź sobie, znowu zrobił mi awanturę, że wydaję pieniądze, skąpiec cholerny! Że niby ZA DUŻO wydaję, ciekawe na co!

Ja (ze współczuciem): Oj, biednaś ty, biedna…

Kościotrup: Mówię ci, co ja z nim mam!

Ja (mając na myśli bycie rozwiedzioną): Całe szczęście, ja nie mam takiego problemu.

Kościotrup: No tak, bo ty się NIE UBIERASZ.

 

KURTYNA

 

* * *

 

W rzeczy samej, ja się nie ubieram. Goła latam do pracy i po mieście, naturyści mogą mi buty czyścić.

A tak naprawę…

Nie ukrywam, zrobiło mi się przykro. Zwłaszcza, że w pracy to jest jedna z nielicznych moich dobrych (?) koleżanek.

19 czerwca 2023

67. Destynacja dedykowana

Słowa i wyrażenia, których nie lubimy. Denerwują, wkurzają, złoszczą. Wywołują reakcje alergiczne, budzą agresję. Odpychają, odstręczają, drażnią. Chyba każdy ma takie na swojej czarnej liście. Moja córka na przykład reaguje żywiołowym wstrętem na określenie „celem” używane zamiast „w celu”, choć obie konstrukcje są stylistycznie poprawne. Na mojej czarnej liście figurują słowa-śmiecie, które znalazły się w języku w sposób nieuprawniony, ale nie tylko takie, bo także utworzone zgodnie z zasadami polskiego słowotwórstwa. Największą odrazę budzą we mnie:

- barber,

- barista,

- brafitterka,

- dedykowany (w nowomodnym znaczeniu),

- destynacja,

- dizajn,

- fidbek (ki diabeł?)

- floł (co to w ogóle jest?),

- galeria handlowa,

- iwent,

- krindż,

- projekt (we współczesnym, nieznośnym znaczeniu),

- ubogacać,

- uprać,

- uprasować,

- rodzic.

Jestem ciekawa, jakie słowa bądź wyrażenia doprowadzają Was do szału. Zaznaczam, że nie chodzi mi o kwestie poprawnościowe – tym poświęcimy ewentualnie odrębny rozdział.

15 czerwca 2023

66. A w domu wszyscy zdrowi?

Wokół nas, nieświadomych, roi się od mrożących krew w żyłach faktów, a tacy jak ja żyją beztrosko, nie wiedząc, że ich byt wisi na włosku albo i jeszcze gorzej. Nad głowami latają nam samoloty, które na polecenie rządu światowego celowo rozpylają aluminium, bakterie, grzyby, poliwęglany, tytan i wirusy, aby nas ogłupić, odebrać zdolność do samodzielnego myślenia, kontrolować umysł, czytać w myślach, wywołać choroby lub zgoła zgon. Zagraża nam koronawirus COVID, który jest de facto bronią biologiczną wyprodukowaną i użytą przez Chiny w celu depopulacji ludzkości. Zresztą, Bill Gates (współtwórca wirusa!) tworzy już urządzenia namierzające osoby zaszczepione i niebawem wszystkim dobierze się do tyłków w jakiś inny, wyrafinowany sposób. Może za pomocą sieci 5G, która została wynaleziona po to, aby usmażyć nas jak w mikrofalówce? Zresztą, nie od dziś wiadomo, że sieć ta przenosi koronawirusa, wywołuje czerniaka i powoduje bezpłodność, a nawet oziębłość seksualną, czego dowodem bezorgazmowa Edyta Górniak. Chyba zacznę żałować, że się zaszczepiłam, bo – jak wiadomo nie od dziś – w szczepionkach zawierających ludzkie płody znajdują się również chipy i po co mi to było, skoro pandemia nie istniała, a w łóżkach szpitalnych leżeli statyści? W dodatku mogłam nabawić się autyzmu, drgawek, encefalopatii, gruźlicy, nieutulonego płaczu, ropiejących węzłów chłonnych, sepsy, zapalenia mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych, a nawet zespołu hipotensyjno-hiporeaktywnego!

