05 lutego 2023

47. Jagowisko

Wpadłam w cholerny diabelski młyn. Nie, nie w miłą rozrywkę wesołomiasteczkową, ale w jakiś upiorny kierat związany z tym, czego tygrysy nienawidzą najbardziej, to znaczy z pierdzieloną pracą zawodową.

Ostatni fajny dzień miał miejsce ponad tydzień temu – za sprawą blogerki-ziomalki Jagi. Tak piliła i tak przyciskała do muru, aż powiedziałam jej sakramentalne… no nie, chyba się zagalopowałam, sakramentalne to nie było, ale w każdym razie „tak”. I spędziłam radośnie czas w Jagowej siedzibie.

Na „dzień dobry” byłabym się zabiła, spadając ze schodów za sprawą cudownej amstaffki Holly, która witała mnie z takim entuzjazmem. Naprawdę nie wiadomo, która z nas jest większą wariatką: Jaga, Holly czy ja, ale myślę, że po równo.

Jaga, jak wiemy, jest Babą Jagą. Słynie z tak wstrząsającej urody, że kto żyw, usiłuje ją portretować. A to siostrzenica...

...a to mąż…

Nie, nie przywidziało się Wam i dobrze przeczytaliście: wykonawcą tego portretu jest Jagi małżonek.

Liczne podobizny zdobią Jagowy taras, a jedna nawet łazi po drzewach i patroluje teren, pilnując w ten sposób włości.




Ale, ale, znalazło się i coś dla mnie.

W menu dziennym pojawiły się i spacerek...


...i wymiana piekarnika na nowy, i rozliczne kawusie. Na obiadek jadłam pierwszy raz w życiu przepyszne włoskie pierożki nadziewane ricottą i limonką. Oesu, jaki odlot!

Na deser kotki i rybki…






Nie, nie spożywaliśmy zwierzątek, podziwiałam je tylko i ukochiwałam. A, no i uległam niemal zalizaniu na śmierć przez jakże groźną Holly.

Tęsknię za takimi dniami jak tamten. Te, które aktualnie są moim udziałem, śmiało mogę nazwać beznadziejnymi.

Dzięki, Jaga!

28 stycznia 2023

46. W poszukiwaniu ojca Mateusza

A było tak.

Zbłądziwszy na sandomierską plebanię, podlałam Natalii kwiaty. Przy tej pogodzie świetnie się trzymają.

Sama gospodyni poczęstowała mnie pierogami...

...a poczciwy Pluskwa kawą.


Za to ojca Mateusza nie zastałam, zostało tylko puste biurko.

Podejrzewałam, gdzie może się podziewać sandomierski proboszcz-detektyw, więc pognałam co sił w nogach na komisariat.

Tam bezczelnie przesłuchałam Możejkę, wkładając na głowę jego czapkę. Tak dla jaj.

Przy tym zarzuciłam mu kłamstwo (że nie ma tu księdza), podnosząc głos i tym wszystkim sobie nagrabiłam. Zaraz zawołał Gibalskiego, kazał mu spisać moje dane, a potem… na dołek! Za obrazę funkcjonariusza na służbie.

Najpierw dostałam się jeszcze w ręce Mietka...

...który po dokonaniu formalności zaprowadził mnie do celi.

Nie było przeproś! Musiałam oddać do depozytu okrycia wierzchnie i torebkę. Nocleg w tym „hotelu” należał do bardziej niż średnich przyjemności.

Dopiero następnego dnia, nieco wymiętoszona, wyruszyłam na dalsze poszukiwanie Mateusza. Był w kurii, gdzie poproszono go na dywanik.

I wiecie, co on mi chciał na tym dywaniku zrobić?! Chciał mnie wyspowiadać!

Zdecydowanie odmówiłam i zażądałam odszkodowania za straty moralne. Dał mi… krówki. Dobre i to.


Zdegustowana nieobecnością mojego idola – kanalii księdza Jacka...



