16 lipca 2022

27. Symbioza

„Przez mój świat przewinęły się osoby, które gdy się w ich życiu działo źle, zawsze mogły liczyć na moje wsparcie, dobre słowo, a gdy ich życie się układało i przestawałem być potrzebny, po prostu o mnie zapominały. Wyciągając swe serce na dłoni, nie liczy się na wdzięczność, bo ważne, by człowiekowi pomóc, ale boli, gdy ów człowiek po wszystkim traktuje cię jak przedmiot, który – gdy niepotrzebny – ląduje w koszu.”

(autor: Stanley Maruda) 

Powyższy cytat pochodzi z blogu Stanleya Marudy. Posłużył mi jako smutne motto do historii, która dotąd nie przestała kłuć mnie w serce.

Z Bożeną poznałyśmy się 45 lat temu, w 1977 roku, kiedy to budynek podstawówki, do której chodziłyśmy, przeznaczono na Liceum Sztuk Pięknych, a dzieci poprzenoszono – zgodnie z rejonizacją – do sąsiednich szkół. Byłyśmy wówczas w trzeciej klasie i szybko stałyśmy się nierozłączne, nie tylko do końca studiów. Byłyśmy jak siostry, między którymi były zaledwie 2 dni różnicy. Po studiach przyszły śluby i wesela, a potem pierwsze i kolejne życiowe zakręty. Trwałyśmy razem niezłomnie.

Żyjąc pod jednym dachem z przemocowym mężem-nieudacznikiem i nieznośnym mędrkiem oraz z wyjątkowo wrednym egzemplarzem równie przemocowej teściowej, Bożena zapadła na depresję, przyszły myśli i zamiary samobójcze. Bałam się potwornie, że pewnego dnia ktoś znajdzie ją z dwójką małych dzieci na przebiegających tuż obok domu torach kolejowych. Pilnowałam, podtrzymywałam, tłumaczyłam, że jak najszybciej powinna skorzystać z pomocy psychiatry. Pomogło.

Gdy poznała Markusa, podjęła decyzję o rozwodzie. Potrzebowała pomocy w ucieczce z wrogiego jej domu. Wtedy okazało się nagle, że wszystkie bliskie koleżanki rozpierzchły się z „Ja nie chcę się w to mieszać” na ustach. Markus nie przyjechał. Na pustym placu boju zostałam tylko ja. We dwie pakowałyśmy i wynosiłyśmy rzeczy, za każdym razem przechodząc obok siedzącej na ganku przy drzwiach wyjściowych teściowej. Babsko trzymało w ręce nóż i darło się na całą wieś, nie szczędząc wyzwisk także mnie. Z satysfakcją przywaliła drzwiami mojemu bratu, który przyszedł nam z pomocą i znosił na dół ciężkie pudła, ładując je do mojego samochodu. Nikt inny nie pomógł.

Zaczął się okres największej biedy, kiedy Bożena pracowała na zastępstwo, będąc w każdej chwili zagrożona utratą pracy. Mieszkanie wynajął jej Markus, ale to nie zaspokajało wszystkich potrzeb, zwłaszcza dzieci, na które tatuś się wypiął. Podzieliłam się z nią, czym mogłam. Nie zabrała ze wsi naczyń, więc podarowałam jej cały swój serwis. Wciąż byłyśmy przyjaciółkami na śmierć i życie.

Gdy wyszła za Markusa, założyli własny biznes, który po pewnym czasie z różnych względów zaczął podupadać. W międzyczasie dotknęła ją wielka strata – zmarł jej ukochany ojciec. Po kilku latach użerania się z życiem w Polsce Markusowi – obywatelowi niemieckiemu – udało się namówić małżonkę na przeprowadzkę do Niemiec.

Pożegnanie było rozpaczliwe, łzom nie było końca. Mająca nastąpić rozłąka zapowiadała się jako coś w rodzaju końca świata. Zaraz po urządzeniu się miała zaprosić mnie do siebie, bo przecież nie wytrzyma…

Mieszka za granicą już 9 lat. Na początku zadzwoniła do mnie z polskiego telefonu może ze trzy razy, składając mi życzenia urodzinowe i opowiadając szeroko o tym, jak jej się teraz świetnie powodzi. Do dziś nie znam jej adresu ani niemieckiego numeru telefonu. Jeszcze jedną rozmowę odbyłyśmy, gdy przyjechała do Polski na wesele naszej wspólnej koleżanki (a więc musiała utrzymywać z nią kontakt). Rozpoczęła ją od słów: „Cześć, jestem w Rzeszowie. Dzwonię do ciebie, bo mam interes”. A mnie wtedy walił się świat, bo u mojego taty zdiagnozowano raka.

I to by było na tyle. Sięgając myślą wstecz, dochodzę do smutnych wniosków. Nazywałyśmy się przyjaciółkami, a tak naprawdę była to symbioza, z której tylko jedna ze stron czerpała korzyści. Byłam na każde zawołanie. Wysłuchałam, pocieszyłam, towarzyszyłam, wspierałam – także materialnie. Byłam nawet wtedy, gdy inni tchórzliwie się pochowali. Czy jednak otrzymałam to samo? Rozwodziłam się sama, potem opłakiwałam stratę ukochanego człowieka, nie usłyszawszy jednego słowa pocieszenia. Ile razy jestem na cmentarzu, odwiedzam grób jej ojca, bo przecież znałam człowieka dobrze, byłyśmy w końcu jak rodzina. Bożena ani razu nie zapytała o mojego tatę. Być może do dzisiaj nie wie, że już go nie ma.

A ja przez 40 lat myślałam, że mam przyjaciółkę.

