03 lipca 2022

25. Rozdział I. 1989 - 6

 Rozdział I. 1986

6.

 

Wracali tą samą „kowbojką”, którą przyjechali. Zwarzone humory sprawiły, że nikomu nie chciało się odzywać. Pociąg był praktycznie pusty, rozpierzchli się więc w różne strony. Urszula z Mateuszem i Mańka z Jasiem zajęli osobny przedział, Kostka zaś z Mzinką i Szczupakiem podążyli w przeciwnym kierunku niż tamta czwórka. Rozłam w szeregach był bardzo wyraźny i wydawał się nieodwracalny. Faktycznie, tamtej nocy coś popękało na zawsze, pierwsze szczeliny zaczęły drążyć mur przyjaźni.

W czasie wesela bawili się zgodnie, dopóki pierwsza nie straciła humoru Kostka. Jako że była sama, często pojawiali się przy niej mężczyźni. Nie odmawiała nikomu, kto poprosił ją do tańca, bo bardzo lubiła się bawić. Szczególnie upodobał ją sobie Andrzej, przyjaciel i świadek Adama, który przyjechał wraz z nim. On też był sam. Rozochocone towarzystwo wobec oczywistego podrywu ze strony Andrzeja zaczęło naprzykrzać się Kostce.

- Podoba ci się?

- Sam pcha ci się w łapy, to nie bądź głupia i wykorzystaj to.

Dopóki nie stali się natarczywi, śmiała się jeszcze.

- Nie, nie podoba mi się.

- Nie ma jasnych włosów i niebieskich oczu!

- Za dużo pije.

- Jest bufonem – odpowiadała cierpliwie.

Potem jej się znudziło. Niewczesne zaloty coraz bardziej podpitego Andrzeja zaczęły ją denerwować, podobnie jak wciąż porywający ją do tańca podchmieleni wsiowi wujkowie, sąsiedzi i nie wiadomo, kto jeszcze. Żarty powtarzane bez umiaru przestały bawić, a w końcu rozdrażniły. Nie najlepiej bawili się też Urszula i Mateusz. Ta pierwsza radziła sobie jeszcze całkiem nieźle, ale jej chłopak już niekoniecznie. Coraz częściej zostawał przy stole sam, wyraźnie niezadowolony. Humor odbierały mu najwyraźniej jakieś tajemnicze pogawędki z Urszulą.

W chwili, gdy zła jak osa Kostka, opędziwszy się od kandydatów do tańca, bez ochoty do dalszej zabawy usiadła na swoim miejscu, zastała Mateusza sączącego w zadumie drinka, którego sam sobie przyrządził. Ani jego kwaśna mina, ani zły humor Kostki nie zachęcały do dialogu. Wściekła, naburmuszona, bez słowa nalała sobie kieliszek czystej wódki i chlapnęła go na jeden raz, bez popitki. Mateusz spojrzał na nią z zainteresowaniem.

- Masz rację – odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć.

- Niby w czym?

- W tym – wskazał na pusty kieliszek. – Napijesz się ze mną?

Było w tym coś nieprawdopodobnego. Mateusz był zawsze tak bardzo powściągliwy w piciu. Miał wykonywać bardzo odpowiedzialny zawód, nie przejawiał zresztą przesadnego pociągu do alkoholu.

- Czemu nie? – uśmiechnęła się.

Miała do niego słabość.

- Może zrób coś przyjaznego do picia? Wódkę z colą.

- Proszę – podsunął jej szklankę.

- Mateusz…

- No?

- Co się dzieje?

- A dzieje się coś?

- Nie wygłupiaj się.

- Czyli zauważyłaś…

- Trudno nie zauważyć. Chyba nie jesteś zazdrosny o to, że Ulka tańczy z kimś innym? Przecież to wesele.

- Nie, coś ty. To nie o to chodzi. Byłoby zbyt prosto, a ja byłbym większym idiotą niż jestem…

- Ty? Idiotą?

Nie odpowiedział.

- Mateusz… Jeśli nie chcesz, to nie mów.

- Tobie mogę, przecież wiem.

- Wiem, że możesz, ale też nie musisz.

