Przed nami weekend.
Już niebawem.
Piękny.
Długi.
W sobotę wyjeżdżam do Bardzo Ważnej Osoby
(aż w okolice Opola),
więc pewnie nie będzie mnie w blogosferze.
Ale nie lękajcie się
i ducha nie gaście –
w środę wieczorem wrócę!
Przed nami weekend.
Już niebawem.
Piękny.
Długi.
W sobotę wyjeżdżam do Bardzo Ważnej Osoby
(aż w okolice Opola),
więc pewnie nie będzie mnie w blogosferze.
Ale nie lękajcie się
i ducha nie gaście –
w środę wieczorem wrócę!
Nie rozumiem,
co się właśnie odwaliło. Może ktoś z Was wesprze mnie swoim intelektem.
Cofnijmy się
na chwilkę w czasie. W LO miałam bliską koleżankę Ewę (jeszcze
przez „w”). Bardzo się przyjaźniłyśmy i nawet sam dyrektor
nazywał nas papużkami nierozłączkami. Po ukończeniu studiów Ewka wyjechała
do USA i tam została po dziś dzień. Najpierw utrzymywałyśmy kontakty
listowne, potem pisałyśmy e-maile, w końcu – to już stosunkowo niedawno –
ona namówiła mnie na zainstalowanie WhatsAppa, co nie udało się wcześniej nikomu,
nawet Panterze. I już było szybciej i mniej mozolnie. W kwestii
Facebooka byłam od zarania dziejów nieugięta i rura mi zmiękła
dopiero po namowach Ewy. Kontakty miałyśmy już nieograniczone czasem i przestrzenią.
Z czasem coś
zaczęło zgrzytać. Pojawiły się pretensje, że nie odpisuję albo że nie odpisuję
natychmiast, albo że nie piszę do niej pierwsza. Tłumaczyłam cierpliwie,
że pracuję inaczej niż ona i nie mogę dysponować czasem dowolnie tak
jak ona. Prosiłam, żeby uwzględniła różnicę czasu – gdy ona do mnie pisała
w dzień, u mnie była noc i zwyczajnie spałam. Na chwilę było
dobrze, potem znowu pretensje, czepianie się słówek, wszczynanie kłótni
(a ja kłótni z całego serca nie cierpię). Doszły siłowe próby
zapoznawania i zaprzyjaźniania mnie z jej amerykańsko-polonijnym
towarzystwem, na co zupełnie nie miałam ochoty, bo nadal byli to dla mnie obcy
ludzie. Z tego powodu oczywiście były wyrzuty. Do tego okazało się,
że w tej Hameryce kompletnie zdewociała i namiętnie usiłowała mnie
nawrócić. Kiedy asertywnie się nie dałam, zareagowała świętym oburzeniem, że…
ona jest księżniczką, córką królowej i króla wszechświata i nie życzy
sobie, żebym ją obrażała swoim ateizmem. SERIO!!! Słowo daję, zgłupiałam na
takie dictum. Następnie się uspokoiła na jakiś czas, a potem znowu
zaczęły się zaczepki, jakieś chore jazdy z pretensjami o bógwico…
Do tego przez cały czas była wyrocznią. Wiedziała, co kto ma jeść i czego
nie jeść, co robić na Facebooku, a co poza nim itd. JoAnka świadkiem,
bo też padła ofiarą Evy (już przez „v”).
I nagle się
uspokoiło. Porozmawiałyśmy jeszcze kilka razy na zupełnie pokojowej stopie, aż pewnego
dnia zorientowałam się, że coś długo mnie nie zaczepia. Patrzę – nie ma
jej ani na Facebooku, ani na Messengerze. I teraz pytanie do znających
się, bo sama się nie znam: usunęła konto czy mnie zablokowała? O powód nie
pytam, bo tego ani sam diabeł nie zgadnie.
Wysłałam na WhatsAppie pytanie, czy coś się stało, ale nie była uprzejma odpowiedzieć. Nie wiem, co jej odwaliło, ale widać, że tym razem solidnie.
Zbieram
się do życia. Zakupiłam nowy, większy domek dla śledzi i jestem na etapie
zamawiania do niego różnych rzeczy: osprzętu, aktywnego podłoża, żwiru,
kamieni, korzeni itp. Mam w związku z tym dylemat: czy
zakupienie i posadzenie roślin z hodowli in vitro jest grzechem?
Czy posiadanie grzesznych roślin skazuje mnie na potępienie?