Zastanawiająca jest jedna z jej ostatnich wypowiedzi skierowanych do mnie: „Źle ci? Nikt ci nie broni też znaleźć sobie sponsora”. Zrobiło mi się cholernie przykro, bo jednak nie każdemu wszystko układa się kolorowo. Markus pewnie też został wykorzystany („sponsor”) jako odskocznia do lepszego życia. Zrozumiałam, jak wielką jest egoistką i poczułam się straszliwie oszukana. Oszukały mnie moja własna naiwność i szczerość intencji. Jestem głupia, nieżyciowa, łatwowierna i ślepa.

10 lipca 2022

26. Estalagem do Mar

Na żyznej, wulkanicznej glebie Madery, pośród wspaniałych lasów wawrzynowych na północy wyspy, pomiędzy zboczami potężnego, zielonego wąwozu, rozpościera się malownicze miasteczko.


Swoją nazwę – São Vicente – zawdzięcza imieniu świętego Wincentego, bowiem w tym miejscu, jak głosi legenda, nad brzegiem oceanu ukazał się ów święty z Saragossy.

Nad brzegiem oceanu, w naturalnej skałce, umieszczono kapliczkę poświęconą świętemu Wincentemu.

São Vicente jest z jednej strony rozległe, a z drugiej malutkie i na tym polega jego urok. Na Wyspie Wiecznej Wiosny, bogatej w zieleń i różnobarwne kwiaty, wylądowaliśmy z „atrakcjami”, zrobiwszy najpierw jedno czy dwa podejścia.

Pod nami chmury i Atlantyk

Funchal i ostatnie chwile przed lądowaniem
Samolot usiadł na koniec z bardzo niemiłym gruchnięciem o pas i to lądowanie można zaliczyć do bardzo udanych jak na to lotnisko. Mimo posiadanych specjalnych uprawnień do lądowania na Maderze piloci za każdym razem muszą mierzyć się z nieustannymi zagrożeniami, jakimi są wiatr od Atlantyku i krótki pas na palach wbitych w jego dno, ciągnący się tuż przy skałach, o które dawniej roztrzaskała się niejedna maszyna. Przy rąbnięciu o pas co najmniej połowa pasażerów wrzasnęła ze strachu, druga zaś (w tym ja) nie zrobiła tego tylko przez zaskoczenie. Leciałam bowiem zupełnie nieświadoma zagrożenia. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to jedno z najbardziej niebezpiecznych lądowisk świata. No to się dowiedziałam.

Ponieważ przylecieliśmy do Funchal, stolicy małej wysepki, do São Vicente pozostał nam jeszcze kawałek drogi autobusem na północ. Kolejne „lądowanie” odbyło się już miękko, w hotelu Estalagem do Mar. Położenie naszej kwatery wprawiało z jednej strony w zdumienie, z drugiej – w zachwyt. Kameralny hotel wciśnięty został między ocean a górę niedaleko miejsca rzekomego objawienia. Nawet ulica prowadząca do hotelu już ledwo się zmieściła.

Ulica dojazdowa do hotelu

Hotel widziany od strony oceanu

Widok z naszego pokoju - za basenem leżaki, murek i cudowny Atlantyk
Pokój w Estalagem do Mar okazał się całkowitym strzałem w dziesiątkę. Na parterze, vis a vis oceanu, z wyjściem prosto do basenu. Czego jeszcze może chcieć od życia człowiek tak wodolubny jak omułek denny?! Nic tylko żyć, nie umierać, moczyć zezwłok do wypęku i zobaczyć śliczny kawałeczek świata. To się nazywa pełnia szczęścia.

Drzwi zaznaczone żółtą strzałką to nasze :-)






03 lipca 2022

25. Rozdział I. 1989 - 6

 Rozdział I. 1986

6.

 

Wracali tą samą „kowbojką”, którą przyjechali. Zwarzone humory sprawiły, że nikomu nie chciało się odzywać. Pociąg był praktycznie pusty, rozpierzchli się więc w różne strony. Urszula z Mateuszem i Mańka z Jasiem zajęli osobny przedział, Kostka zaś z Mzinką i Szczupakiem podążyli w przeciwnym kierunku niż tamta czwórka. Rozłam w szeregach był bardzo wyraźny i wydawał się nieodwracalny. Faktycznie, tamtej nocy coś popękało na zawsze, pierwsze szczeliny zaczęły drążyć mur przyjaźni.

W czasie wesela bawili się zgodnie, dopóki pierwsza nie straciła humoru Kostka. Jako że była sama, często pojawiali się przy niej mężczyźni. Nie odmawiała nikomu, kto poprosił ją do tańca, bo bardzo lubiła się bawić. Szczególnie upodobał ją sobie Andrzej, przyjaciel i świadek Adama, który przyjechał wraz z nim. On też był sam. Rozochocone towarzystwo wobec oczywistego podrywu ze strony Andrzeja zaczęło naprzykrzać się Kostce.

- Podoba ci się?

- Sam pcha ci się w łapy, to nie bądź głupia i wykorzystaj to.

Dopóki nie stali się natarczywi, śmiała się jeszcze.

- Nie, nie podoba mi się.

- Nie ma jasnych włosów i niebieskich oczu!

- Za dużo pije.

- Jest bufonem – odpowiadała cierpliwie.

Potem jej się znudziło. Niewczesne zaloty coraz bardziej podpitego Andrzeja zaczęły ją denerwować, podobnie jak wciąż porywający ją do tańca podchmieleni wsiowi wujkowie, sąsiedzi i nie wiadomo, kto jeszcze. Żarty powtarzane bez umiaru przestały bawić, a w końcu rozdrażniły. Nie najlepiej bawili się też Urszula i Mateusz. Ta pierwsza radziła sobie jeszcze całkiem nieźle, ale jej chłopak już niekoniecznie. Coraz częściej zostawał przy stole sam, wyraźnie niezadowolony. Humor odbierały mu najwyraźniej jakieś tajemnicze pogawędki z Urszulą.