Jak żyć, gdy lądowanie na Księżycu było mistyfikacją, Ziemia tak naprawdę jest płaska, a rządy światowe ukrywają dowody na istnienie UFO, kosmitów i kontaktów z nimi? Jak żyć pośród reptilian (zmiennokształtnych humanoidów), którzy dzierżą władzę nad światem? Skądinąd ciekawa jestem, czy Grupa Bilderberga, iluminaci, masoni, Mędrcy Syjonu, Opus Dei i Syjonistyczny Rząd Okupacyjny są z tego zadowoleni, że muszą dzielić się władzą z ludźmi-jaszczurami.

Jak żyć, skoro społeczeństwami jeden po drugim wstrząsają zamachy – a to na księżnę Dianę (ukartowany przez brytyjski wywiad), a to na samolot lecący do Smoleńska (wiadomo!). Całe szczęście, że przynajmniej Holocaust to bzdura (wiadomo – wymysł propagandowy), bo nigdy nic podobnego nie miało miejsca. Za to w wojnie na Ukrainie, jak najbardziej prawdziwej, chodzi o to, aby wyludnić te tereny i przesiedlić na żyzne ziemie Żydów żyjących na kamienistej pustyni, celem utworzenia Nowego Jeruzalem.

Nie ma lekko, rząd kontroluje pogodę i manipuluje nią, wokół szaleją spiski żydo-masońskie i żydo-komunistyczne, a na dodatek szerzy się ideologia gender. Chyba tylko lewoskrętna witamina C może temu wszystkiemu zaradzić…

 


* * *

 

Zastanawia mnie, kim są ludzie, którzy w podobne rzeczy wierzą – pomijając oczywiście problemy psychiczne, halucynacje, nocebo, psychozy i zaburzenia urojeniowe. Z moich obserwacji wynika, że są przede wszystkim betonowo odporni na naukę, rzetelną wiedzę i argumenty, do tego leniwi (nie chce im się weryfikować informacji) i o silnej potrzebie podkreślania, że są lepsi/mądrzejsi od innych. Wśród osób, które znam, rekrutują się głównie spośród kościółkowych (dlaczego mnie to nie dziwi?), ale także są to ludzie wykształceni, np. nauczyciele, pielęgniarki z „mgr” przed nazwiskiem. Jakie predyspozycje psychiczne trzeba mieć, u licha, żeby święcie wierzyć w takie rzeczy i bronić swojego stanowiska z zajadłością mocno wkurzonego lwa?


07 czerwca 2023

65. Pa, pa!

Nastał piękny czas czterech dni wolnego, Sandomierz stoi otworem, więc manatki spakowane i wio!


Po pracy pojechałam i tyle mnie widzieli.



Macham Wam z pociągu, pa, pa!



31 maja 2023

64. W stronę australopiteka

Lata temu, gdy Dzieciątko poszło do gimnazjum, tatuś wymyślił: trzeba dziecku nową komórkę kupić, bo w starej GPS-u nie ma. No jasne, bez GPS-u Dzieciątko do szkoły za cholerę nie trafi i w ogóle nie wiadomo, w jaki sposób do tej pory trafiało.

To było dawno, ale nic się w tej materii nie zmieniło. Eks gadżeciarzem pozostał, a ja jestem jak najdalsza od stwierdzenia, że w głównej mierze to mężczyźni uwielbiają bezużyteczne rupiecie, bo byłaby to jawna nieprawda.

Gdy niedawno zmieniałam telefon na nowy, bo stary padł mi do zera, od razu zaproponowano mi do niego w promocji douszne słuchawki bezprzewodowe i modny zegarek z tych, co to goli, pierdoli, krawaty wiąże i przerywa ciąże. Grzecznie podziękowałam rozczarowanej pani sprzedawczyni i kategorycznie odmówiłam nabycia zbędnych towarów. Słuchawek nie używam w ogóle, bo od ciał obcych bolą mnie uszy. Plastikowy zegarek do wszystkiego nie dość, że pełni każdą rolę, byle nie podstawową, to jeszcze jest paskudny.