Grzech
grzechem, ale zrobiłam też cud. Mam tyle lat, ile mam, a mimo to nigdy w życiu
niczego nie wyhodowałam od ziarenka. Zresztą, ogrodniczka ze mnie jak z koziej
d… trąba. Aż tu nagle mnie natchnęło, kupiłam doniczkę i ziemię,
wsypałam tę drugą do tej pierwszej, zrobiłam rowki rękojeścią łyżki (nie ma
mowy, żebym ręcznie grzebała w ziemi!), wsypałam nasionka kwiatków,
przyklepałam łyżką i odstawiłam na parapet, bo balkonu nie mam. Sprawa
poszła w zapomnienie na kilka dni, a tu nagle patrzę – wyłazi z ziemi
zielone. Cud! Spuchłam z dumy i taka spuchnięta chodzę sobie po tym
średnio pięknym świecie.
...niewiele już spraw ma znaczenie.
* * * * * * * * * *
Przepraszam, że znowu mnie nie ma.
Kilka ostatnich tygodni nieźle dało mi w kość (dawanie
w kość wciąż trwa). W pracy jestem zmobingowana i zarobiona po
kokardę, w domu nie mam kiedy odpocząć, doba skurczyła mi się
niewiarygodnie jak źle wyprany sweter, podobnie weekendy, kiedy to łopata,
spychacz i kompas pozwalają mi utorować sobie drogę przez zaniedbane
w tygodniu mieszkanie. W dodatku na blogu skumulowały mi się
ciężkie tematy, a mój organizm łaknie wypoczynku jak kania dżdżu. Stąd więc,
wzorem Marudy, dziś skupię się na tym, co lekkie, łatwe, przyjemne i ulubione:
na książkach.
Ponieważ od wczesnego dzieciństwa czytałam bardzo dużo, nie
da się jednoznacznie powiedzieć, że mam swoją „ulubioną książkę”, bo lista tych
ulubionych mogłaby się tu nie zmieścić. Mam całe tabuny ulubionych książek,
pośród których poczesne miejsce zajmuje gruba powieść dziewiętnastowieczna,
zwłaszcza okresu realizmu i naturalizmu, w szczególności francuska i rosyjska.
Wyliczyć tytułów nie sposób.
Mianem „powieści mojego życia” mogę śmiało określić „Mistrza
i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa, choć – co może w ogólnym
rozrachunku wydawać się dziwne – niespecjalnie przepadam za parą tytułowych
bohaterów. Stan drugiego już egzemplarza mówi sam za siebie.
Jednak w takich nie najszczęśliwszych okresach jak ten
mój mózg domaga się resetu i odmulenia. Kilka takich odmulaczy
prezentuję (a potrzebującym polecam) poniżej.
1. Cykl powieści i opowiadań o moim ulubionym
egzorcyście. Jeżeli pragniecie poznać króla polskich pijaków, chamów, prostaków,
buraków, bimbrowników i egzorcystów, to koniecznie sięgnijcie po kipiącą
humorem serię książek Andrzeja Pilipiuka o Jakubie Wędrowyczu. Nie dajcie
się zwieść, na całej Lubelszczyźnie nie uświadczycie większego chojraka! Jeśli ktoś
ma ochotę na zdrową dawkę humoru, to czym prędzej niech wyrusza w drogę z dziadem
w gumofilcach, przepasanym łańcuchem krowiakiem. Alleluja i do
przodu!
2. Pozostając w cudnym, pilipiukowskim klimacie, polecam prześliczny „Cykl z wampirem”: „Wampir z M3”, „Wampir z MO” i „Wampir
z KC” oraz powieść o równie upierdliwych bytach bionekrotycznych – „Upiór
w ruderze”.
3. Seria powieści sensacyjnych Dana Browna o Robercie
Langdonie: „Anioły i demony”, „Kod Leonarda da Vinci”, „Zaginiony symbol”, „Inferno” i „Początek” fascynuje mnie nie tylko ze względu na
wątek sensacyjny, ale także – a może przede wszystkim – na nawiązania do
szeroko pojętej kultury, literatury, malarstwa, rzeźby i architektury,
często do miejsc, w których byłam i które oglądałam własnymi oczami.
4. Jako miłośniczka kryminałów, a jednocześnie ludzi z charakterem,
nie byłabym sobą, gdybym nie pokochała całym sercem serii powieści Remigiusza
Mroza o Chyłce. Do tej pory ukazało się czternaście jej części i nie
ma sensu wymieniać wszystkich tytułów. Jeżeli ktoś lubi charakterne kobiety i nieco
ciaptakowatych mężczyzn, a do tego powieści kryminalne, to Chyłka i Zordon
stworzeni są w sam raz dla niego.