W chwili, gdy zła jak osa Kostka, opędziwszy się od kandydatów do tańca, bez ochoty do dalszej zabawy usiadła na swoim miejscu, zastała Mateusza sączącego w zadumie drinka, którego sam sobie przyrządził. Ani jego kwaśna mina, ani zły humor Kostki nie zachęcały do dialogu. Wściekła, naburmuszona, bez słowa nalała sobie kieliszek czystej wódki i chlapnęła go na jeden raz, bez popitki. Mateusz spojrzał na nią z zainteresowaniem.

- Masz rację – odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć.

- Niby w czym?

- W tym – wskazał na pusty kieliszek. – Napijesz się ze mną?

Było w tym coś nieprawdopodobnego. Mateusz był zawsze tak bardzo powściągliwy w piciu. Miał wykonywać bardzo odpowiedzialny zawód, nie przejawiał zresztą przesadnego pociągu do alkoholu.

- Czemu nie? – uśmiechnęła się.

Miała do niego słabość.

- Może zrób coś przyjaznego do picia? Wódkę z colą.

- Proszę – podsunął jej szklankę.

- Mateusz…

- No?

- Co się dzieje?

- A dzieje się coś?

- Nie wygłupiaj się.

- Czyli zauważyłaś…

- Trudno nie zauważyć. Chyba nie jesteś zazdrosny o to, że Ulka tańczy z kimś innym? Przecież to wesele.

- Nie, coś ty. To nie o to chodzi. Byłoby zbyt prosto, a ja byłbym większym idiotą niż jestem…

- Ty? Idiotą?

Nie odpowiedział.

- Mateusz… Jeśli nie chcesz, to nie mów.

- Tobie mogę, przecież wiem.

- Wiem, że możesz, ale też nie musisz.

- A… co mi tam. Wiesz… Ulka jest straszną materialistką.

- Ale przecież chyba niczego jej nie brakuje? Jej rodzice mają mnóstwo forsy. Ty będziesz miał doskonały zawód… Czego jeszcze chcieć?

- No właśnie. Wydawałoby się, że niczego. Ale jej się marzy wyjazd do USA.

- Do USA? A cóż to za pomysł? Po co?

- Nie wiem. Ale tam… Tam jest jakiś Romek. Nie znam gościa, wyjechał jakiś czas temu i już się tam urządza. Właściwie jest już urządzony.

- Czekaj, czekaj… Słyszałam coś kiedyś o jakimś Romku… Wiem. Śmiały się z Mańką i z Zośką, że kurdupel. Widziałam go na zdjęciu, taki krępy, jakby kwadratowy, czarny, z kręconymi włosami i faktycznie krótki. Niewywrotny. Ale więcej… Nie, nie przypomnę sobie. Ja też go nie znam, nie wiem, co to za facet, coś mi się tylko obiło o uszy.

- Przez cały czas utrzymują ze sobą kontakt, często do niej dzwoni. Żebyś ty słyszała, jak szczebioczą…

- A ty słyszałeś?

- Niestety.

- Aż tak źle?

- Myślę, że tak.

- Nie wierzę.

- A ja myślę… – urwał znienacka i zatopił wzrok w szklance.

Przyglądał jej się uważnie, jakby znalazł w niej coś nadzwyczaj interesującego.

- Co?

- Nic – mruknął.

- Mateusz…

Podniósł głowę i popatrzył Kostce prosto w oczy.

- Zresztą, tobie mogę powiedzieć. I tak nie mam już wiele do stracenia. Myślę… – ponownie urwał.

- Podejrzewasz, że przyprawia ci rogi… – domyśliła się Kostka. – Ale to bzdura!

- Nie – wydało jej się, że błękit oczu Mateusza zszarzał i stracił blask. – Nie podejrzewam. Jestem tego po prostu pewien.

- Nie opowiadaj głupot! – Kostka prawie krzyknęła.

W zgiełku weseliska i tak nikt by jej nie usłyszał.

- Niby jak? Korespondencyjnie?

- Ech, Kosteczko – spojrzenie Mateusza zmiękło.

Utkwił w niej przejrzyste, błękitne oczy.

- Dobra z ciebie dziewczyna, ale naiwna… Przecież on wyjechał nie tak dawno.

- No i co?

- A to, że spotykali się wcześniej… – skrzywił się boleśnie. – Nie dam głowy, czy on tam tego gniazdka na dwie osoby nie wije…

- Ależ Mateusz!

- Tak, Kosteczko, tak. Ja tu jestem… tylko do dekoracji.

- To niemożliwe… – szepnęła, bardziej do siebie niż do Mateusza.

- Możliwe – uśmiechnął się smutno. – Powiem więcej, ona jest skłonna zostawić nie tylko mnie dla tego fagasa, ale także jego dla kogoś, kto zaproponuje lepsze warunki…

- Co ty mówisz? Mateusz, ja w to nie wierzę, ba, ty sam w to nie wierzysz, nie wierzysz nawet w to, co mówisz!

- Chciałbym, ale fakty mówią same za siebie.

Kostka zamilkła. Myślała o Urszuli. To prawda, czasem wydawała jej się chłodna, wyniosła, ale przecież tylko czasem. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby być aż do tego stopnia wyrachowana.

- Kosteczko?

- Jestem, jestem.

- Zatańczymy? Potrzebuję się przytulić do kogoś życzliwego.