...– poszłam sobie w cholerę.



25 stycznia 2023

45. Wróciłam!

Obiecałam niektórym autograf od ojca Mateusza, ale śpieszył się na plan i nie miał czasu. Wystarczy, że chciał mnie wyspowiadać.

W ramach rekompensaty przywiozłam zdjęcia z miasta położonego na siedmiu wzgórzach, no i oczywiście z wizyty na komisariacie.

Na starówkę weszłam czternastowieczną Bramą Opatowską.

Brama Opatowska
Zaraz za nią ujrzałam jegomościa, który przechadzał się po linie rozciągniętej między kamienicami. Robi to zawsze niemal od niechcenia.

Linoskoczek
Już z daleka widoczna jest znajoma bryła ratusza. Jeśli dobrze się przyjrzycie, zauważycie po lewej stronie zdjęcia fragment ekipy filmowej „Ojca Mateusza”. W tym samym dniu, w którym przyjechałam do Sandomierza, zaczęły się zdjęcia do nowego sezonu serialu.


Po lewej stronie ekipa filmowa

Ratusz
Czy ktoś widział kotwicę z łańcuchem do nieba? Nie? To spójrzcie poniżej.

Kotwica wbiła się w chodnik - pewnie żeby niebo nie odleciało
Korba mi odbiła

Tę studnię zapewne znacie.

Ponieważ Sandomierz jest ojczyzną krzemienia pasiastego, utrwalono jego podobiznę w pomniku-pierścieniu.

Miasto ma swoje Ucho Igielne. Trudno się przez nie przecisnąć, no ale przecież ja jestem tak filigranowa, że zmieściłam się i jeszcze miejsca zostało.

Ucho Igielne i ja
Na następnych fotkach widzimy kolejno: sandomierski zamek...

Zamek w Sandomierzu

...dom, w którym mieszkał niegdyś kronikarz Jan Długosz...


...katedrę wraz z dzwonnicą.

Katedra sandomierska

Dzwonnica
Na koniec rzut oka na Wisłę.



Ciąg dalszy nastąpi wkrótce – zapraszam na spotkanie z ekipą filmową i ojcem Mateuszem.

17 stycznia 2023

44. Uwaga, komunikat!

Ogłaszam wszem i wobec, że jutro, tj. w środę 18 stycznia 2023 roku najzwyczajniej w świecie wyjeżdżam na kilka dni i nie będzie mnie do niedzieli.

Nie umarłam,

nie rozchorowałam się,

diabli mnie nie wzięli,

nie stało się żadne nieszczęście.

Po prostu jadę odwiedzić przyjaciółkę w Sandomierzu.

14 stycznia 2023

43. O kowalu i Cyganie

Proszę bardzo. Ledwo wróciłam, a już emocje we mnie buzują jak ogień w lokomotywie parowej. No szlag mnie trafia po prostu i już.

Otóż niejaka Frau Geheime Staatspolizei (w skrócie Gestapo) pofatygowała się do mnie osobiście, co zawsze oznacza kłopoty. Rozjuszona była przy tym jak wściekły buhaj. Zakomunikowała mi tonem dyktatora, że w iluś tam uchwałach brakuje dat. Ja jej na to, że na pewno nie, a ona mi, że na pewno tak. I pokazuje mi pęczek uchwał, w rzeczy samej bez dat, za to niepisanych przeze mnie, wystarczył jeden rzut okiem.

- To nie ja pisałam – rzekłam z naiwną satysfakcją – tylko Księżna, gdy chorowałam na covid. Przecież od razu widać, że inny krój, rozmiar czcionki i ogólnie formatowanie. Za treść tym bardziej nie odpowiadam.

- Do gabinetu – wysyczała Frau Gestapo.

Posłusznie podniosłam się z krzesła i podążyłam do Mordoru.