5. Pozostając w kręgu zbrodni, za absolutnie urokliwy uważam
cykl powieści Roberta Galbraitha (czyli Joanne Kathleen Rowling) o Cormoranie
Strike’u, w połowie beznogim londyńskim detektywie. Każdy tom dotyczy innej
zbrodni, ale łączy je para głównych bohaterów i rozwijającej się między
nimi skomplikowanej relacji. Do tej pory ukazały się: „Wołanie kukułki”, „Jedwabnik”,
„Żniwa zła”, „Zabójcza biel”, „Niespokojna krew” i „Serce jak smoła.
6. Moją najbardziej ulubioną z ulubionych serii jest
cykl powieści kryminalnych Katarzyny Puzyńskiej „Lipowo”. Tu także za każdym
razem rozgrywa się inna tragedia, ale i wątek miłosny jest również
bardzo ciekawy. Pod sam koniec tomu czternastego zaparło mi dech (dobrze, że
nie stolec) i z ogromną niecierpliwością oczekuję na część piętnastą!
7. Zupełnie babską literaturę – z pewnością nie najwyższych
lotów, za to przeuroczo słowiańską – stanowi seria „Kwiat paproci” Katarzyny
Bereniki Miszczuk: „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”, „Przesilenie”, „Jaga”
i „Gniewa”. Polska, czasy współczesne, ale chrześcijaństwo nigdy tu nie
dotarło. Ludzie leczą się u szeptunek, obcują z bogami, upirami,
utopcami, płanetnikami oraz całym panteonem innych istot.
8. Ani piekło, ani niebo nie są tym, o czym uczą nas
w kościele. Przekonuje się o tym młoda ofiara zbrodni, studentka
Wiktoria Biankowska, która po gwałtownej śmierci trafia do piekła, gdzie nie
posiada się ze zdumienia, bo nic nie jest takie, jak sobie wyobrażała. „Ja,
diablica”, „Ja, anielica”, „Ja, potępiona” i „Ja, zbawiona” to także cykl
powieści autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk.
Może innym razem zajmę się literaturą bardziej
klasyczną, ale do tego potrzebuję być wypoczęta i mieć wolną głowę.
Czytajcie na zdrowie, a przy okazji wypowiedzcie się,
co lubicie przeczytać na odtrutkę.
Nie wiem, jak mam pisać o tej osobie, więc nazwę ją po prostu Człowiekiem, Którego Spotykam.
Usłyszałam kiedyś, tuż za uchem, że ktoś rozmawia przez
telefon. O fryzjerze, kosmetyczce i innych babskich sprawach. Z form
czasownikowych również dawało się wywnioskować, że to kobieta. Zarejestrowałam
jednocześnie, że mówi dziwnym głosem, trochę jakby skrzekliwym, z nietypową
intonacją. Jednocześnie osoba ta zrównała się ze mną i moje
dedukcje się potwierdziły. Kobieta z szałową burzą ciemnorudych włosów,
pięknymi rzęsami, hybrydami zrobionymi na paznokciach upierścienionej dłoni. Na
obu nadgarstkach pobrzękiwały modne bransolety, których jej aż pozazdrościłam
(uwielbiam bransoletki!). I tylko w twarzy pokrytej starannym
makijażem miała coś osobliwego. Męczyło mnie to przez chwilę, aż w końcu
zrozumiałam: biologicznie był to mężczyzna.
Nie wiem, czy Człowiek, Którego Spotykam jest transwestytą,
czy transseksualistą, ale stawiam raczej na to drugie.