Kostce ścisnęło się serce. Rozumiała Mateusza, sama zdążyła już poznać bezradność tej chwili, gdy grunt zaczyna usuwać się spod nóg. Ale nie współczucie było powodem bolesnego ukłucia. Posmutniała gwałtownie, gdy zadeklarował chęć przytulenia się do niej. Mateusz był ucieleśnieniem jej ideału mężczyzny. Męski, ale o delikatnej, chłopięcej urodzie, jasnowłosy i niebieskooki, kulturalny, wrażliwy, inteligentny, studiujący kierunek, który podziwiała… Jego zalety mogłaby wymieniać jednym tchem bez końca. Boże, jak on jej się podobał! Miał tylko jedną wadę: kochał Urszulę. Gorycz tej myśli uderzyła dziewczynę. Czyżby aż tak go jej zazdrościła? A może to nie zazdrość, może tylko żal, że skarb, który ona by szanowała, jest dla niej nieosiągalny, podczas gdy ktoś inny, kto mógł z niego czerpać do woli, lekceważył go?

- Chodź – Mateusz podał jej rękę.

Posłusznie wstała i wyszli na parkiet.

- No to się przytulaj – powiedziała, starając się nadać słowom żartobliwy ton.

Natychmiast skwapliwie wykorzystał zachętę. Chciałaby móc wtedy wyobrazić sobie, że przytula się naprawdę do niej, że nie myśli o Urszuli, ale na to nie mogła sobie pozwolić. Zbyt łatwo przyjemne myśli mogły przekształcić się w marzenie niemożliwe do zrealizowania. Dokładnie wiedziała, co zaprząta jego uwagę.

Dyskretnie rozejrzała się po sali i wychwyciła znaczące spojrzenia, półuśmieszki swojej paczki. Tylko wzrok Mzinki i Szczupaka wydał jej się szczery i życzliwy. W oczach Urszuli, Mańki i Jasia czaiła się jakby ironia, może nawet ledwo uchwytny fałsz. Zofia, pochłonięta własnym weselem, niczego nie zauważyła. Kostka po raz kolejny tej nocy doznała uczucia przykrości. Posmutniała jeszcze bardziej.

Zmęczeni, wracali do domu między trzecią a czwartą nad ranem. Jeszcze usiłowali żartować, ale senność, spotęgowana wypitym alkoholem, brała górę nad chęciami. Ledwo zdołali się przebrać i wejść na górę. Idąc z domu ludowego, nie odczuwali przenikliwego zimna, ale w pustym, betonowym pomieszczeniu dosłownie czuło się, jak lodowaty wiatr wciska się do wewnątrz wszystkimi szparami nieszczelnych futryn. Przymusowa ciasnota w pierwszej chwili wydała im się przydatna ze względu na temperaturę, co dodało im otuchy. Musieli zmieścić się w siedem osób na pięciu wąskich materacach i pod czterema kocami. Gdy jednak już leżeli, potwornie stłoczeni, każdy na boku z braku miejsca, optymizm sklęsł. Okazało się, że każdy ruch dowolnej osoby powoduje rozszczelnienie i tak już mizernego okrycia.

W najgorszej sytuacji znalazł się Szczupak, niemal przytulony do drzwi balkonowych. Każde poruszenie leżącej obok niego Mzinki powodowało, że naciągnięty do granic możliwości koc odsłaniał tę połowę jego ciała, która była najbardziej wystawiona na zimno. Kostka znalazła się między Mzinką a Jasiem, a z drugiego krańca, tuż przy drzwiach wejściowych, leżał Mateusz. Paradoksalnie, niedomykające się drzwi stały się jego błogosławieństwem, którego pozostała szóstka mu zazdrościła. Z dołu napływała namiastka ciepła.

Jakakolwiek próba odwrócenia się na drugi bok jednej osoby skutkowała koniecznością zrobienia tego na komendę, w jednym momencie przez wszystkich. Ciasnota, zimno i niewygoda sprawiały, że przysypiali i budzili się co chwilę, wiercąc się, przeszkadzając innym i odkrywając ich, pozbawiając resztek nikłego ciepła. Coraz częściej padały niewybredne uwagi pod adresem „współspaczy” i mieszały się z przekleństwami, pochrapywaniem oraz krótkimi warknięciami.

W tych warunkach nie było mowy o choćby krótkim, ale pokrzepiającym wypoczynku. Przerywany półsen, zdrętwiałe i obolałe ciało, zimno przenikające do szpiku kości czyniły ostatnie godziny nieznośną męczarnią. Przed ósmą nikt z nich już nie leżał. Smętne towarzystwo porozłaziło się nie wiadomo, gdzie. Urszula z Mateuszem gdzieś zniknęli, Mańka i Jaś kręcili się po ciasnym pomieszczeniu, przekładając coś w swoich bagażach. Kostka z Mzinką zeszły do łazienki, żeby się umyć. Szczupak konferował o czymś na parterze ze zdenerwowaną Zofią. W chwili, gdy Kostka wychodziła z łazienki, po schodach zbiegł Jaś. Nie odezwał się do niej ani jednym słowem. Zaczekała na Marzenę i wróciły razem na górę, gdzie zastały Mańkę siedzącą na materacach i zawiniętą w dwa koce. Zanim zdążyły coś powiedzieć, za ich plecami stanął Szczupak.

- Zośka ma problem – powiedział. – Dzisiaj jest niedziela, trzeba iść do kościoła.

- I to jest ten problem?

- Nie. Msza będzie o dziesiątej, a Adam zniknął.

- Jak to zniknął? Co to znaczy zniknął?

- Normalnie. Nigdzie go nie ma.

- Uciekł? To nie mógł przed ślubem?

- Nie wygłupiajcie się. Nie uciekł, ale cholera wie, gdzie się podział.

- Pewnie jeszcze śpi.

- Nie, nie ma go w łóżku.

- A był w ogóle?

- Był, spał z Zośką.

- No to wszystko jasne, noc poślubna go wykończyła!

- Ciekawe, gdzie ukryła zwłoki.

- Przestańcie się wygłupiać. Wstał, bardzo wcześnie wylazł z tego łóżka i gdzieś wyszedł.