Wściekła baba sięgnęła po teczkę z protokołami i zaczęła je gorączkowo wertować. Podejrzane dokumenty znalazły się natychmiast.

- To też pisała Księżna – zakomunikowałam tonem beznamiętnym.

Na szyję Frau Gestapo wypełzły czerwone plamy. Wezwała Sekretarkę i obsobaczyła ją jak święty Michał diabła.

- Miała dostać szablony! – wrzasnęła. Następny mógł być chyba tylko strzał w potylicę.

- Ale miała szablon – zakwiliła Sekretarka. – Ja jej wysyłałam i pani Frau Be jej wysyłała…

- Wysyłałam – potwierdziłam. – I wykaz paragrafów też jej dałam, wszystko jej dałam, na sto telefonów odpowiedziałam, wystarczyło się przyłożyć.

Frau Gestapo, tknięta najwyraźniej jakąś myślą, zerwała się z dyrektorskiego fotela i rzuciła się w stronę gigantycznej szafy. Byłam pewna, że wyjmie z niej broń palną albo przynajmniej hiszpańskie buciki. Jednak nie. Wydarła trzy opasłe tomiska zbindowanych i opisanych protokołów z ubiegłego roku. Znalazłszy mnóstwo pisanych przez Księżną, wpadła w szał. Uwaga, że sama je zaakceptowała, podbiła i podpisała swym własnym, gestapowskim łapskiem, nie dała nic więcej ponad jeszcze większą wściekłość. Rzuciła tomiszczami w naszą stronę i wywrzeszczała:

- Ja się nie będę denerwować! Zróbcie z tym porządek, macie na to dwa tygodnie!

- Ale kto to ma poprawiać?

- Frau Be!

- Dlaczego ja? – zdziwiłam się. – Chyba powinien poprawiać ten, kto nawalił?

- Nie, Frau Be, bo ty zrobisz to dobrze.

I w ten oto sposób jestem w czarnej dupie. Księżna pojedzie leżeć do góry podwoziem na Malediwach, a ja będę za nią hodować garb, zeza i hemoroidy.

Cóż… Kowal zawinił, a Cygana powiesili.

10 stycznia 2023

42. Dziękuję + info dnia

Kochani!

Bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję.

Za cierpliwość.

Za próby docieczenia, co mi jest.

Za wsparcie i otuchę.

Za kartki z życzeniami bożonarodzeniowymi (i przepraszam za to, że tym razem nie miałam siły tego zrobić).

Marudzie – za cudowne, jedyne i niepowtarzalne życzenia urodzinowe na pięknej kartce.

Za maile wyrażające niepokój, ale też ogromną życzliwość.

Za wiadomości na Messengerze.

Za wszystko jeszcze raz serdecznie DZIĘKUJĘ!


No i info dnia:

Powoli staję na nogi (mam przynajmniej taką nadzieję) i wracam do blogowania.

23 listopada 2022

41. Przepraszam...

 Przepraszam, że milczę.

Choroba poniewiera mną dzień po dniu, minuta po minucie, bez litości.

Może kiedyś z tego wyjdę...

11 listopada 2022

40. Nie mam powodu do miłości

 

Ojczyzna

 

nie umrę za ciebie kraju

prostaków chamów kabotynów

ksenofobów faszystów

rozdrobnionego w milionach papieży

kultu jednostki kremówki i kiczu

 

ojczyzno religijnego folkloru

nienawiści cieknącej słodyczą

chłopa co nie przepuści żywemu

wyrosłego z polskiej gleby straganów

z chińskimi dewocjonaliami

 

kraino groteskowych pomników

jerzego kaliny

pietrzaka zatrzaśniętego w bańce

minionego czasu

ostojo złej zmiany w oświacie kulturze polityce

azylu bandyty kurwy złodzieja

miejsce nie do życia

bezradnego człowieka

 

nie umrę za ciebie nigdy

ojczyzno

i wcale się tego nie wstydzę

03 listopada 2022

39. I znowu ból…

W drodze za Tęczowy Most wyprzedziły go kilka lat temu Agunia i Kinia. Bolało strasznie, ale ten ból, który czuję dzisiaj, jest nie do zniesienia.