Niektóre z moich koleżanek są chyba uzależnione od aplikacji zliczających kroki (co to w ogóle za pomysł i do czego to komu potrzebne?) czy tam inne skurcze pęcherza, bo manifestują swoje osiągnięcia (moje nie są osiągnięciami, bo ich nie liczę), gdzie się da. Póki co, jeśli chodzi o mnie, to wciąż jeszcze jestem w stanie samodzielnie zorientować się bez pomocy elektroniki, kiedy bolą mnie nogi albo kiedy mam zadyszkę. Liczenie spalonych kalorii? Policzone czy nie, tak czy siusiak zostały spalone, a spadek poczucia sytości również potrafię odnotować sama, w końcu po coś burczy człowiekowi w brzuchu.

A pamiętacie aplikację do telefonu z cyklem menstruacyjnym? To dopiero hicior! Kobiecie, która nie wie, kiedy ma okres, wypada tylko serdecznie pogratulować intelektu.

Wiele razy widuję nieszczęśników uprawiających jogging z przywiązanymi do rąk całymi tablicami elektronicznymi (jeszcze trochę, a dorównają dworcowym) wyświetlającymi zapewne całe litanie informacji. Całe szczęście, bo bez nich biedny biegacz najpewniej nie umiałby dojść do wniosku, że zaraz padnie na zawał serca.

Tylko niech mi tu teraz nikt nie wyjeżdża z tekstem, że jestem średniowieczna i że z moim podejściem ludzkość cofnęłaby się do poziomu człowieka z epoki środkowego plejstocenu. Jeszcze odróżniam dobrodziejstwa postępu technicznego od zaśmiecania ziemi i prowadzenia umysłów w kierunku wujcia australopiteka. "Musisz to mieć" na mnie nie działa - jestem WOLNA.

25 maja 2023

63. Banialuki

Dawno nie było ciekawostek językowych, a że jestem chora, zasmarkana i w ogóle do niczego, idę po linii najmniejszego oporu i po raz kolejny sięgam do etymologii znanych powiedzeń.

 

1. Wart Pac pałaca, a pałac Paca – A ten Pac to kto?

Do powstania tego frazeologizmu przyczynił się jeden z przedstawicieli dwóch słynnych rodów magnackich Paców. Dziś trudno jest rozstrzygnąć, który. Antoni Michał Pac, pisarz i poseł na sejmiki, wzniósł w XVIII wieku w Jeznie na Litwie wspaniały pałac, który budził powszechny podziw swoim przepychem. Z kolei Ludwik Michał Pac, generał dywizji w armii księstwa Warszawskiego i członek Rządu Tymczasowego w czasie powstania listopadowego, wybudował równie wspaniałą siedzibę w Dowspudzie w województwie podlaskim. Narodziny powiedzenia miały miejsce na kartach Pana Tadeusza Adama Mickiewicza: „Równa ich była rączość, równa była praca; / Godzien jest pałac Paca, a Pac pałaca” (ks. XI).

 

2. Łaknąć jak kania dżdżu – No tak, grzyby nie lubią suszy.

A właśnie, że nie! Owa kania z powiedzenia to piękny, drapieżny ptak, który stadami pojawia się na niebie, zwiastując nadchodzące opady deszczu. Dawno temu zaobserwowano to zjawisko, a głos wydawany przez ptaki zinterpretowano jako prośbę o wodę. Tym, czego łaknie spragniona kania, jest dawny deżdż, a dzisiejszy deszcz.

 

3. Ale lipa! – No właśnie, dlaczego akurat lipa?

Lipa to (w ramach ciekawostki) prasłowo pochodzące z języka praindoeuropejskiego, a zatem wspólne dla języków słowiańskich. W dawnych czasach w Rosji, gdzie herbata była bardzo drogim rarytasem, pito w zamian napar z kwiatów lipy. Tak było również w zaborze rosyjskim, skąd zwyczaj ten rozprzestrzenił się na całą Polskę. Lipa zaczęła z czasem oznaczać (oprócz nazwy drzewa) namiastkę, podróbkę.