Ostatnie nasze spotkanie miało miejsce wczoraj, w okolicy
zamku. Już z daleka było widać pewną siebie, zadbaną młodą kobietę
emanującą seksapilem. Niestety, przede mną znalazła się grupa nastolatków
wracających ze szkoły. Od tego, co usłyszałam i jak się zachowywali,
pociemniało mi w oczach. Komentowali głośno, wołali „Mariolka”, gwizdali,
krzyczeli „gej”. Człowiek, Którego Spotykam nie zwracał na to uwagi, nadal
szedł pewnie i śmiało w wiosennych ciuszkach. Pomyślałam o tym,
co musi czuć taka osoba, zderzając się na każdym kroku z tego
rodzaju sytuacjami. Ile można znosić wyzwiska i drwiny? Zrobiło mi się
przeraźliwie smutno i właściwie to zachciało mi się płakać. Z żalu
i złości. Z żalu nad Człowiekiem, Którego Spotykam i z wściekłości
na ten tę hołotę, na popieprzony świat i podkarpacki, zapisiały
ciemnogród, w którym nie można być sobą, odstawać w jakikolwiek
sposób od grupy, być innym niż większość, bo płaci się za to bardzo wysoką
cenę. Bo katolickie społeczeństwo z chrześcijańskim miłosierdziem i miłością
bliźniego zaszczuje, zadziobie, zagryzie drugiego człowieka za to, że nie
mieści się w schemacie, tabelce, szufladce, matrycy.
Potwornie mi żal takich osób, to wczorajsze wydarzenie
unaoczniło mi, że mają bardziej pod górkę, niż jestem w stanie sobie
wyobrazić. Ile wody będzie musiało jeszcze upłynąć, żebyśmy jako społeczeństwo
pozwolili wreszcie ludziom żyć tak jak chcą, w zgodzie z samym sobą i bez
dotkliwych szykan?
Człowieku, Którego Spotykam i tysiącu innych – życzę Wam,
abyście mogli żyć w spokoju i znaleźć szczęście.
Robi wszystko, by w twojej
głowie dokonać rewolucji. Przekonać Cię, że ma rację. Manipuluje. Ulegasz
manipulacji, więc nie zauważasz nadużycia. W różnych sytuacjach dowodzi,
że nic takiego się nie stało i rzeczywistość jest inna, niż ci się wydaje.
Nie okazuje uczuć. Szantażuje, straszy. Przenosi swoje winy na ciebie, odwołuje się
do twoich wad, bez względu na to, czy są rzeczywiste, czy wymyślone. Wywołuje
lęki, żeby wykorzystywać je przeciwko tobie. Irytuje się, gdy nie spełniasz
jego oczekiwań lub żądań. Wpada w złość, gdy nie podzielasz jego opinii i przekonań.
Zupełnie lekceważy twoje uczucia, obawy, lęki. Unieważnia je jednym słowem.
Namiętnie wzbudza w tobie poczucie winy. Umniejsza twoją wartość
zawstydzającymi stwierdzeniami. Nie cofa się przed pogardliwymi żartami.
Przypisuje ci wszelkie winy, nie szczędzi wyzwisk, obraźliwych i ubliżających
odzywek. Sugeruje, że jesteś nikim, a twoja praca nie ma żadnej wartości. Drwi
z twoich zainteresowań, talentów, umiejętności. Zarzuca ci, że
ugotowany przez ciebie obiad jest niejadalny, wyprane ubrania zniszczone, a wyprasowane
– wymięte. Publicznie prawi ci uszczypliwości, upokarza przy ludziach.
Nigdy nie ma ci nic miłego do powiedzenia. Usilnie stara się, byś czuła się
beznadziejna, bezwartościowa, nieudolna, nieważna. Zawstydza przy innych.
Kontroluje. Nagrywa twoje rozmowy, przeczesuje komputer, czyta twoje prywatne
rozmowy na GG. Wmawia ci chorobę psychiczną.
Uczysz się żyć pod jego dyktando.
Powoli wyzbywasz się siebie, swoich opinii, poglądów. Pogrążana w ciągłym
poczuciu winy, zaczynasz się go bać. Wstyd odsuwa cię od rodziny i znajomych.
W domu towarzyszą ci poczucie odrętwienia, przewlekłe zmęczenie, brak
energii, nadmierna senność. Stajesz się bierna. Mięśnie wciąż napinają się
ze stresu. Sfrustrowana, permanentnie smutna, zniechęcona i w poczuciu,
że teraz już zawsze tak będzie, zmieniasz się w ubezwłasnowolniony
automat. Pojawiają się niedające się opanować bóle głowy, kołatania
serca, uczucie zaciskania się krtani. Dochodzi do tego, że łapiesz się
na rosnącej na jego widok agresji.
Jesteś ofiarą przemocy psychicznej,
ale nie zdajesz sobie z tego sprawy.
Potem chorujesz na oporną w leczeniu
depresję.
* * *
Przemoc psychiczna to zbrodnia doskonała.
Jedna z najokrutniejszych.
Ofiara żyje. Nie ma ran, sińców,
zadrapań, złamań. Codziennie ubiera się, czesze, robi makijaż i z przyklejonym
do warg uśmiechem rusza do pracy.