- A… co mi tam. Wiesz… Ulka jest straszną materialistką.

- Ale przecież chyba niczego jej nie brakuje? Jej rodzice mają mnóstwo forsy. Ty będziesz miał doskonały zawód… Czego jeszcze chcieć?

- No właśnie. Wydawałoby się, że niczego. Ale jej się marzy wyjazd do USA.

- Do USA? A cóż to za pomysł? Po co?

- Nie wiem. Ale tam… Tam jest jakiś Romek. Nie znam gościa, wyjechał jakiś czas temu i już się tam urządza. Właściwie jest już urządzony.

- Czekaj, czekaj… Słyszałam coś kiedyś o jakimś Romku… Wiem. Śmiały się z Mańką i z Zośką, że kurdupel. Widziałam go na zdjęciu, taki krępy, jakby kwadratowy, czarny, z kręconymi włosami i faktycznie krótki. Niewywrotny. Ale więcej… Nie, nie przypomnę sobie. Ja też go nie znam, nie wiem, co to za facet, coś mi się tylko obiło o uszy.

- Przez cały czas utrzymują ze sobą kontakt, często do niej dzwoni. Żebyś ty słyszała, jak szczebioczą…

- A ty słyszałeś?

- Niestety.

- Aż tak źle?

- Myślę, że tak.

- Nie wierzę.

- A ja myślę… – urwał znienacka i zatopił wzrok w szklance.

Przyglądał jej się uważnie, jakby znalazł w niej coś nadzwyczaj interesującego.

- Co?

- Nic – mruknął.

- Mateusz…

Podniósł głowę i popatrzył Kostce prosto w oczy.

- Zresztą, tobie mogę powiedzieć. I tak nie mam już wiele do stracenia. Myślę… – ponownie urwał.

- Podejrzewasz, że przyprawia ci rogi… – domyśliła się Kostka. – Ale to bzdura!

- Nie – wydało jej się, że błękit oczu Mateusza zszarzał i stracił blask. – Nie podejrzewam. Jestem tego po prostu pewien.

- Nie opowiadaj głupot! – Kostka prawie krzyknęła.

W zgiełku weseliska i tak nikt by jej nie usłyszał.

- Niby jak? Korespondencyjnie?

- Ech, Kosteczko – spojrzenie Mateusza zmiękło.

Utkwił w niej przejrzyste, błękitne oczy.

- Dobra z ciebie dziewczyna, ale naiwna… Przecież on wyjechał nie tak dawno.

- No i co?

- A to, że spotykali się wcześniej… – skrzywił się boleśnie. – Nie dam głowy, czy on tam tego gniazdka na dwie osoby nie wije…

- Ależ Mateusz!

- Tak, Kosteczko, tak. Ja tu jestem… tylko do dekoracji.

- To niemożliwe… – szepnęła, bardziej do siebie niż do Mateusza.

- Możliwe – uśmiechnął się smutno. – Powiem więcej, ona jest skłonna zostawić nie tylko mnie dla tego fagasa, ale także jego dla kogoś, kto zaproponuje lepsze warunki…

- Co ty mówisz? Mateusz, ja w to nie wierzę, ba, ty sam w to nie wierzysz, nie wierzysz nawet w to, co mówisz!

- Chciałbym, ale fakty mówią same za siebie.

Kostka zamilkła. Myślała o Urszuli. To prawda, czasem wydawała jej się chłodna, wyniosła, ale przecież tylko czasem. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby być aż do tego stopnia wyrachowana.

- Kosteczko?

- Jestem, jestem.

- Zatańczymy? Potrzebuję się przytulić do kogoś życzliwego.

Kostce ścisnęło się serce. Rozumiała Mateusza, sama zdążyła już poznać bezradność tej chwili, gdy grunt zaczyna usuwać się spod nóg. Ale nie współczucie było powodem bolesnego ukłucia. Posmutniała gwałtownie, gdy zadeklarował chęć przytulenia się do niej. Mateusz był ucieleśnieniem jej ideału mężczyzny. Męski, ale o delikatnej, chłopięcej urodzie, jasnowłosy i niebieskooki, kulturalny, wrażliwy, inteligentny, studiujący kierunek, który podziwiała… Jego zalety mogłaby wymieniać jednym tchem bez końca. Boże, jak on jej się podobał! Miał tylko jedną wadę: kochał Urszulę. Gorycz tej myśli uderzyła dziewczynę. Czyżby aż tak go jej zazdrościła? A może to nie zazdrość, może tylko żal, że skarb, który ona by szanowała, jest dla niej nieosiągalny, podczas gdy ktoś inny, kto mógł z niego czerpać do woli, lekceważył go?