 

4. Sam jak palec – Który?

Dawniej palcem nazywano jedynie kciuk. Pozostałe to pirsty (skąd m.in. wzięło się słowo „pierścień”) lub parsty (stąd „naparstek”). Kciuk, ze względu na swoje przeciwstawne położenie, uznawano za oddalony od innych palców i z tego powodu samotny.

 

5. Paść jak kawka – Ptak czy napój?

Cóż, ani jedno, ani drugie. Dawne znaczenie wyrazu „kawka” to kobieta, z tym, że raczej moralnie podupadła. Krótko mówiąc, ladacznica. Np. „pójść na kawki” znaczyło pójść na kobiety. W ten sposób paść jak kawka oznaczało nisko upaść, stoczyć się. W późniejszym czasie powiedzenie zatraciło pierwotne znaczenie i słowo „paść” zaczęto rozumieć dosłownie, a kawka… została.

 

6. Gra warta świeczki Dlaczego nie świecznika lub innego wartościowego przedmiotu?

Prawdopodobnie połączenie to ma związek z grą w karty przy zapalonych świecach, które były dawniej drogim i jedynym źródłem światła. Jeżeli pieniądze stawiane albo wygrane w grze w karty były mniejsze niż koszt świecy, to nie były warte gry.

 

7. Bajońskie sumy – Ryby czy pieniądze?

Oczywiście pieniądze. Przymiotnik „bajońskie” pochodzi od nazwy francuskiego miasta Bayonne, gdzie została zawarta konwencja między Napoleonem a Księstwem Warszawskim. Na jej mocy Polacy, zamiast spodziewanych korzyści, ponieśli straty w wysokości 20 000 000 franków. W zamian mieli otrzymać ponad 47 000 000 franków, które wpłynęły jednak na konto rządu pruskiego.

 

8. Wolna amerykanka – Nie powinna przypadkiem zostać napisana dużą literą?

Nie, ponieważ nie chodzi o wolną obywatelkę USA, lecz o styl walki w zapasach, w którym wszystkie chwyty są dozwolone.

 

9. Kości zostały rzucone – Żeberka? Kości kulinarne? Całe szkielety?

Zupełnie nie. Gdy Juliusz Cezar przekroczył graniczną rzekę Rubikon (między Galią a Italią), rozpoczął tym samym wojnę. Wypowiedział wówczas powyższą frazę. Nie oznacza to, że ciskał kośćmi pozostałymi z obiadu – powiedzenie odnosi się do gry w kości, a konkretnie do jej rozpoczęcia.

 

10. Opowiadać banialuki – Czyli co?

Banialuka to imię królewny – bohaterki powieści Hieronima Morsztyna „Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy”. Utwór jest przepełniony dziwacznymi zjawiskami, wydarzeniami i postaciami, toteż imię Banialuki służy dziś określaniu głupich, niestworzonych historii.

19 maja 2023

62. Mój problem JEST najmojszy

Szczerze mówiąc, nie cierpię bezsensownych prób przekonywania mnie przez osoby trzecie, że problem, z którym akurat się borykam, nie jest problemem, bo co mają powiedzieć inni, którzy są obłożnie lub śmiertelnie chorzy, bliscy chorych w stanie wegetatywnym, ludzie bez rąk, nóg, oczu, uszu, na wózkach inwalidzkich, ofiary oszustów, złodziei, sadystów i gwłacicieli? Nie rozumiem, czego mają dowodzić takie porównania. „Nie narzekaj, inni mają gorzej”… I co z tego, że ktoś ma gorzej niż ja? Jesteśmy dwoma odrębnymi bytami. Ten drugi nie ma moich problemów, tylko swoje i odwrotnie. Każdy na swoim własnym poziomie adekwatnym do czasu i okoliczności.

Czy świadomość, że komuś urwało nogę albo zalało dom, w czymkolwiek ma mi pomóc? Pocieszyć? Rozwiązać mój problem?

Podobnie nie należy bagatelizować tego, z czym nie może sobie poradzić przedszkolak, choćby dla nas, dorosłych, była to kwestia dziecinna i śmieszna. Jednak i ten przedszkolak ma swoje zmartwienia, stosowne do jego wieku i sytuacji, które dla niego są ważne i trudne do udźwignięcia. Chyba tylko idiota powiedziałby dziecku, że jego problem to bzdura, bo dorośli to dopiero mają zmartwienia, że ho, ho… Widać analogię?