Taka byłam ja.
Przemocy psychicznej nie widać. W domu
nie ma alkoholu, awantur, nawet kłótni. Sprawca jest sprytny, wkłada białe
rękawiczki. Często zdarza się, że jest to osoba zakompleksiona, czasem
narcystyczna lub socjopatyczna.
Taki jest mój były mąż.
Na depresję choruję od 2003 roku.
Czy zdarzyło Wam się kogoś nienawidzić?
Czy jest ktoś,
kogo nienawidzicie?
Nienawiść jest
emocją, a może lepiej – kombinacją emocji, które pojawiają się
w związku z osobą albo grupą osób. Jako ludzie cywilizowani (może
czasem aż za bardzo) niekoniecznie chcemy się do niej
przyznawać, a przecież jest stanem naturalnym.
Nienawidzimy
człowieka, którego zachowanie wywołało w nas silne poczucie krzywdy, zranienia,
bólu. Pragniemy wówczas zemsty, odwetu albo żeby tę osobę spotkało coś złego.
Można nienawidzić również jakiejś grupy ludzi.
Wbrew pozorom
nienawidzić nie jest łatwo. Nie udało mi się znienawidzić, męża,
który stosował wobec mnie przemoc psychiczną. Nie udało mi się
znienawidzić człowieka, którego kochałam w życiu najbardziej, ale odszedł
bez uprzedzenia (choć podobno od miłości do nienawiści jest
tylko jeden krok). Nie udało mi się znienawidzić szwagierki i jej
męża, którzy nieźle nas wyrolowali. Mogę powiedzieć, że kogoś nie znoszę,
nie cierpię, nie lubię, ale to wszystko nie jest jeszcze
nienawiścią.
Czy jest więc
ktoś, kogo udało mi się znienawidzić?
Tak. Jest taka
osoba. Zupełnie otwarcie życzę jej jak najgorzej i pewnie bym ją
zamordowała z zimną krwią w dowolny sposób, gdyby nie konsekwencje
prawne. Jest to osoba z mojego realnego życia, więc pozwolicie, że
nie napiszę, kto to jest.
Odkrycie, że
jednak potrafię kogoś nienawidzić, było zdumiewające.
Jest jeszcze grupa
ludzi, której nienawidzę z siłą tajfunu. Są to wszyscy ci, którzy
w jakikolwiek sposób krzywdzą zwierzęta. Z takich darłabym skórę
pasami i posypywała solą.
Czy jesteście
gotowi równie szczerze odpowiedzieć na pytania, które postawiłam na początku?
Wbrew tym, którzy apostatów uważają za osoby z piekła rodem, racja nie leży po ich stronie. Dość powszechne w kręgach dewocyjnych stało się twierdzenie, jakoby nastała „moda na apostazję”.
Tymczasem apostata
to nie człowiek uwiedziony modą, lecz jednostka uczciwa. Uczciwa wobec
siebie i wobec społeczeństwa. Hipokryci tkwią nadal wszystkimi kończynami
w krk, choć są katolikami niedzielnymi, niepraktykującymi albo już dawno
im z kościołem nie po drodze. Nabijają instytucji skupiającej przestępców
i ich ochroniarzy kabzę i statystyki, sztucznie podtrzymując mit o katolickiej
Polsce.
Nie wiem, co
mają w głowach ci, którzy przestrzegając przed apostazją, posługują się
takimi argumentami: „nie będziesz mogła być matką chrzestną”, „nie dostaniesz
ślubu kościelnego”, „nie będziesz świadkiem na ślubie”, „nie będziesz
mieć katolickiego pogrzebu”. Podobno apostacie nie wolno sprawować nawet
sakramentaliów, np. biec w Wielką Sobotę z koszyczkiem pełnym dobrze
naczosnkowanej kiełbasy do poświęcenia i z pieniążkiem do wrzucenia
przy okazji na tacę. Ratunku! Dlaczego komuś wydaje się, że osoba wypisująca się
z kościoła marzy o katolickim pogrzebie lub o byciu chrzestnym?!
No, żal taki, że aż odwłok ściska!
Przy okazji
nasunęła mi się na myśl kolejna powtarzana w nieskończoność przez kręgi
kadzidlane mądrość: „Co świętują ateiści w Boże Narodzenie/Wielkanoc?”. Służę
uprzejmie: wolne świętujemy! Wolne od pracy i pustych rytuałów. Dlaczego
mielibyśmy iść do roboty, skoro wierzący w absurdy mają z tego
tytułu fajrant?