Odszedł najukochańszy z ukochanych, najbardziej mój z moich.

Pieszczoch.

Niuniuś.

Nie jestem w stanie napisać więcej.

Wybaczcie.

Jeszcze tu ze mną jest, na mojej poduszce…



01 listopada 2022

38. Ludzie, dajcie żyć!

Ktoś kiedyś powiedział, że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Może to i banał, ale dość celny. Gdyby nie zasady normalizujące życie społeczne, już dawno jako gatunek nie chodzilibyśmy po ziemi (a i tak jest ciężko). A wystarczyłoby stosować się do zasady „żyj i daj żyć innym”.

Dlaczego to piszę? Ano, dlatego.

Jestem tolerancyjna, ale nie bezgranicznie, bo przeginanie w żadną stronę nie jest dobre. Na przykład guzik mnie obchodzi, w co kto wierzy, bo to WYŁĄCZNIE jego PRYWATNA sprawa. Mogą to być dowolne brednie: dobre bozie, zawsze dziewice, makaronowe potwory, płaskie ziemie, chińskie horoskopy i straszne voodoo. Jak najbardziej uznaję prawo do wolności wyznania i dowolnych poglądów, żądam wszakże uszanowania tego samego prawa w stosunku do mnie. Czyjeś wierzenia to czyjeś – nie moje – i epatowanie nimi, przekonywanie mnie do nich albo czynienie z nich prawa jest co najmniej nie na miejscu (to gruby eufemizm). I, co istotne: jeśli ktoś mówi o ateiście z pogardą lub jako o człowieku z definicji złym, to tym samym zwalnia go z szacunku wobec swoich „uczuć religijnych”.

Tak samo wisi mi i powiewa, co kto świętuje. Sama nie lubię tych na siłę przeszczepianych na nasz grunt, obcych mi Halloweenów i walentynek, ale to moja sprawa i nic mi do tego, że ktoś je świętuje. Nie mam nic przeciwko temu, żeby każdy bawił się, w co chce, dopóki na siłę mnie w to nie wciąga. Na przykład nie widzę najmniejszego powodu, dla którego banda niewychowanych gówniarzy (dowolnie poprzebieranych) miałaby walić mi w drzwi i wymuszać na mnie rozdawnictwo słodyczy (Halloween) lub pieniędzy („kolędnicy”). Świętujesz Boże Ciało? Świetnie, tylko dlaczego z tego powodu ja mam mieć pozamykane ulice i nieprzejezdne drogi? Chodź sobie z chorągiewkami wokół kościoła.

Analogicznie nic mi do tego, kto z kim śpi, ale ta zasada powinna obowiązywać wszystkich. Nie widzę powodu do przerostu machania mi przed nosem tęczami ani do nazywania mnie nietolerancyjnym homofobem tylko dlatego, że mojemu heteroseksualnemu organizmowi robi się niedobrze na widok migdalących się facetów albo babeczek. Tak jak oni natury nie oszukają, tak ja nie oszukam swojej.

I tak dalej. 

26 października 2022

37. Nie drażnić Frau Be!

Próbuję wracać do sił i normalności. Słynna siła rażenia covida zwaliła w końcu z nóg i mnie. Oczywiście informacja o tym na Facebooku została „odpowiednio” potraktowana. Może ze dwie-trzy osoby tak po prostu i po ludzku okazały mi współczucie i życzyły powrotu do zdrowia. Pozostali widzieli lepiej, czy i na co jestem w ogóle chora, informowali o nieistnieniu koronawirusa, nieskuteczności testów i szkodliwości szczepionek. Z całą pewnością znali moje samopoczucie i objawy choroby lepiej niż ja, bo w końcu co ja mogłam wiedzieć, biedna istotka ogłupiona nauką i wysoką gorączką? Nihil novi sub sole.