- Iii… Wyszedł, to i wróci – rzuciła beztrosko Mzinka i przeciągnęła się. – Uuu… Zjadłabym coś.

- Ja też – powiedzieli w jednej chwili Kostka i Szczupak.

- O, jedzonko przyszło na zamówienie! – ucieszyła się Mzinka.

W drzwiach stanął właśnie Jaś z półmiskiem wędlin w jednej ręce i koszyczkiem chleba w drugiej. Nie odezwał się ani słowem. Postawił półmisek na materacu tuż przy swojej dziewczynie i wślizgnął się pod koc. Zaczęli jeść. Kostka nachyliła się i wyciągnęła rękę w kierunku koszyczka z chlebem.

- Czego tu? Spierdalaj, nie tobie przyniosłem.

Dziewczyna oniemiała. Mańka nie odezwała się ani słowem. Pochłonięta jedzeniem, nie podniosła nawet głowy. Mzinka ze Szczupakiem popatrzyli po sobie, zaskoczeni i wyszli. Kostce zachciało się płakać. Głupi incydent przelał czarę goryczy. Powoli odwróciła się bez słowa i zeszła po schodach do kuchni, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. Odniosła wrażenie, że głód ją nagle opuścił. Najchętniej wróciłaby już do domu. Miała dość tych wiejskich wesel, spartańskich warunków i tej wrogości, która nagle pojawiła się między dobrymi przyjaciółmi. A może to nie były prawdziwe przyjaźnie, jeśli potrafiło poróżnić ich trochę niewygód? Co się z tymi wszystkimi ludźmi stało? Mętlik w głowie nie pozwolił jej sformułować jednoznacznej odpowiedzi. Mimo wszystko wierzyła, że po powrocie do miasta stosunki między nimi wrócą do normy.

W kuchni zastała Szczupaka komponującego zestaw wędlin i ciastek.

- Dla mnie też weźmiesz, czy mam sobie skołować sama? – zapytała nieufnie.

- Proszę cię, co ty odstawiasz? Wezmę, oczywiście. Nie szukaj następnego talerza, wszystko się zmieści.

- Dzięki – pociągnęła nosem. – Przepraszam za to pytanie, ale już niczego nie jestem pewna. Cholera… do tego wszystkiego mam już katar.

- Nawet nie mów… Będzie cud, jeśli zapalenia płuc nie dostanę.

- Daj spokój, ty to rzeczywiście podżyłeś… Współczuję. A gdzie Marzena?

Bez słowa wskazał ruchem głowy na przylegający bezpośrednio do kuchni pokój.

- Szczupak, zrobisz dla mnie też herbatę?

- Zrobię, pewnie, że tak. Tylko będziesz musiała ją sama wziąć na górę, bo rąk mam za mało, wszystkiego nie dam rady zanieść.

- Jasne, spokojnie. Weź żarcie i jedną herbatę, a dwie mi zostaw, to doniosę. Zaraz będę – powiedziała i weszła do pokoju.

Za stołem siedziała Zofia z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Ulokowana obok Mzinka usiłowała ja uspokoić.

- Zośka, nie przejmuj się tak duperelami. Przecież to nieistotne, co ludzie powiedzą. Daj spokój, dziewczyno…

Nie odpowiadała. Przez palce przeciekały jej cieniutkie strużki łez.

- Co się stało? Dlaczego ona płacze?

- Adam.

- Co Adam?

- Wymknął się z Andrzejem bladym świtem i znowu pili. Do spodu.

- Gdzie?!

- Zośka znalazła ich w garażu.

- No to trudno, to jeszcze nie tragedia. W końcu raz się jest na własnym weselu. Zosieńko, nie martw się, Pszczółko, przecież wytrzeźwieje.

Zofia w odpowiedzi zaszlochała rozpaczliwie.

- Chodzi o to – wyjaśniła Mzinka – że o dziesiątej jest msza za nowożeńców.

- Już to słyszałam. No i?...

- No i Adam jest nabombiony jak odrzutowiec.

- To też już wiem. I co z tego? – Kostka wzruszyła ramionami. – Nie on jeden, nie pierwszy, nie ostatni. Niech nie idzie, tylko się położy i prześpi.

- Wykluczone. Właśnie chodzi o to, że Zośka nie może się pokazać bez świeżo poślubionego małżonka. A małżonek spity jak wór, ledwo się na nogach trzyma i jak on w tym stanie do komunii pójdzie, i tak dalej w ten deseń.

- To niech nie idzie do komunii!

- Nie może.

- Bo niby co? – Kostka zaczęła tracić cierpliwość.

Całe to zamieszanie, w jej opinii o nic i przejmowanie się bzdurami zaczynało ją drażnić.

- Bo ludzie patrzą i co powiedzą – Mzinka wymownym wzrokiem wskazała na płaczącą Zośkę.

Poirytowana Kostka umilkła i, wzruszywszy ramionami, opuściła pomieszczenie. Przechodząc przez kuchnię, zabrała dwa kubki z herbatą pozostawione przez Szczupaka i poszła na górę.

- Śniadanie poszło! – krzyknęła przez ramię.

W drzwiach minęła się z wracającymi skądś Urszulą i Mateuszem. Koleżanka spojrzała na nią z wyraźną złością. Mateusz ze starannie wystudiowaną obojętnością prześlizgnął się po niej wzrokiem jak po przeźroczystej tafli szkła.

- Co znowu? – pomyślała z niechęcią.

Ta koszmarna noc, te fochy, ta wyjąca Zośka z jej dziwacznym środowiskiem, to wszystko zniechęciło ją ostatecznie. Czyżby teraz Ulka była zazdrosna o tamten taniec z przytulającym się Mateuszem? Zaczęła w duchu odliczać czas do odjazdu.