Jeżeli komuś
nasuwają się oczywiste pytania, to odpowiadam z całą
szczerością: tak, nie jest tajemnicą, że jestem ateistką i apostatką.
Nie jest to ani powód do wstydu, ani do ukrywania. Wstydzić się powinni ci, którzy wspierają przestępczość zorganizowaną.
Pora na małe co nieco, czyli na kolejną porcję etymologii popularnych frazeologizmów.
1. Mieć z kimś na pieńku – Gilotynować?
Nie. Frazeologizm ten powstał w czasach,
gdy na dworach i w szkołach stosowano kary cielesne. Delikwent musiał oprzeć
się na pieńku grzbietem do góry, a wychowawca bił go rzemieniem, skórzanym
pasem albo rózgą.
2.
Nawiasem mówiąc – Nie
mówi się nawiasami, tylko ustami!
Ów nieszczęsny nawias pojawił się w
tekstach językowych już w XVI wieku, ale nie oznaczał dzisiejszego znaku
pisarskiego. Przed wiekami funkcjonował on w znaczeniu „nawis”, „coś, co
porusza się po krzywej linii”. Używając takiego „nawisu w mowie”, dodajemy
treści dodatkowe, zbędne, dygresje, kluczymy.
3.
Nie omieszkać –
Przecież nie istnieje czasownik „omieszkać”!
Nie istnieje, ale istniał do XVII wieku.
Oznaczał „zaniedbać”, „opóźnić”, „odwlec”.
4.
Paniczny strach – Czyli
jaki?
Przymiotnik „paniczny” pochodzi od
greckiego bożka o imieniu Pan. Był to bóg lasów, który lubił wzniecać strach w
ludziach. Starożytne „panikos” oznacza „odnoszący się do Pana” i takie też
znaczenie ma w języku polskim.
5.
Rak nieborak – „Nie, bo
rak”? „Rak z nieba”?
Nic z tych rzeczy. Wyraz „nieborak” lub
„nieboraczek” pochodzi jeszcze z prasłowiańskiego „ne boriti se” – „nie
walczyć”, „nie zmagać się”. „Nieborakiem” zaczęto nazywać człowieka słabego,
niemającego siły.
6.
Być na tapecie – Czyli
na ścianie?
Nie. W tym powiedzeniu nie chodzi o
tapetę, a o „tapet”. Słowo to oznacza obrus. Takim tapetem z zielonego sukna
przykrywa się na przykład stoły, przy których odbywają się obrady.
7.
Trafić do mamra (siedzieć w mamrze) – Czyli gdzie?
„Mamer” to słowo o rodowodzie
starożytnym. Pochodzi od łacińskiej nazwy „Carcer Mamertimus”. „Carcer
Mamertinus” (Mamertinum) to nazwa
najstarszego więzienia w Rzymie znajdującego się w podziemiach kościoła San
Giuseppe dei Falegnami. Rzekomo przetrzymywani byli w nim apostołowie Piotr i
Paweł.
8.
Wystrychnąć na dudka –
archaiczny czasownik „wystrychnąć” znaczył „sprawić, że ktoś stał się jakimś”,
wykierować kogoś”. Z kolei ptak dudek ze względu na czub z piór i podskakiwanie
budził skojarzenia z głupotą, błazenadą.
9.
Zalać robaka – zanim zaczęliśmy
się myć i dbać o higienę osobistą, żyliśmy w nieodłącznym towarzystwie wszy,
pcheł i pluskiew, które gryzły dniami i nocami. Jedyną metodą na ich wytępienie
w miejscu, w którym szczególnie dokuczały, było zalanie ich wrzątkiem. Dziś
zalewamy to, co nas gryzie od wewnątrz, wodą ognistą.
10.
Zagiąć parol – Co
zagiąć?!
„Parole” to po francusku „słowo”,
„tekst”. Słowem „parol” nazywano dawniej obstawianą w grze kartę. Gdy na nią
stawiano i wygrywała, a potem stawiano na nią po raz drugi, zaginano jej róg.
Stąd „zagiąć parol” to „uparcie stawiać na tę samą kartę”.