Zastanawiam się teraz, jaki sens mają wstawiane przeze mnie na Facebook informacje o laurach zdobywanych w konkursach literackich. Nie ukrywam, że media społecznościowe to dobre miejsce na „gwiazdorzenie”, bo żeby zaistnieć w literackim światku, trzeba się jakoś promować i poznawać ludzi „z branży”. Facebook mi w tym do tej pory pomagał. Być może jednak to już przeszłość, bo tylko patrzeć, jak wstawię kolejny dyplom, zdjęcie antologii albo informację o znalezieniu się w gronie laureatów, a wtedy dwie-trzy osoby tak zwyczajnie mi pogratulują, a pozostali będą wiedzieć lepiej, że żadnego konkursu nie było, miejsca nie zdobyłam, nagroda nie istnieje, a dyplom jest sfałszowany.

* * *

A tak w ogóle to mówcie mi tutaj szybko, co się działo w blogosferze pod moją nieobecność. Pewnie umknęło mi sporo ciekawych rzeczy. Powoli dochodzę do siebie, ale póki co, jestem jeszcze bardzo słaba. Po tym fałszywym teście i nieistniejącym covidzie oczywiście.




05 października 2022

36. Rozdział I. 1989 - 8

 Dawno nie było kolejnego rozdziału Babsztylady, zatem powracam do procederu :-)

**********************************************************************************************************************************************

Rozdział I. 1989

8.

Krótka, zaledwie czteromiesięczna przygoda Konstancji z Ickiem zakończyła się dla niej rozczarowaniem o wiele bardziej przykrym, niż potrafiła sobie to wyobrazić. W najczarniejszych snach nie przewidziałaby takiego akurat scenariusza. Jeszcze w połowie grudnia wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Mimo że Mzinka powtarzała rok i w semestrze zimowym nie uczęszczała na zajęcia, od czasu do czasu przychodziła na uczelnię – najczęściej po Szczupaka, gdy kończył zajęcia lub w odwiedziny do koleżanek. Z Pawłem polubili się od razu, gdy tylko Kostka ich ze sobą poznała.

- Cieszę się – mówiła Marzena do przyjaciółki, gdy zostawały sam na sam – że ci się ten Icek trafił. To fajny gość, nie taki dupek jak tamten Jareczek od Mańki.

Cała czwórka nadawała na tych samych falach i często przebywali razem. Icek i Szczupak przychodzili nawet na niektóre wykłady Kostki, a wtedy dołączała do nich i Mzinka.

- Będę miała za rok jak znalazł – mawiała optymistycznie.

Dekowali się wówczas z samego tyłu amfiteatralnie wznoszącej się auli, na podłodze za ostatnim rzędem krzeseł. Tam, niewidoczni dla wykładowców, grywali w karty i zagryzali kiszonymi ogórkami prosto ze słoika, przynoszonymi przez Kostkę ku uciesze pozostałej trójki. W czasie wakacji, przed wyjazdem na MOP, pozostawiona przez rodziców i brata sama w domu, doglądała działki i z nudów ukisiła ponad dwieście litrowych weków specjału.

Mimo wspólnych wygłupów coś drażniło ją w zachowaniu Marzeny. Nie wiedziała, co o tym myśleć – wszak przyjaźniły się od dziesiątego roku życia i nigdy nie było między nimi żadnych zgrzytów. Teraz zgrzytało i Kostka sama nie wiedziała, co. Odnosiła wrażenie, że za każdym razem, kiedy w polu widzenia jej przyjaciółki pojawiał się Icek, dostawała małpiego rozumu. Jakoś przesadnie przewracała oczami, wykonywała filuterne gesty i zalotne miny, nie bacząc ani na obecność przyjaciółki, ani na własnego chłopaka, z którym zaręczyła się po powrocie z Mazur i za którego zamierzała wyjść za mąż. Popisywała się? Kokietowała Pawła? Ale po co miałaby to robić? Prawdę powiedziawszy, Konstancji wyglądało to na ordynarny podryw i niepomiernie ją to denerwowało. Po co to wszystko? Po co jej cudzy chłopak? Własny narzeczony przestał jej wystarczać? Nie rozumiała, co to właściwie miało znaczyć. A może to ona popadała w paranoję, bo była zazdrosna? Przecież troszczyły się zawsze o siebie nawzajem, Mzinka tak dobrze jej życzyła.