Zdumiewa również to, że owi mentorzy zakazujący martwienia się problemami, bo „inni mają gorzej” (czyli zwolennicy równania w dół) w drugą stronę jakoś chętni do porównań nie są. Nie daj Boże powiedzieć, że ktoś ma lepiej niż ja, natychmiast wyskakują z „nie porównuj się”. A niby dlaczego, zwłaszcza że sami chętnie siegają po porównania?

Argumenty tych, pożal się Boże, mędrców z Koziej Wólki działają na mnie jak płachta na byka i to rozjuszonego do granic możliwości. Nade wszystko nie lubię domorosłych filozofów, którzy na każdą okazję mają jakąś pseudomądrość.

11 maja 2023

61. A jednak istnieje…

Wychowana w XX wieku, czyli konserwatywnie i po staroświecku, sądziłam dotąd naiwnie, że jak ktoś rodzi się z siusiakiem i jest chłopcem, a jak z siuśką – to dziewczynką i w związku z tym płci jest 1+1=2. Potwierdzały tę tezę podręczniki do biologii.

Ponieważ mamy wiek XXI i świat poszedł do przodu, a liczba płci wzrosła, doznałam dysonansu poznawczego. Dysonans ten bezczelnie podtrzymują sklepy obuwnicze oferujące li i jedynie obuwie damskie i męskie, z całym okrucieństwem pomijając wszelkie inne płcie, które muszą zaopatrywać się w buty cholera wie, gdzie.

Tymczasem ja sama dostałam nagle usankcjonowany przez sacrum i metalową tabliczkę twardy dowód na to, że istnieje płeć trzecia! Niniejszym dzielę się tą radosną wieścią z innymi, być może tak zacofanymi jak ja i żyjącymi uparcie w rzeczywistości dwupłciowej:




07 maja 2023

60. Figura doskonała – nowy model

Wróciłam.

Sobotę świętowałam w Podkarpackim Centrum Nauki „Łukasiewicz”.

Budynek Centrum

A to ja - dobrana kolorystycznie do eksponatu

Patron Centrum - Ignacy Łukasiewicz, dzieło niezwykle utalentowanego Arkadiusza Andrejkowa.

Po drodze obejrzałam sobie tarczę antyrakietową, bo Centrum znajduje się vis à vis lotniska. Zdjęć nie szło zrobić.

Wewnątrz, na trzech kondygnacjach, ustawiono niezliczone stanowiska, których działanie objaśniają elektroniczne instrukcje. Nie sposób wymienić, co się tam znajduje. Interaktywne eksponaty podzielone są na kręgi tematyczne związane z lotnictwem, kosmonautyką, informatyką, fizyką, chemią, biologią (w tym zoologią i botaniką), życiem i funkcjonowaniem człowieka (poruszaniem się, jedzeniem, oddychaniem, widzeniem, słyszeniem, myśleniem, anatomią). Symulator lotu i symulator lotu rakietą kosmiczną są jazdą bez trzymanki. Przygotowano liczne zadania do wykonania, zagadki do rozwiązania itd. Niestety, część eksponatów została wyłączona, bo albo są jeszcze w przygotowaniu, albo w remoncie, bo zepsuły je rozwydrzone bachory niepilnowane przez rodziców. Na terenie Centrum znajduje się również strefa relaksu – wirtualny las wraz z jego odgłosami, w którym można pobyczyć się w fotelach. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie spacer po wirtualnej rzeczywistości. Trzeba było pokonać strach i przejść po wąskiej, drewnianej belce górującej nad moim miastem. Przeżycie niesamowite, zwłaszcza gdy nagle deska kończy się w połowie stopy – ma się wrażenie, że zaraz runie się w dół i będzie miazga.

Symulator króliczych uszu - słychać trochę lepiej niż normalnie.



Model eugleny zielonej (klejnotki) ułożony przeze mnie z pomieszanych części komórki.