Czy zwróciliście kiedykolwiek uwagę na
to, jak wiele zwierząt rozgościło się w naszym języku? I czy nie zastanowił
Was fakt, że zazwyczaj wydźwięk związków frazeologicznych z udziałem
zwierzaków ma wydźwięk pejoratywny? We mnie budzi to sprzeciw. No bo
spójrzcie, ile tego jest: bazgrać jak kura pazurem, biedny jak mysz kościelna, czarna
owca, dostać małpiego rozumu, dumny jak paw, farbowany lis, drzeć z kimś
koty, gapić się jak sroka w kość, kaczka dziennikarska, kaczy chód, kocia
muzyka, kociokwik, koń trojański, końskie pieszczoty, końskie zaloty, kozioł
ofiarny, krecia robota, krokodyle łzy, kukułcze jajo, kupować kota w worku,
lisek chytrusek, łabędzi śpiew, mieć muchy w nosie, mieć węża w kieszeni,
niebieski ptak, niedźwiedzia przysługa, owczy pęd, parszywa owca, pieskie
życie, pijany jak świnia, pijawka, płakać jak bóbr, podła świnia, podłożyć
komuś świnię, psia pogoda, ptasi móżdżek, rządzić się jak szara gęś, słoń w składzie
porcelany, spływać jak po kaczce, ślepy jak kret, ślimaczyć się, święta
krowa, uparty jak osioł, uświnić się, wilczy bilet, wieszać na kimś
psy, wybierać się jak sójka za morze, wyrósł jak brzoza, a głupi
jak koza, ześwinić się, zrobić kogoś w konia, żółwie tempo, żyć jak
pies z kotem…
Ile inwektyw skierowanych pod adresem człowieka opiera się na świecie zwierzęcym, ilustruje fragment poematu Edwarda Stachury "Kropka nad ipsylonem":
„ty glisto, ty cetyńcu, ty zarazo pełzakowa, ty gadzie, [...] ty pasożycie, ty trutniu, [...] ty hieno, ty szakalu, [...] ty larwo, ty kleszczu!, ty mszyco!, ty szkodliwa naliścico, ty korniku zrosłozębny, ty korniku bruzdkowany, ty koński bąku, ty końska pijawko [...]
Ludzi, których z jakichś powodów nie lubimy, nazywamy krową, flądrą, małpą, baranem, gadem, klępą, suką, capem, leszczem, padalcem...
Nawet części ciała i czynności bywają bywają "odzwierzęce": łeb, pysk, ptaszek, żreć, zdychać...
Z pewnością nie wyczerpałam puli,
niektóre powiedzenia są też pozytywne (jak np. sokoli wzrok), ale tych jest
jakby dużo mniej.
Co Wy na to? Język rozwija się w czasie. Czyżby nasi przodkowie i praprzodkowie
tak bardzo nie lubili zwierząt?
Dzisiejszy wpis będzie krótki, ale – mam nadzieję – owocny. Przyszło mi bowiem do głowy w czasie różnych rodzinnych pogawędek, że w każdej chyba rodzinie zdarzają się imiona przeciętne, piękne, brzydkie, zdumiewające lub obciachowe. Tak konkretnie zamyśliłam się nad tą czwartą kategorią, bo to bardzo ciekawe. Osobiście uważam, że do dziwnych imion w mojej rodzinie należą
Lubomir, Wyszomir, Kastor i Abelard.
Dwaj pierwsi to moi wujkowie, dwóch
drugich to ja jestem ciotką. I co Wy na to? Bardzo bym chciała,
byście podzielili się ze mną swoimi rodzinnymi doświadczeniami
w tej materii. Może jakiś plebiscyt urządzimy, co? Z rzetelnym głosowaniem
na najdziwniejsze imię i z nagrodami (na razie nie mam pomysłu
na nagrodę, ale może wspólnymi siłami coś wymyślimy).
To jak
z tymi imionami u Was?
Wpadłam w cholerny
diabelski młyn. Nie, nie w miłą rozrywkę wesołomiasteczkową, ale w jakiś
upiorny kierat związany z tym, czego tygrysy nienawidzą najbardziej, to
znaczy z pierdzieloną pracą zawodową.
Ostatni fajny
dzień miał miejsce ponad tydzień temu – za sprawą blogerki-ziomalki Jagi. Tak
piliła i tak przyciskała do muru, aż powiedziałam jej sakramentalne…
no nie, chyba się zagalopowałam, sakramentalne to nie było, ale w każdym
razie „tak”. I spędziłam radośnie czas w Jagowej siedzibie.