- Chodź – Mateusz podał jej rękę.

Posłusznie wstała i wyszli na parkiet.

- No to się przytulaj – powiedziała, starając się nadać słowom żartobliwy ton.

Natychmiast skwapliwie wykorzystał zachętę. Chciałaby móc wtedy wyobrazić sobie, że przytula się naprawdę do niej, że nie myśli o Urszuli, ale na to nie mogła sobie pozwolić. Zbyt łatwo przyjemne myśli mogły przekształcić się w marzenie niemożliwe do zrealizowania. Dokładnie wiedziała, co zaprząta jego uwagę.

Dyskretnie rozejrzała się po sali i wychwyciła znaczące spojrzenia, półuśmieszki swojej paczki. Tylko wzrok Mzinki i Szczupaka wydał jej się szczery i życzliwy. W oczach Urszuli, Mańki i Jasia czaiła się jakby ironia, może nawet ledwo uchwytny fałsz. Zofia, pochłonięta własnym weselem, niczego nie zauważyła. Kostka po raz kolejny tej nocy doznała uczucia przykrości. Posmutniała jeszcze bardziej.

Zmęczeni, wracali do domu między trzecią a czwartą nad ranem. Jeszcze usiłowali żartować, ale senność, spotęgowana wypitym alkoholem, brała górę nad chęciami. Ledwo zdołali się przebrać i wejść na górę. Idąc z domu ludowego, nie odczuwali przenikliwego zimna, ale w pustym, betonowym pomieszczeniu dosłownie czuło się, jak lodowaty wiatr wciska się do wewnątrz wszystkimi szparami nieszczelnych futryn. Przymusowa ciasnota w pierwszej chwili wydała im się przydatna ze względu na temperaturę, co dodało im otuchy. Musieli zmieścić się w siedem osób na pięciu wąskich materacach i pod czterema kocami. Gdy jednak już leżeli, potwornie stłoczeni, każdy na boku z braku miejsca, optymizm sklęsł. Okazało się, że każdy ruch dowolnej osoby powoduje rozszczelnienie i tak już mizernego okrycia.

W najgorszej sytuacji znalazł się Szczupak, niemal przytulony do drzwi balkonowych. Każde poruszenie leżącej obok niego Mzinki powodowało, że naciągnięty do granic możliwości koc odsłaniał tę połowę jego ciała, która była najbardziej wystawiona na zimno. Kostka znalazła się między Mzinką a Jasiem, a z drugiego krańca, tuż przy drzwiach wejściowych, leżał Mateusz. Paradoksalnie, niedomykające się drzwi stały się jego błogosławieństwem, którego pozostała szóstka mu zazdrościła. Z dołu napływała namiastka ciepła.

Jakakolwiek próba odwrócenia się na drugi bok jednej osoby skutkowała koniecznością zrobienia tego na komendę, w jednym momencie przez wszystkich. Ciasnota, zimno i niewygoda sprawiały, że przysypiali i budzili się co chwilę, wiercąc się, przeszkadzając innym i odkrywając ich, pozbawiając resztek nikłego ciepła. Coraz częściej padały niewybredne uwagi pod adresem „współspaczy” i mieszały się z przekleństwami, pochrapywaniem oraz krótkimi warknięciami.