Stanowisko do układania klejnotki.

Nad całością góruje piękny glob.


Zabawa kolorami


Bawiłyśmy się z córką przez cztery godziny, nie czując w ogóle upływu czasu. Tylko siku mi się zachciało, gdy zobaczyłam w pewnym lustrze swoje odbicie i śmiałam się do rozpuku. Do toalety zdążyłam na ostatnich nogach.

Ktokolwiek ma okazję być gdzieś, gdzie są podobne obiekty, niech tam idzie. Polecam ku świetnej rozrywce i łatwym przyswajaniu pasjonującej wiedzy oraz ciekawostek.

Jazda łazikami po Marsie sterowana komputerowo.

Różne systemy korzeniowe.

Znalazłam swój mózg!

Mordo ty moja!

Na elektronicznych talerzach można ułożyć zdrowy, niezdrowy, wysoko- lub niskokaloryczny jadłospis.

Sudoku do rozwiązania.

A to ja. W tym miejscu było nieco ciemnawo, ale uwierzcie mi na słowo.

To też ja, tylko mam jedną nóżkę bardziej od drugiej.

Zgadnijcie, gdzie mam kolana!


27 kwietnia 2023

59. Nie lękajcie się!

Przed nami weekend.

Już niebawem.

Piękny.

Długi.

W sobotę wyjeżdżam do Bardzo Ważnej Osoby

(aż w okolice Opola),

więc pewnie nie będzie mnie w blogosferze.

Ale nie lękajcie się

i ducha nie gaście –

w środę wieczorem wrócę!

24 kwietnia 2023

58. Zagadka tysiąclecia

Nie rozumiem, co się właśnie odwaliło. Może ktoś z Was wesprze mnie swoim intelektem.

Cofnijmy się na chwilkę w czasie. W LO miałam bliską koleżankę Ewę (jeszcze przez „w”). Bardzo się przyjaźniłyśmy i nawet sam dyrektor nazywał nas papużkami nierozłączkami. Po ukończeniu studiów Ewka wyjechała do USA i tam została po dziś dzień. Najpierw utrzymywałyśmy kontakty listowne, potem pisałyśmy e-maile, w końcu – to już stosunkowo niedawno – ona namówiła mnie na zainstalowanie WhatsAppa, co nie udało się wcześniej nikomu, nawet Panterze. I już było szybciej i mniej mozolnie. W kwestii Facebooka byłam od zarania dziejów nieugięta i rura mi zmiękła dopiero po namowach Ewy. Kontakty miałyśmy już nieograniczone czasem i przestrzenią.

Z czasem coś zaczęło zgrzytać. Pojawiły się pretensje, że nie odpisuję albo że nie odpisuję natychmiast, albo że nie piszę do niej pierwsza. Tłumaczyłam cierpliwie, że pracuję inaczej niż ona i nie mogę dysponować czasem dowolnie tak jak ona. Prosiłam, żeby uwzględniła różnicę czasu – gdy ona do mnie pisała w dzień, u mnie była noc i zwyczajnie spałam. Na chwilę było dobrze, potem znowu pretensje, czepianie się słówek, wszczynanie kłótni (a ja kłótni z całego serca nie cierpię). Doszły siłowe próby zapoznawania i zaprzyjaźniania mnie z jej amerykańsko-polonijnym towarzystwem, na co zupełnie nie miałam ochoty, bo nadal byli to dla mnie obcy ludzie. Z tego powodu oczywiście były wyrzuty. Do tego okazało się, że w tej Hameryce kompletnie zdewociała i namiętnie usiłowała mnie nawrócić. Kiedy asertywnie się nie dałam, zareagowała świętym oburzeniem, że… ona jest księżniczką, córką królowej i króla wszechświata i nie życzy sobie, żebym ją obrażała swoim ateizmem. SERIO!!! Słowo daję, zgłupiałam na takie dictum. Następnie się uspokoiła na jakiś czas, a potem znowu zaczęły się zaczepki, jakieś chore jazdy z pretensjami o bógwico… Do tego przez cały czas była wyrocznią. Wiedziała, co kto ma jeść i czego nie jeść, co robić na Facebooku, a co poza nim itd. JoAnka świadkiem, bo też padła ofiarą Evy (już przez „v”).