- Jesteś szczęśliwa? – pytała ją za każdym razem, gdy rozmawiały sam na sam.

- Jestem.

- To dobrze, to bardzo dobrze – cieszyła się razem z nią.

Tym bardziej Kostka nie rozumiała nic z tego, co się działo. Fakt, że jej przyjaciółka robiła słodkie oczy do Icka, zupełnie jej się nie podobał.

Pewnego wieczoru odwiedził ją Szczupak. Nie było w tym nic dziwnego. Robił to często, gdyż mieszkali po sąsiedzku. Tylko że tym razem było już nieco za późno jak na odwiedziny, dochodziła dwudziesta druga.

- O, cześć, wchodź.

Wpuściła go, lekko zdziwiona. Była już po kąpieli i snuła się po domu w półprzeźroczystej koszuli nocnej. Nawet Paweł nie przesiadywał u niej tak długo, wracał do akademika przed zamknięciem.

- Nie przeszkadzam? – zapytał Szczupak z galanterią.

- E tam, właź.

- Dobry wieczór – skinął głową w kierunku dużego pokoju, gdzie rodzice Kostki oglądali telewizję.

- Dobry wieczór – odpowiedzieli ze spokojną rezygnacją.

Byli już poniekąd przyzwyczajeni do wizyt i telefonów znajomych córki o najdziwniejszych porach.

- Co tam? – Kostka zamknęła drzwi od swojego pokoju i usiadła na rozścielonym łóżku, przy którym piętrzył się stos książek.

Narzeczony Mzinki zajął miejsce na krześle przy biurku i odwrócił się do niej przodem.

- A nic, w sumie tak tylko wpadłem. Pogadać.

- A o czym?

- A tak o. O niczym konkretnym. Odprowadziłem Mzinkę do domu, wiesz, że ona musi wracać wcześnie. I postanowiłem po drodze wpaść jeszcze do ciebie. Co tam u was słychać? To znaczy u ciebie i Pawła?

- No – Kostkę rozśmieszyło to pytanie – widzieliśmy się przecież dzisiaj rano. A od dzisiejszego rana nic się raczej nie zmieniło, nie uważasz?

- Też racja – uśmiechnął się szeroko. – To dobrze, że u was okay.

- A u was nie?

- Nie no, u nas jak najbardziej w porządku.

- Julek…

- No?

- Czy ty… nie zrozum mnie źle… czy ty coś zauważyłeś?

- Ale co takiego?

- No… nie wiem, jak to powiedzieć. Coś takiego w zachowaniu Marzeny…

Szczupak przyjrzał jej się z zaciekawieniem, ale bez niepokoju.

- Co mianowicie?

- To znaczy, że nie zauważyłeś – powiedziała z ulgą. – A to z kolei wskazuje na moją paranoję i chwała Bogu.

- Bo ja wiem, czy chwała Bogu? Naprawdę uważasz, że paranoja to powód do radości?

- W tym wypadku chyba tak.

- Serio?

- No dobra, to powiem wprost. Znamy się w końcu jak łyse konie i mogę ci zaufać.

- Ależ jak najbardziej – powiedział z przesadną wylewnością.

- Nie uważasz, że ona… tak jakby… no nie wiem… kokieteryjnie zachowuje się przy facetach? – zapytała oględnie.