W tych warunkach nie było mowy o choćby krótkim, ale pokrzepiającym wypoczynku. Przerywany półsen, zdrętwiałe i obolałe ciało, zimno przenikające do szpiku kości czyniły ostatnie godziny nieznośną męczarnią. Przed ósmą nikt z nich już nie leżał. Smętne towarzystwo porozłaziło się nie wiadomo, gdzie. Urszula z Mateuszem gdzieś zniknęli, Mańka i Jaś kręcili się po ciasnym pomieszczeniu, przekładając coś w swoich bagażach. Kostka z Mzinką zeszły do łazienki, żeby się umyć. Szczupak konferował o czymś na parterze ze zdenerwowaną Zofią. W chwili, gdy Kostka wychodziła z łazienki, po schodach zbiegł Jaś. Nie odezwał się do niej ani jednym słowem. Zaczekała na Marzenę i wróciły razem na górę, gdzie zastały Mańkę siedzącą na materacach i zawiniętą w dwa koce. Zanim zdążyły coś powiedzieć, za ich plecami stanął Szczupak.

- Zośka ma problem – powiedział. – Dzisiaj jest niedziela, trzeba iść do kościoła.

- I to jest ten problem?

- Nie. Msza będzie o dziesiątej, a Adam zniknął.

- Jak to zniknął? Co to znaczy zniknął?

- Normalnie. Nigdzie go nie ma.

- Uciekł? To nie mógł przed ślubem?

- Nie wygłupiajcie się. Nie uciekł, ale cholera wie, gdzie się podział.

- Pewnie jeszcze śpi.

- Nie, nie ma go w łóżku.

- A był w ogóle?

- Był, spał z Zośką.

- No to wszystko jasne, noc poślubna go wykończyła!

- Ciekawe, gdzie ukryła zwłoki.

- Przestańcie się wygłupiać. Wstał, bardzo wcześnie wylazł z tego łóżka i gdzieś wyszedł.

- Iii… Wyszedł, to i wróci – rzuciła beztrosko Mzinka i przeciągnęła się. – Uuu… Zjadłabym coś.

- Ja też – powiedzieli w jednej chwili Kostka i Szczupak.

- O, jedzonko przyszło na zamówienie! – ucieszyła się Mzinka.

W drzwiach stanął właśnie Jaś z półmiskiem wędlin w jednej ręce i koszyczkiem chleba w drugiej. Nie odezwał się ani słowem. Postawił półmisek na materacu tuż przy swojej dziewczynie i wślizgnął się pod koc. Zaczęli jeść. Kostka nachyliła się i wyciągnęła rękę w kierunku koszyczka z chlebem.

- Czego tu? Spierdalaj, nie tobie przyniosłem.

Dziewczyna oniemiała. Mańka nie odezwała się ani słowem. Pochłonięta jedzeniem, nie podniosła nawet głowy. Mzinka ze Szczupakiem popatrzyli po sobie, zaskoczeni i wyszli. Kostce zachciało się płakać. Głupi incydent przelał czarę goryczy. Powoli odwróciła się bez słowa i zeszła po schodach do kuchni, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. Odniosła wrażenie, że głód ją nagle opuścił. Najchętniej wróciłaby już do domu. Miała dość tych wiejskich wesel, spartańskich warunków i tej wrogości, która nagle pojawiła się między dobrymi przyjaciółmi. A może to nie były prawdziwe przyjaźnie, jeśli potrafiło poróżnić ich trochę niewygód? Co się z tymi wszystkimi ludźmi stało? Mętlik w głowie nie pozwolił jej sformułować jednoznacznej odpowiedzi. Mimo wszystko wierzyła, że po powrocie do miasta stosunki między nimi wrócą do normy.

W kuchni zastała Szczupaka komponującego zestaw wędlin i ciastek.

- Dla mnie też weźmiesz, czy mam sobie skołować sama? – zapytała nieufnie.

- Proszę cię, co ty odstawiasz? Wezmę, oczywiście. Nie szukaj następnego talerza, wszystko się zmieści.

- Dzięki – pociągnęła nosem. – Przepraszam za to pytanie, ale już niczego nie jestem pewna. Cholera… do tego wszystkiego mam już katar.

- Nawet nie mów… Będzie cud, jeśli zapalenia płuc nie dostanę.

- Daj spokój, ty to rzeczywiście podżyłeś… Współczuję. A gdzie Marzena?

Bez słowa wskazał ruchem głowy na przylegający bezpośrednio do kuchni pokój.

- Szczupak, zrobisz dla mnie też herbatę?