Na „dzień
dobry” byłabym się zabiła, spadając ze schodów za sprawą
cudownej amstaffki Holly, która witała mnie z takim entuzjazmem. Naprawdę
nie wiadomo, która z nas jest większą wariatką: Jaga, Holly czy ja, ale
myślę, że po równo.
Jaga, jak wiemy, jest Babą Jagą. Słynie z tak wstrząsającej urody, że kto żyw, usiłuje ją portretować. A to siostrzenica...
...a to mąż…
Nie, nie przywidziało się Wam i dobrze przeczytaliście: wykonawcą tego portretu jest Jagi małżonek.
Liczne podobizny
zdobią Jagowy taras, a jedna nawet łazi po drzewach i patroluje
teren, pilnując w ten sposób włości.
W menu dziennym pojawiły się i spacerek...
Na deser kotki i rybki…
Tęsknię za
takimi dniami jak tamten. Te, które aktualnie są moim udziałem,
śmiało mogę nazwać beznadziejnymi.
Dzięki, Jaga!
A było tak.
Zbłądziwszy na
sandomierską plebanię, podlałam Natalii kwiaty. Przy tej pogodzie świetnie się trzymają.
Sama gospodyni poczęstowała mnie pierogami...
...a poczciwy Pluskwa kawą.
Podejrzewałam, gdzie może się podziewać sandomierski proboszcz-detektyw, więc pognałam co sił w nogach na komisariat.
Tam bezczelnie przesłuchałam Możejkę, wkładając na głowę jego czapkę. Tak dla jaj.
Przy tym zarzuciłam
mu kłamstwo (że nie ma tu księdza), podnosząc głos i tym
wszystkim sobie nagrabiłam. Zaraz zawołał Gibalskiego, kazał mu spisać
moje dane, a potem… na dołek! Za obrazę funkcjonariusza na służbie.
Najpierw dostałam się jeszcze w ręce Mietka...
...który po dokonaniu formalności zaprowadził mnie do celi.
Nie było
przeproś! Musiałam oddać do depozytu okrycia wierzchnie i torebkę. Nocleg
w tym „hotelu” należał do bardziej niż średnich przyjemności.
Dopiero następnego
dnia, nieco wymiętoszona, wyruszyłam na dalsze poszukiwanie Mateusza. Był w kurii,
gdzie poproszono go na dywanik.
I wiecie,
co on mi chciał na tym dywaniku zrobić?! Chciał mnie
wyspowiadać!
Zdecydowanie odmówiłam
i zażądałam odszkodowania za straty moralne. Dał mi… krówki. Dobre i to.
...– poszłam sobie w cholerę.
Obiecałam niektórym autograf od ojca Mateusza, ale śpieszył się na plan i nie miał czasu. Wystarczy, że chciał mnie wyspowiadać.
W ramach rekompensaty
przywiozłam zdjęcia z miasta położonego na siedmiu wzgórzach,
no i oczywiście z wizyty na komisariacie.
Na starówkę weszłam czternastowieczną Bramą Opatowską.
Zaraz za nią ujrzałam
jegomościa, który przechadzał się po linie rozciągniętej między
kamienicami. Robi to zawsze niemal od niechcenia.
Brama Opatowska
Już z daleka
widoczna jest znajoma bryła ratusza. Jeśli dobrze się przyjrzycie,
zauważycie po lewej stronie zdjęcia fragment ekipy filmowej „Ojca
Mateusza”. W tym samym dniu, w którym przyjechałam do Sandomierza,
zaczęły się zdjęcia do nowego sezonu serialu.
Linoskoczek

Po lewej stronie ekipa filmowa
Czy ktoś
widział kotwicę z łańcuchem do nieba? Nie? To spójrzcie poniżej.
Ratusz

Kotwica wbiła się w chodnik - pewnie żeby niebo nie odleciało 
Korba mi odbiła
Ponieważ
Sandomierz jest ojczyzną krzemienia pasiastego, utrwalono jego podobiznę w pomniku-pierścieniu.
Miasto ma swoje Ucho Igielne. Trudno się przez nie przecisnąć, no ale przecież ja jestem tak filigranowa, że zmieściłam się i jeszcze miejsca zostało.
Na następnych
fotkach widzimy kolejno: sandomierski zamek...
Ucho Igielne i ja
...dom, w którym mieszkał niegdyś kronikarz Jan Długosz...

Katedra sandomierska
Na koniec rzut
oka na Wisłę.
Dzwonnica
Ciąg dalszy
nastąpi wkrótce – zapraszam na spotkanie z ekipą filmową i ojcem
Mateuszem.