I nagle się uspokoiło. Porozmawiałyśmy jeszcze kilka razy na zupełnie pokojowej stopie, aż pewnego dnia zorientowałam się, że coś długo mnie nie zaczepia. Patrzę – nie ma jej ani na Facebooku, ani na Messengerze. I teraz pytanie do znających się, bo sama się nie znam: usunęła konto czy mnie zablokowała? O powód nie pytam, bo tego ani sam diabeł nie zgadnie.

Wysłałam na WhatsAppie pytanie, czy coś się stało, ale nie była uprzejma odpowiedzieć. Nie wiem, co jej odwaliło, ale widać, że tym razem solidnie. 

19 kwietnia 2023

57. Zrobiłam cud

Zbieram się do życia. Zakupiłam nowy, większy domek dla śledzi i jestem na etapie zamawiania do niego różnych rzeczy: osprzętu, aktywnego podłoża, żwiru, kamieni, korzeni itp. Mam w związku z tym dylemat: czy zakupienie i posadzenie roślin z hodowli in vitro jest grzechem? Czy posiadanie grzesznych roślin skazuje mnie na potępienie?

Grzech grzechem, ale zrobiłam też cud. Mam tyle lat, ile mam, a mimo to nigdy w życiu niczego nie wyhodowałam od ziarenka. Zresztą, ogrodniczka ze mnie jak z koziej d… trąba. Aż tu nagle mnie natchnęło, kupiłam doniczkę i ziemię, wsypałam tę drugą do tej pierwszej, zrobiłam rowki rękojeścią łyżki (nie ma mowy, żebym ręcznie grzebała w ziemi!), wsypałam nasionka kwiatków, przyklepałam łyżką i odstawiłam na parapet, bo balkonu nie mam. Sprawa poszła w zapomnienie na kilka dni, a tu nagle patrzę – wyłazi z ziemi zielone. Cud! Spuchłam z dumy i taka spuchnięta chodzę sobie po tym średnio pięknym świecie.



10 kwietnia 2023

56. Kiedy serce pękło...

 ...niewiele już spraw ma znaczenie.

* * * * * * * * * *

Przepraszam, że znowu mnie nie ma.

24 marca 2023

55. Chamy, buraki i anielice

Kilka ostatnich tygodni nieźle dało mi w kość (dawanie w kość wciąż trwa). W pracy jestem zmobingowana i zarobiona po kokardę, w domu nie mam kiedy odpocząć, doba skurczyła mi się niewiarygodnie jak źle wyprany sweter, podobnie weekendy, kiedy to łopata, spychacz i kompas pozwalają mi utorować sobie drogę przez zaniedbane w tygodniu mieszkanie. W dodatku na blogu skumulowały mi się ciężkie tematy, a mój organizm łaknie wypoczynku jak kania dżdżu. Stąd więc, wzorem Marudy, dziś skupię się na tym, co lekkie, łatwe, przyjemne i ulubione: na książkach.

Ponieważ od wczesnego dzieciństwa czytałam bardzo dużo, nie da się jednoznacznie powiedzieć, że mam swoją „ulubioną książkę”, bo lista tych ulubionych mogłaby się tu nie zmieścić. Mam całe tabuny ulubionych książek, pośród których poczesne miejsce zajmuje gruba powieść dziewiętnastowieczna, zwłaszcza okresu realizmu i naturalizmu, w szczególności francuska i rosyjska. Wyliczyć tytułów nie sposób.

Mianem „powieści mojego życia” mogę śmiało określić „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa, choć – co może w ogólnym rozrachunku wydawać się dziwne – niespecjalnie przepadam za parą tytułowych bohaterów. Stan drugiego już egzemplarza mówi sam za siebie.



Jednak w takich nie najszczęśliwszych okresach jak ten mój mózg domaga się resetu i odmulenia. Kilka takich odmulaczy prezentuję (a potrzebującym polecam) poniżej.