- Zrobię, pewnie, że tak. Tylko będziesz musiała ją sama wziąć na górę, bo rąk mam za mało, wszystkiego nie dam rady zanieść.

- Jasne, spokojnie. Weź żarcie i jedną herbatę, a dwie mi zostaw, to doniosę. Zaraz będę – powiedziała i weszła do pokoju.

Za stołem siedziała Zofia z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Ulokowana obok Mzinka usiłowała ja uspokoić.

- Zośka, nie przejmuj się tak duperelami. Przecież to nieistotne, co ludzie powiedzą. Daj spokój, dziewczyno…

Nie odpowiadała. Przez palce przeciekały jej cieniutkie strużki łez.

- Co się stało? Dlaczego ona płacze?

- Adam.

- Co Adam?

- Wymknął się z Andrzejem bladym świtem i znowu pili. Do spodu.

- Gdzie?!

- Zośka znalazła ich w garażu.

- No to trudno, to jeszcze nie tragedia. W końcu raz się jest na własnym weselu. Zosieńko, nie martw się, Pszczółko, przecież wytrzeźwieje.

Zofia w odpowiedzi zaszlochała rozpaczliwie.

- Chodzi o to – wyjaśniła Mzinka – że o dziesiątej jest msza za nowożeńców.

- Już to słyszałam. No i?...

- No i Adam jest nabombiony jak odrzutowiec.

- To też już wiem. I co z tego? – Kostka wzruszyła ramionami. – Nie on jeden, nie pierwszy, nie ostatni. Niech nie idzie, tylko się położy i prześpi.

- Wykluczone. Właśnie chodzi o to, że Zośka nie może się pokazać bez świeżo poślubionego małżonka. A małżonek spity jak wór, ledwo się na nogach trzyma i jak on w tym stanie do komunii pójdzie, i tak dalej w ten deseń.

- To niech nie idzie do komunii!

- Nie może.

- Bo niby co? – Kostka zaczęła tracić cierpliwość.

Całe to zamieszanie, w jej opinii o nic i przejmowanie się bzdurami zaczynało ją drażnić.

- Bo ludzie patrzą i co powiedzą – Mzinka wymownym wzrokiem wskazała na płaczącą Zośkę.

Poirytowana Kostka umilkła i, wzruszywszy ramionami, opuściła pomieszczenie. Przechodząc przez kuchnię, zabrała dwa kubki z herbatą pozostawione przez Szczupaka i poszła na górę.

- Śniadanie poszło! – krzyknęła przez ramię.

W drzwiach minęła się z wracającymi skądś Urszulą i Mateuszem. Koleżanka spojrzała na nią z wyraźną złością. Mateusz ze starannie wystudiowaną obojętnością prześlizgnął się po niej wzrokiem jak po przeźroczystej tafli szkła.

- Co znowu? – pomyślała z niechęcią.

Ta koszmarna noc, te fochy, ta wyjąca Zośka z jej dziwacznym środowiskiem, to wszystko zniechęciło ją ostatecznie. Czyżby teraz Ulka była zazdrosna o tamten taniec z przytulającym się Mateuszem? Zaczęła w duchu odliczać czas do odjazdu.

Tak jak przewidywała, strach przed miejscową opinią publiczną wziął górę nad zdrowym rozsądkiem. Tak Zofia, jak i jej najbliżsi uparli się za wszelką cenę postawić Adama na nogi i zaprowadzić do kościoła. Wszyscy musieli zobaczyć, jak świeżo upieczona mężatka dumnie zasiada z małżonkiem w pierwszej ławce. Niewyspane, zobojętniałe i odęte towarzystwo rozpierzchło się po niewielkiej świątyni. Kostka wdrapała się na chór i tam wtuliła się w kąt. Od czasu do czasu spoglądała z góry na zasiadających w pierwszych ławkach Zofię, Adama i ich rodziny. Z niechęcią patrzyła na udawaną sielankę i czerwoną twarz żonkosia. Nigdy nie interesowało jej, co powiedzą inni ludzie, zwłaszcza obcy, od których gadania nic nie zależało. Została wychowana w skrajnie innym środowisku niż jej koleżanka i to własne, pozbawione przesądów i hipokryzji, zdecydowanie najbardziej jej odpowiadało. „Okazanie”, jak nazwała w myślach uczestnictwo pijanego Adama we mszy, zostało zwieńczone jakim takim sukcesem i można było pakować manatki.