Tak jak przewidywała, strach przed miejscową opinią publiczną wziął górę nad zdrowym rozsądkiem. Tak Zofia, jak i jej najbliżsi uparli się za wszelką cenę postawić Adama na nogi i zaprowadzić do kościoła. Wszyscy musieli zobaczyć, jak świeżo upieczona mężatka dumnie zasiada z małżonkiem w pierwszej ławce. Niewyspane, zobojętniałe i odęte towarzystwo rozpierzchło się po niewielkiej świątyni. Kostka wdrapała się na chór i tam wtuliła się w kąt. Od czasu do czasu spoglądała z góry na zasiadających w pierwszych ławkach Zofię, Adama i ich rodziny. Z niechęcią patrzyła na udawaną sielankę i czerwoną twarz żonkosia. Nigdy nie interesowało jej, co powiedzą inni ludzie, zwłaszcza obcy, od których gadania nic nie zależało. Została wychowana w skrajnie innym środowisku niż jej koleżanka i to własne, pozbawione przesądów i hipokryzji, zdecydowanie najbardziej jej odpowiadało. „Okazanie”, jak nazwała w myślach uczestnictwo pijanego Adama we mszy, zostało zwieńczone jakim takim sukcesem i można było pakować manatki.

Zdziwiona Zofia nagabywała ich, aby zostali na jeszcze jedną noc – po obiedzie miały się odbyć poprawiny, nikt jednak nie kwapił się do pozostania. Koniec końców nie zdecydowali się nawet na doczekanie do obiadu. O trzynastej pięć odjeżdżała z Dąbrówek ich „kowbojka”. Tym razem drogę już znali, więc pomoc młodszego brata Zofii była im zbędna. Pożegnali się dość szybko i rozsypaną, bezładną grupą szli pomału w stronę przystanku kolejowego. Na zwykłym, rozwalającym się chodniku z powykrzywianych, starych płyt, spomiędzy których wystawały kępki wyrudziałej, zeszłorocznej trawy, nie było żywego ducha.

Poczekali kilkanaście minut, w czasie których nikomu nie chciało się odzywać. Urszula wyraźnie się o coś boczyła, z osowiałego Mateusza jakby zeszło powietrze. Z rzadka mówił coś do swojej dziewczyny przyciszonym głosem. Mańka i Jasiek byli wyraźnie w złych humorach, Kostka czuła się maksymalnie zdegustowana, a na twarzy Szczupaka malowało się zmęczenie. Tylko malutka Mzinka zdawała się nie tracić wigoru.

Wysłużony skład wtoczył się na prowizoryczny peron powoli i jakby z trudem. Kiedy przed trzema dniami wysiadali w tym samym miejscu, zeskakiwali z wysokich stopni. W odwrotną stronę było zdecydowanie trudniej. Najłatwiej było najwyższym. Wrzucali bagaże do środka przez otwarte drzwi wagonu, a gdy udało się postawić nogę na pierwszym stopniu, odbijali się od podłoża i podciągali na rękach. Mężczyźni – z jednej strony naburmuszony Jasiek, z drugiej Szczupak – pomagali wsiąść dziewczętom. Wysoka Mańka nie miała z tym najmniejszego problemu, Urszuli wystarczyła drobna pomoc. Stojąca przed Kostką malutka Mzinka bezradnie patrzyła na stopień wznoszący się przed nią na wysokości jej klatki piersiowej. Kilkukrotne próby zadarcia nogi i postawienia jej na schodku spełzły na niczym. W chwili, gdy Szczupak postanowił ją po prostu podnieść, wykonała potężny zamach prawą nogą i dosięgła celu. Odbiła się mocno od chodnika i spróbowała wwindować się na górę, jednak brakło jej sił w rękach, zachwiała się i poleciała do tyłu, potrącając asekurujących ją Szczupaka i Jaśka.

- Kurwa, Marzena! – wrzasnął ten ostatni.

W jego głosie zabrzmiała agresja.

- Kurwa to ty sobie mów do swojej dziewczyny, nie do mojej – warknął Szczupak.

- Masz coś do Mańki?

- A ty do Marzeny?

- Spokojnie – Mateusz stanął dla pewności między nimi.

- Nie, nie będę spokojny – po Szczupaku widać było zdenerwowanie. – To było chamstwo.

- Odpierdol się – rzucił Jaś i lekko wskoczył do wagonu.

Kostka, zagryzając wargi, obserwowała całe zajście w milczeniu. Mateusz i Szczupak wsiedli do pociągu jeden po drugim, zapominając o niej. Ledwo sobie poradziła. W środku zauważyła, jak Mzinka ukradkiem otarła zdradziecką łzę.


28 czerwca 2022

24. Kiełbie we łbie

Wracamy do frapujących zagadnień etymologicznych 😃

1. Szwedzki stół – A dlaczego nie niemiecki lub francuski?

Powstanie tego wyrażenia związane jest z wydarzeniem historycznym. W czasie „potopu” szwedzkiego król szwedzki Karol X Gustaw zapragnął zdobyć Zamość. Wprosił się do Jana Sobiepana Zamoyskiego na ucztę, podczas której chciał skłonić go do poddania miasta. Zamoyski owszem, urządził wystawną ucztę, ale poza murami miasta i dla upokorzenia Karola Gustawa do stołów nie dostawiono krzeseł. Kto chciał jeść, musiał to robić na stojąco.

2. Niech cię licho porwie! – Tak właściwie to co to jest to licho?

Licho to demon ze słowiańskich wierzeń. Ukazywał się pod postacią chudej staruchy z jednym okiem. Licho podpalało domy, zsyłało zarazy (no i mamy winnego covida!), podpiłowywało szczeble w drabinach. W żaden sposób nie dało się go pozbyć i trzeba je było znosić, dopóki się nie znudziło i samo się nie odczepiło. No i… licho nie śpi.

