15 października 2026

266. Urozmaicony splot wydarzeń

Trudno mi było zabrać się za kolejny post w wyniku urozmaiconego splotu wydarzeń. Przedostatni tydzień dał mi popalić, ostatni też i dopiero w tym wyhamowuję, więc żywcem nie było jak i kiedy.

Zacznę od krzyżówki, która już dość długo wisi. Z żalem stwierdzam, że tylko trzy osoby pokusiły się o przesłanie do mnie rozwiązania, w tym jednego połowicznego. Najwięcej haseł, bo 24 z 27 odgadła prawidłowo Pantera, która z powodu trudnych okoliczności życiowych chwilowo zawiesiła działalność blogową. Rozwiązała również hasło główne. Jotka trafnie wskazała 15 odpowiedzi i hasło główne. Hebius pokusił się jedynie o przesłanie hasła głównego, chociaż wiem, że wpadł na sporo rozwiązań. Niektórzy spośród Was dzielnie próbowali, ale poddali się, zamiast powalczyć dalej. Poniżej wrzucam rozwiązanie.

Dwa poniedziałki temu byłam w kinie na „Lalce” i nie będę się wypowiadać, bo w porównaniu z Netflixową miała być cudowna, a tymczasem wyszło takie gówno, że wróciłam z głębokim i bolesnym niesmakiem. Więcej na ten temat ani słowa, bo nie zamierzam się denerwować.

Od zeszłego piątku stacjonuje w szkole policja. Policjanci są wszędzie: w holu, na korytarzach, w internacie, przy stołówce, na dziedzińcu, wszędzie. Wszystkie wejścia do szkoły są pozamykane, otwarte jest jedynie główne, obstawione, że mysz się nie przeciśnie. Przy drzwiach stół, policjant, dwóch woźnych i papiery do podpisywania, pewnie przez wchodzący obcy element, np. rodziców. To oczywiście w związku z niedawnymi młodzieżowymi wyczynami nożowniczymi. Czy czuję się bezpieczniej? Nie.

Mało mnie było w Internecie w tygodniu, bo spadł mi na głowę wagon spraw do załatwienia, tak że nawet nie miałam kiedy wykupić leków i załatwić u optyka okularów do czytania. Swoje przerobiłam w czasie choroby na ósemkę, wysypiając się na nich. Dopiero dwa dni temu poszłam i zamówiłam… trzy pary, bo nie mogłam się zdecydować, które oprawki ładniejsze 👓.

W piątek ledwo zdążyłam się spakować i runęłam do łóżka. W środku nocy autokar uniósł mnie w siną dal wraz z ekipą fajnych ludzi z mojej szkoły plus dwóch klechów realizujących swoje powołanie za państwowe pieniądze. To wszystko a conto Dnia Nauczyciela. Na początek wywieźli nas do niejakich Wadowic, bo po drodze było (jasne, że bez tego by się nie odbyło!), gdzie czerwona atrapa ciuchci zaprzężona do takich samych wagoników obwiozła nas po tej dziurze, brzęcząc przez głośniki życiorys pseudoświętej papy (z pominięciem ochrony pedofilów), zataczając się od kościoła do kościoła, od pomnika do pomnika i wskazując miejsca: tu się urodził, tam kopnął piłkę, ówdzie puścił bąka wydalił gazy jelitowe… Koledzy opowiadali w tym czasie dowcipy, my się śmiałyśmy i było git.

Kolejkową podróż zakończyła degustacja kremówek „papieskich”, choć żaden papież ich ani nie upiekł, ani nawet nie powąchał. Nie lubię kremówek, bo mają masę budyniową (do zapamiętania w razie kolejnego quizu albo konkursu 😅), ale muszę uczciwie przyznać, że te, na które trafiliśmy, były zaskakująco lekkie i smaczne, a kawiarnia czy tam cukiernia zapewniła świetny chillout na leżaczkach. Pełny luz.

Po deserze był obiad (no co? kolejność nieistotna!) powieźli nas ku, niestety, Beskidom. Trudno, darowanej wycieczce nie zagląda się w zęby. Na szczęście na miejscu (Hotel Beskid w Spytkowicach, polecam) byliśmy o 15.00, a o 15.20 już zawładnęłam hotelowym basenem. Z nieokiełznaną rozkoszą okupowałam go do wieczora. Inni kisili się w jacuzzi albo ryzykowali uduszeniem w saunie, dzięki czemu nie zabierali mi powierzchni pływalnej 😅 🏊‍♀️. Po raz pierwszy od dawna czułam się szczerze uszczęśliwiona.

Wieczorem już musiałam wyleźć i szykować się na imprezę: dużo urozmaiconego jedzenia, tańce, hulanki, swawole i ocean alkoholu wszelkiej maści. W toku zabawy kolejne jednostki odpadały do swoich pokojów, aż do końca została nas garstka najwytrwalszych. Impreza skończyła się o 1.00, a my zeszliśmy z parkietu o 1.30 🤣. Tak jakoś wyszło 😆. Niestety, snu było za mało, ale przynajmniej nie miałam kaca (taki organizm) jak inni.

Powieźli nas na drugi dzień do jakiejś zabitej dechami Zawoi (ponoć największej wsi w Polsce), skąd – na całe szczęście – wyjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym na coś, co nazywa się Mosorny Groń.

Takie atrakcje (wyciągi krzesełkowe i kolejki linowe) to ja lubię. Tyle że na górze było nudno, widoki nijakie, bo wszystko zasłaniały te wstrętne góry. Wylazłyśmy z koleżanką na wieżę widokową, ale tam też to samo.


Grupa samobójców polazła na dół z przewodnikiem górskim jakimś dwuipółgodzinnym szlakiem na dół, a nas zostało 8 normalnych osób plus pilot. Spokojnie udaliśmy się do karczmy, poszły w ruch kawusie, herbatki, ciasteczka i kupowanie nieśmiertelnych pamiątkowych magnesików na lodówkę (nie używam). Udało mi się nabyć suwenir dla Dzieciątka kolekcjonującego kaczki – kolejną śliczną, błękitną, ceramiczną kaczuszkę. Czas toczył się leniwie, my gadu-gadu, aż w końcu zjechaliśmy tym samym wyciągiem na dół. Znaleźliśmy sobie jakiś przybytek, gdzie spokojnie zjedliśmy naprawdę smaczny obiad (bardzo słuszne i pięknie podane porcje), a potem deserek. Otrzymałam cudowną, ogromną bezę z wagonem bitej śmietany – z rozkoszy byłam bliska zgonu.
Nażarta po same widełki dotoczyłam się do autokaru i natychmiast zasnęłam. Gdzieś po drodze zgarnęliśmy straceńców, też już najedzonych i… obudziłam się w Rzeszowie, pod szkołą. Matko cudowna, w poniedziałek miałam na siódmą! Czarna rozpacz po prostu. Ledwo przeżyłam. A od poniedziałku jestem u mamy, bo poszła do szpitala na badania i chemię. Dzisiaj koniec służby, w nocy przyjechał Misiu Mamusi i przejął pałeczkę. W sobotę, podczas gdy ja garowałam w Wadowicach, Miś Mamusi zdążył się ożenić. Mój brat żonaty! Dobre sobie 🤣.

No i tak to jest. Życie.


1 komentarz:

  1. Dzis tylko powiem że wspaniale. Ja bylabym zschwycona. Dodam ze pierwszy raz od wieków nie swietowalam😃

    OdpowiedzUsuń