Czuła się jak Judasz, chociaż miała czyste sumienie. Jakoś nigdy jeszcze nie stanęła w obliczu tak skomplikowanej sytuacji, w której musiałaby oskarżać o coś wieloletnią przyjaciółkę.

- W sumie tak – odpowiedział Szczupak zadziwiająco lekko.

Kostce wydało się to osobliwe i niestosowne. Za daleko właściwszy uznałaby na przykład atak zazdrości o narzeczoną lub przynajmniej wyraz niepokoju.

- I ty tak… nic na to?

- A co ja? – odpowiedział, wprawiając Kostkę w jeszcze większą konsternację.

- No przecież jesteście zaręczeni!

- No, jesteśmy. Ale chyba za bardzo się przejmujesz duperelami. Znasz Mzinkę i wiesz, jaka ona jest.

Szczupak uśmiechnął się szeroko i pobłażliwie, jakby nie rozumiał powagi sytuacji.

- Ty jesteś zupełnie inna – ciągnął dalej. – Stateczna, rozważna, inteligentna…

- Chcesz przez to powiedzieć, że zamierzasz ożenić się z niestabilnym emocjonalnie, postrzelonym debilem?!

- Nie, nie, no przecież niczego takiego nie powiedziałem. Ale wiesz… Gdybyś to ty była moją dziewczyną, to…

- To co? – weszła mu w słowo najeżona.

Nie znosiła takich gadek.

- No wiesz, Konstancjo, ty jesteś z zupełnie innej gliny ulepiona.

- Nie chcę tego słuchać. I nie chcę wiedzieć, co by było, gdybym była twoją dziewczyną. Przypominam, że jestem dziewczyną Pawła.

- Ależ oczywiście, oczywiście, Kosteczko. Nie denerwuj się. Ty jesteś przede wszystkim dziewczyną z klasą.

Czuła, że za chwilę eksploduje albo udusi Szczupaka. Od tanich komplementów, prawionych zupełnie nie na miejscu, mdliło ją.

- Julek, yyy… jest… późno. Chce mi się spać i… i rodzice się wkurzają, jak ktoś za długo siedzi… Czy nie mógłbyś sobie już pójść?

- Jasne, nie przeszkadzam już dłużej.

Odprowadziła go do drzwi. Wychodząc, pożegnał się z rodzicami Kostki i szarmancko pocałował ją w rękę, błyskając „rodowym” sygnetem.

- Radziwiłł, psia krew – mruknęła pod nosem, zamykając drzwi na zamek i dodatkowo zabezpieczający łańcuch. – Co się, u cholery, z tymi ludźmi dzieje? Najpierw tamta, teraz ten…

Nie potrafiła zrozumieć. Czuła, jakby wokół niej działo się coś, o czym nie miała zielonego pojęcia, a jednak istniało. I bardzo jej się to nie podobało. Zasnęła z poczuciem niezadowolenia.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, gdy w ostatnim dniu przed przerwą w zajęciach siedziała w holu budynku wydziałowego z Pawłem, ujrzała wkraczającą zamaszystym krokiem Mzinkę.

- Hej, hej! – pomachała im z daleka indeksem i podeszła do ławki, na której siedzieli.

Kostka wychwyciła jej spojrzenie, które przeznaczone było wyłącznie dla Pawła. Ten zerwał się z ławki i po swojemu wywrócił oczami, przykładając dłoń do serca.

- Ach, ach, kogóż to widzą moje piękne oczy? – zawołał z przesadnym, jak na gust Kostki, entuzjazmem.

- Idę do dziekanatu zapytać, które oceny mi przepiszą z ostatniego zaliczonego semestru. Mam nadzieję, że wszystkie. Niedługo sesja, a potem wracam na uczelnię. Zaczekajcie tu na mnie.

- Nigdzie się nie wybieramy.