3. Pleść androny – A to co znowu?

Androny nie mają nic wspólnego z wyrazami rozpoczynającymi się przedrostkiem „andro-” (np. andropauza, android). W języku polskim pojawiło się już w okresie staropolskim, a przeniknęło do naszego prawdopodobnie z włoskiego „androne”, oznaczającego kręte uliczki, zaułki, plątaninę korytarzy.

4. Wziąć kogoś na barana – No właśnie, a dlaczego nie na krowę albo konia?

Otóż jeżeli któryś z baranów w stadzie nie mógł z jakiegoś powodu iść o własnych siłach, pasterz niósł go, jednak nie na rękach, a na plecach. Sadzał go brzuchem w dół, przednie łapki trzymał jedną ręką, a tylne drugą.

5. Niech to dunder świśnie! – Co to za „dunder”?

Słowo „dunder” pierwotnie brzmiało „donder” i wzięło swoje pochodzenie od niemieckiego „Donner” (piorun, grzmot). Dawniej używano go jako przekleństwa. Mówiło się też „donderować”, czyli krzyczeć na kogoś, gromić go, ochrzaniać.

6. Mieć duszę na ramieniu – A dlaczego nie tak jak Niemcy – na języku?

Wbrew pozorom nie jest to naśladownictwo, a oba powiedzenia powstały niezależnie od siebie. pochodzą od wierzenia, że dusza, opuszczając ciało, zanim odleci, zatrzymuje się jeszcze chwilę, aby ostatnim spojrzeniem pożegnać umierającego.

7. Esy floresy – No właśnie, to już całkiem nie ma sensu!

A jednak ma. „Es” to nazwa litery „s” i kształt, który ją przypomina. „Floresy” natomiast to z łaciny kwiaty. „Flores” to w łacinie liczba mnoga, natomiast „floresy” doczekały się jeszcze polskiej końcówki „-y”.

8. Goły jak święty turecki – Czy święci muzułmańscy są nadzy?

Niezupełnie, a w każdym razie nie wszyscy. W XVII wieku za „tureckie” uważano całe terytorium Imperium Osmańskiego. Święty turecki to ascetyczny mnich muzułmański, lecz… czy każdy musiał być goły? Otóż niekoniecznie. Jednak staropolski podróżnik, pisarz i arystokrata, Mikołaj Krzysztof Radziwiłł „Sierotka” przedstawił w swojej relacji z podróży do Damaszku ludzi, którzy byli uważani za świętych już tutaj, na ziemi. Bez względu na porę roku chodzili oni nago i golili głowy oraz brody. Autor, spotkawszy takiego osobnika po raz pierwszy, pomyślał, że to człowiek obłąkany. Uświadomiono mu jednak, że to święty prowadzący anielski żywot.

9. Gonić w piętkę – Biec na piętach?

Nie, nie. Wyrażenie to przeniknęło do codziennej polszczyzny z XIX-wiecznego języka łowieckiego. Mianowicie mówiono o psach, że gonią zające w piętkę, czyli z odwrotnej strony niż prowadził trop. Odwracają się wówczas do tyłu, w stronę pięty.

10. Łut szczęścia – Łut, czyli co?

Łut to dawna jednostka masy wynosząca 12-13 gramów, a więc odrobinkę, bardzo niewiele.

11. Mieć kiełbie we łbie – Ryby w głowie?

Tak. W dawnych czasach rozpowszechniony był pogląd, że głupi ludzie mają w głowie wodę. Ba! – mają jej tyle, że swobodnie mogą pływać w niej ryby.


25 czerwca 2022

23. 25 czerwca

25 czerwca to data, która przewija się przez moje życie naznaczona szczególnymi emocjami, niosąc wyjątkowe wydarzenia. Odbijają się one głośnym echem – tak głośnym, że do dziś pamiętam słowa, zapachy, poruszenia, afekty…

Mój pierwszy znaczący 25 czerwca przypadł na rok 1992. Wtedy to obroniłam na ocenę bardzo dobrą pracę magisterską na temat „Metaforyzacja języka publicystyki”. Egzamin trwał 7 minut (pod drzwiami liczyłyśmy czas każdej wchodzącej) i z trzech otrzymanych pytań dziś, po 30 latach, pamiętam jedno: „Która wersja powiedzenia jest poprawna – zasypywać gruszki w popiele czy zasypiać gruszki w popiele i dlaczego?” Dziś uśmiecham się do tego wspomnienia. Mój profesor był wielką osobistością, wybitnym erudytą (który m.in. wpłynął na młodego studenta Jana Miodka), a do tego takim oryginałem, że można było go tylko kochać albo nienawidzić. Ja należałam do tej pierwszej, zdecydowanie mniej licznej grupy. Od lat systematycznie odwiedzam jego grób. Wspomnienia z nim związane mam wspaniałe.

Nieodżałowanej pamięci Profesor Stefan Reczek, językoznawca, badacz polszczyzny historycznej, dialektolog, onomasta, człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, wielki erudyta. Mój kochany wykładowca, egzaminator i promotor.
Drugi szczególny 25 czerwca to w moim życiu absolutna, totalna katastrofa. W 2006 roku świat runął mi na głowę, a raczej pewien mocarny heros zwalił na mnie sklepienie niebieskie i kilka wagonów kamieni. Ów bohater wykazał się przy tym bezprzykładnym męstwem: rozpirzył w drzazgi mój kosmos za pomocą jednego SMSa. W tamtą noc o mało nie zginęłam pod kołami rozpędzonego samochodu. Dzielny rycerz przydeptał dzieło zniszczenia obcasem, wsiadł na konia i po prostu odjechał w siną dal.

