Spróbuję napisać post. Nie byle
jaki, bo ważny. Czuję się wciąż podle, ale w mdłym ciele duch już nieco bardziej
ochoczy. Nieco, podkreślam.
No więc tak, możecie urągać mojej
głupocie, ale fakt jest twardy, tak było i już. Otóż drogą esemesową ustaliłyśmy
z Ardiolą, że w weekend będzie w Rzeszowie. Ma tutaj rodzinę i dobrych
znajomych. Już od jakiegoś czasu planowałyśmy się spotkać, ale padło
akurat na te dni, w których rozłożyły mnie na łopatki jakieś drobne ustroje.
Kurde. Sił miałam tyle, co zdechły karaluch, a poza tym zarażam,
kaszląc jak potępiona. Bałam się zarazić Ardiolę i sama doprawić się
na cacy. Tylko że takie sytuacje kuszą, nęcą, ciągną za kluchy na głowie – a w realu
poznałam już kilkoro blogerów i zawsze były to superspotkania.
Po wymianie esemesów i informacji
przez telefon, obie podjęłyśmy straceńczą decyzję. Raz kozie śmierć, Ardiola najwyżej
się zarazi, a ja najwyżej zdechnę. Niewielkie koszty. Tak, tak, wiem,
motylem debilem jestem (już za to słusznie zebrałam od Was cięgi). Nie dość,
że chora do pracy się pchałam, to jeszcze chorsza wybrałam się w sobotę
na spotkanie.
Wyczołgałam się z łoża
boleści, na czworakach pozbierałam z podłogi siły, które zdezerterowały i nadludzkim
wysiłkiem postawiłam się do pionu. Wejrzawszy w lustro, ujrzałam upiora
o straszliwie białej twarzy, czerwonych oczach i sinobrązowych
szlarach dookoła nich. Odnalazłam więc szpachlę, wzięłam wiadro zaprawy i otynkowałam
widmową facjatę jakimś metrem sześciennym mieszaniny, poprawiłam gładzią i podkolorowałam
farbami fasadowymi. Na chybił-trafił wydarłam z szafy jakiś przyodziewek
(tak, przyznaję się bez bicia, moje niebieskie spodnie były wymiętolone
jak ja), przyoblekłam się weń i spełzłam po schodach z drugiego
piętra wzorem gąsienicy citheronia regalis. Na miejscu spotkania
znalazłam się siłą rozpędu. Bardzo rozsądnie wybrałyśmy
cukiernio-kawiarnię, którą Ardiola zna, a do której ja mam rzut niewielkim
berecikiem. Przyszłam jako druga, zemdliło mnie na widok ciastek, a potem
ujrzałam JĄ. Siedziała jak kolorowy ptak z filiżanką kawy. Od pierwszego wejrzenia,
zanim jeszcze mnie zobaczyła, zakochałam się w tym wielobarwnym ubiorze.
Mówcie, co chcecie, zwolennicy czerni, brązu i szarości, ale patrząc na
taką feerię barw, człowiek wie, że żyje i zapomina, że jest chory. Cudne zjawisko!
Po ostrożnym (zaraza!) powitaniu
wzięłyśmy się za zaciekłe gadanie. O, panie święty, ile myśmy się natrajkotały!
Dokopałyśmy się do wspólnych znajomych, obgadałyśmy facetów, którzy na to
zasłużyli (he, he) i po upływie półtorej godziny sądziłam, że minęło dopiero
pięć minut.
Niestety, wszystko, co dobre,
kończy się szybko. Odprowadziłam Ardiolę na przystanek, wspólnie zaczekałyśmy
na autobus, a gdy już nadjeżdżał, uświadomiłyśmy sobie (rychło w czas!),
że nie zrobiłyśmy sobie ani pół zdjęcia!
Dlatego, Delikwentko, musisz
wrócić do Rzeszowa. Co najmniej na sesję foto. No i na kolejne fantastyczne gadanko!