Paweł odprowadził drobną postać wzrokiem. Konstancja milczała, nachmurzona. Jakimiż palantami muszą być faceci, skoro dają się złapać na tak głupi lep, jak idiotyczne, infantylne przewalanie gałami?

Po niespełna dziesięciu minutach Mzinka wyszła z dziekanatu z zadowoleniem malującym się na twarzy.

- Załatwione! Przepiszą wszystko. No, to możemy świętować. Ej, stara łupo – odwróciła się do Kostki – dzisiaj są twoje urodziny i koniecznie musimy je obejść!

- O, tak – podchwycił Icek. – Obchodzimy. Tu i teraz!

Kostka spojrzała na nich niechętnie i pytająco. Po raz pierwszy od dawna odeszła ją ochota na wspólne wygłupy.

- Stań tu, na środku – zakomenderował Paweł. – A my cię obejdziemy dwadzieścia jeden razy. Tyle, ile kończysz lat.

Rycząc gromko „Sto lat”, zaczęli zataczać dookoła obracającej się wokół własnej osi Konstancji nierówne kręgi. W drzwiach wejściowych pojawił się profesor Gnomiński. Przeciął hol równym, energicznym krokiem i obrzucił zaciekawionym spojrzeniem całą grupę.

- Dzień dobry państwu – rzucił, przechodząc obok i zatrzymał się nagle, patrząc badawczo.

- Dzień dobry, panie profesorze – wykrzyknęła radośnie Mzinka z odcieniem kokieterii.

Kostkę ogarnął jeszcze większy niesmak. Zachowanie przyjaciółki wydało jej się niesmaczne i żenujące.

- Chyba naprawdę zaczynam popadać w paranoję – pomyślała.

- Koleżanka ma dzisiaj urodziny – mizdrzyła się nadal idiotycznie Marzena – a my je właśnie obchodzimy, może pan profesor się przyłączy?

- Aa, w takim razie pozwolę sobie złożyć dostojnej jubilatce najlepsze życzenia.

Profesor Gnomiński postawił teczkę na ławce, podszedł do Kostki i szarmancko ucałował jej dłoń. Następnie zabrał teczkę i odszedł.

- Dawaj, Mzinko, dawaj! – powiedział Paweł. – Kostka, wracaj na pozycję. Zostały jeszcze cztery okrążenia. Sto lat, sto lat…

Wróciła niechętnie na środek, sama nie wiedząc, dlaczego raptownie straciła humor. Jeśli kiedykolwiek w życiu miałaby zanegować istnienie czegoś takiego jak przeczucie, to ta właśnie chwila musiałaby doszczętnie zniweczyć ów pogląd. Bowiem gdy jej wieloletnia stażem przyjaciółka i jej osobisty chłopak wykonali owe pozostałe cztery okrążenia i uczelniane obchody urodzin Kostki zostały oficjalnie zamknięte, Mzinka przewiesiła sobie przez ramię nieśmiertelną torbę myśliwską i oświadczyła, że musi iść do domu.

- Zaczekaj, odprowadzę cię! – Paweł zerwał się i pośpiesznie naciągał na siebie kurtkę.

- Zaraz, zaraz… – wyjąkała zaskoczona Kostka, czując, jak coś lodowatego i ohydnego podpełza jej do gardła. – Jak to ją odprowadzisz?! A… ja…?

- Przepraszam – powiedział Paweł, znów kładąc rękę na sercu i patrząc w kierunku Marzeny. – Wybacz, ale chyba się zakochałem.

I odszedł pośpiesznie, zapatrzony w nadskakującą mu Mzinkę.

„Ale dlaczego w urodziny?” – pomyślała boleśnie Kostka i pociągnęła nosem. – „I dlaczego znowu na święta? I dlaczego to właśnie ona mi to zrobiła?!”

Usiadła z powrotem na ławce i rozpłakała się żałośnie. Bolało o wiele bardziej niż rok temu w przeddzień sylwestra.