1. Cykl powieści i opowiadań o moim ulubionym egzorcyście. Jeżeli pragniecie poznać króla polskich pijaków, chamów, prostaków, buraków, bimbrowników i egzorcystów, to koniecznie sięgnijcie po kipiącą humorem serię książek Andrzeja Pilipiuka o Jakubie Wędrowyczu. Nie dajcie się zwieść, na całej Lubelszczyźnie nie uświadczycie większego chojraka! Jeśli ktoś ma ochotę na zdrową dawkę humoru, to czym prędzej niech wyrusza w drogę z dziadem w gumofilcach, przepasanym łańcuchem krowiakiem. Alleluja i do przodu!



2. Pozostając w cudnym, pilipiukowskim klimacie, polecam prześliczny „Cykl z wampirem”: „Wampir z M3”, „Wampir z MO” i „Wampir z KC” oraz powieść o równie upierdliwych bytach bionekrotycznych – „Upiór w ruderze”.



3. Seria powieści sensacyjnych Dana Browna o Robercie Langdonie: „Anioły i demony”, „Kod Leonarda da Vinci”, „Zaginiony symbol”, „Inferno” i „Początek” fascynuje mnie nie tylko ze względu na wątek sensacyjny, ale także – a może przede wszystkim – na nawiązania do szeroko pojętej kultury, literatury, malarstwa, rzeźby i architektury, często do miejsc, w których byłam i które oglądałam własnymi oczami.



4. Jako miłośniczka kryminałów, a jednocześnie ludzi z charakterem, nie byłabym sobą, gdybym nie pokochała całym sercem serii powieści Remigiusza Mroza o Chyłce. Do tej pory ukazało się czternaście jej części i nie ma sensu wymieniać wszystkich tytułów. Jeżeli ktoś lubi charakterne kobiety i nieco ciaptakowatych mężczyzn, a do tego powieści kryminalne, to Chyłka i Zordon stworzeni są w sam raz dla niego.



5. Pozostając w kręgu zbrodni, za absolutnie urokliwy uważam cykl powieści Roberta Galbraitha (czyli Joanne Kathleen Rowling) o Cormoranie Strike’u, w połowie beznogim londyńskim detektywie. Każdy tom dotyczy innej zbrodni, ale łączy je para głównych bohaterów i rozwijającej się między nimi skomplikowanej relacji. Do tej pory ukazały się: „Wołanie kukułki”, „Jedwabnik”, „Żniwa zła”, „Zabójcza biel”, „Niespokojna krew” i „Serce jak smoła.



6. Moją najbardziej ulubioną z ulubionych serii jest cykl powieści kryminalnych Katarzyny Puzyńskiej „Lipowo”. Tu także za każdym razem rozgrywa się inna tragedia, ale i wątek miłosny jest również bardzo ciekawy. Pod sam koniec tomu czternastego zaparło mi dech (dobrze, że nie stolec) i z ogromną niecierpliwością oczekuję na część piętnastą!



7. Zupełnie babską literaturę – z pewnością nie najwyższych lotów, za to przeuroczo słowiańską – stanowi seria „Kwiat paproci” Katarzyny Bereniki Miszczuk: „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”, „Przesilenie”, „Jaga” i „Gniewa”. Polska, czasy współczesne, ale chrześcijaństwo nigdy tu nie dotarło. Ludzie leczą się u szeptunek, obcują z bogami, upirami, utopcami, płanetnikami oraz całym panteonem innych istot.



8. Ani piekło, ani niebo nie są tym, o czym uczą nas w kościele. Przekonuje się o tym młoda ofiara zbrodni, studentka Wiktoria Biankowska, która po gwałtownej śmierci trafia do piekła, gdzie nie posiada się ze zdumienia, bo nic nie jest takie, jak sobie wyobrażała. „Ja, diablica”, „Ja, anielica”, „Ja, potępiona” i „Ja, zbawiona” to także cykl powieści autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk.



Może innym razem zajmę się literaturą bardziej klasyczną, ale do tego potrzebuję być wypoczęta i mieć wolną głowę.

Czytajcie na zdrowie, a przy okazji wypowiedzcie się, co lubicie przeczytać na odtrutkę.