Nawet niebiosa rozpłakały się nade mną
Kolejny ważniejszy spośród mniej ważnych 25 czerwca przypada dzisiaj. W 2022 roku. Być może czytacie teraz ten post, podczas gdy ja, oddalona od miejsca zamieszkania o 300 kilometrów, odbieram kolejną ważną nagrodę zdobytą w jednym z ogólnopolskich konkursów poetyckich. Stoję na podium, macham do Was dyplomem, pozuję do zdjęć i rozdaję autografy (oraz numer konta). Przez chwilę jestem gwiazdą, co znakomicie urozmaica szare zazwyczaj życie. No, cholera, co tu dużo mówić – lubię to! Pisać, brać udział, wygrywać, przebywać przez chwilę w świecie kultury. Z przyjemnością kolekcjonuję dyplomy. Mam świadomość, że coś potrafię i że coś w życiu osiągnęłam.

25 czerwca zawsze napływają wspomnienia. Nie napiszę, które pchają się zawsze pierwsze.

18 czerwca 2022

22. No to siup!

Rację miał Stachu Japycz, wywodząc pochodzenie rzeczownika „piwo” od czasownika „pić”. Piwo to coś, co się pije i to od 12 tysięcy lat.

10 tysięcy lat p.n.e. produkowano z chleba napój, który był zdecydowanie bezpieczniejszy od zanieczyszczonej wody. Zamoczone placki zwane podpłomykami poddawano fermentacji i powstały w ten sposób napój pito przez słomkę z trzciny, aby oddzielić płyn od pływających ziaren i innych szczątków pieczywa. Tak powstałe piwo było podstawowym napitkiem, a także środkiem płatniczym.

Najdawniejszy utrwalony na piśmie przepis na piwo pochodzi z Mezopotamii, z około 4 000 r. p.n.e. Zapisano go na glinianych tabliczkach. W tym czasie istniały już różne gatunki tego napoju: jęczmienne, pszeniczne, mieszane, „damskie” (delikatniejsze) i „męskie” (mocniejsze).

Babilończycy dodawali do piwa owoce i zioła, a także jako pierwsi użyli do jego produkcji chmielu.

Egipcjanie stosowali do wytwarzania piwa drożdże i dodawali daktyle.

Czasy antyczne, grecko-rzymskie przyniosły zmianę. Piwem pogardzono, jako napojem „barbarzyńców” i pito wino. Tymczasem kult złotego napoju rozkwitał w Skandynawii i innych rejonach północnej Europy.



W Polsce, od samych jej początków, piwo było napojem codziennym. Nie produkowano wina, nie znano jeszcze kawy ani herbaty. W średniowieczu najpierw produkowali je mnisi (w czym celowali cystersi), a w XII wieku zaczęły powstawać dworskie i miejskie browary. Rozkwit piwowarstwa w Polsce trwał aż do XVI wieku.

Techniki warzenia piwa zmieniały się z czasem i udoskonalały, a mądrzy ludzie mądrze o nim mówili.

Co Wam będę ściemniać – lubię piwo!

 


* TEN, KTO WYMYŚLIŁ PIWO, BYŁ MĘDRCEM – Platon

* MA JEDNAK NARÓD POLSKI NAPÓJ WARZONY Z PSZENICY, CHMIELU I WODY PO POLSKU PIWEM ZWANY. ALE NIE MA NADEŃ LEPSZEGO DLA POKRZEPIENIA CIAŁA. JEST NIE TYLKO ROZKOSZĄ MIESZKAŃCÓW, LECZ I CUDZOZIEMCÓW – Jan Długosz

* NIECH TEN O WINIE ŚPIEWA, KTO NIE ZAZNAŁ MIĘDZY NAMI NAPOJU NAD NAPOJAMI – PIWA – Jan Dantyszek

* PIWO JEST DOWODEM NA TO, ŻE BÓG NAS KOCHA I CHCE, ŻEBYŚMY BYLI SZCZĘŚLIWI – Benjamin Franklin

* DAJCIE MI KOBIETĘ, KTÓRA NAPRAWDĘ KOCHA PIWO, A PODBIJĘ ŚWIAT – cesarz Wilhelm II

* GDZIE JEST PIWO, TAM JEST ŻYCIE – Mahatma Gandhi

* NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ZŁE PIWO. NIEKTÓRE SĄ PO PROSTU LEPSZE NIŻ INNE – Billy Carter

* BEZ WĄTPIENIA NAJWIĘKSZYM WYNALAZKIEM LUDZKOŚCI JEST PIWO. NO, KOŁO TEŻ JEST WAŻNE, ALE NIE PASUJE DO PIZZY – Dave Barry

* KAŻDE PIWO, KTÓRE JEST W LODÓWCE PO ZAMKNIĘCIU SKLEPÓW TO DOBRE PIWO – Stephen King

* PIWO JEST NAJLEPSZYM NAPOJEM ŚWIATA – Jack Nicholson

* NAJSMUTNIEJSZĄ RZECZĄ JEST PUB BEZ PIWA – Józef Baran

Anegdota głosi, że papież Klemens VIII, przebywając w Polsce, stał się takim wielbicielem piwa wyrabianego w Warce, że gdy w Rzymie ciężko zachorował, w gorączce domagał się piwa wareckiego. Podobno wyszeptał: „piva di Varca”, na co towarzyszący mu biskupi, sądząc, że to jakieś nowe wezwanie w litanii, odpowiedzieli chóralnie: „ora pro nobis!”.

Na koniec wierszyk:

Gdyby nie to piwo,

sczezłbym jako żywo!

Jeśli zdrowie masz nietęgie,

pijże piwo na potęgę!

Im więcej piweczka, tym więcej zdróweczka!

Świeżość, siłę, zdrowie – w piwie znajdzie człowiek!

(Bohumil Hrabal)