Zdziwiona Zofia nagabywała ich, aby zostali na jeszcze jedną noc – po obiedzie miały się odbyć poprawiny, nikt jednak nie kwapił się do pozostania. Koniec końców nie zdecydowali się nawet na doczekanie do obiadu. O trzynastej pięć odjeżdżała z Dąbrówek ich „kowbojka”. Tym razem drogę już znali, więc pomoc młodszego brata Zofii była im zbędna. Pożegnali się dość szybko i rozsypaną, bezładną grupą szli pomału w stronę przystanku kolejowego. Na zwykłym, rozwalającym się chodniku z powykrzywianych, starych płyt, spomiędzy których wystawały kępki wyrudziałej, zeszłorocznej trawy, nie było żywego ducha.

Poczekali kilkanaście minut, w czasie których nikomu nie chciało się odzywać. Urszula wyraźnie się o coś boczyła, z osowiałego Mateusza jakby zeszło powietrze. Z rzadka mówił coś do swojej dziewczyny przyciszonym głosem. Mańka i Jasiek byli wyraźnie w złych humorach, Kostka czuła się maksymalnie zdegustowana, a na twarzy Szczupaka malowało się zmęczenie. Tylko malutka Mzinka zdawała się nie tracić wigoru.

Wysłużony skład wtoczył się na prowizoryczny peron powoli i jakby z trudem. Kiedy przed trzema dniami wysiadali w tym samym miejscu, zeskakiwali z wysokich stopni. W odwrotną stronę było zdecydowanie trudniej. Najłatwiej było najwyższym. Wrzucali bagaże do środka przez otwarte drzwi wagonu, a gdy udało się postawić nogę na pierwszym stopniu, odbijali się od podłoża i podciągali na rękach. Mężczyźni – z jednej strony naburmuszony Jasiek, z drugiej Szczupak – pomagali wsiąść dziewczętom. Wysoka Mańka nie miała z tym najmniejszego problemu, Urszuli wystarczyła drobna pomoc. Stojąca przed Kostką malutka Mzinka bezradnie patrzyła na stopień wznoszący się przed nią na wysokości jej klatki piersiowej. Kilkukrotne próby zadarcia nogi i postawienia jej na schodku spełzły na niczym. W chwili, gdy Szczupak postanowił ją po prostu podnieść, wykonała potężny zamach prawą nogą i dosięgła celu. Odbiła się mocno od chodnika i spróbowała wwindować się na górę, jednak brakło jej sił w rękach, zachwiała się i poleciała do tyłu, potrącając asekurujących ją Szczupaka i Jaśka.

- Kurwa, Marzena! – wrzasnął ten ostatni.

W jego głosie zabrzmiała agresja.

- Kurwa to ty sobie mów do swojej dziewczyny, nie do mojej – warknął Szczupak.

- Masz coś do Mańki?

- A ty do Marzeny?

- Spokojnie – Mateusz stanął dla pewności między nimi.

- Nie, nie będę spokojny – po Szczupaku widać było zdenerwowanie. – To było chamstwo.

- Odpierdol się – rzucił Jaś i lekko wskoczył do wagonu.

Kostka, zagryzając wargi, obserwowała całe zajście w milczeniu. Mateusz i Szczupak wsiedli do pociągu jeden po drugim, zapominając o niej. Ledwo sobie poradziła. W środku zauważyła, jak Mzinka ukradkiem otarła zdradziecką łzę.


28 czerwca 2022

24. Kiełbie we łbie

Wracamy do frapujących zagadnień etymologicznych 😃

1. Szwedzki stół – A dlaczego nie niemiecki lub francuski?

Powstanie tego wyrażenia związane jest z wydarzeniem historycznym. W czasie „potopu” szwedzkiego król szwedzki Karol X Gustaw zapragnął zdobyć Zamość. Wprosił się do Jana Sobiepana Zamoyskiego na ucztę, podczas której chciał skłonić go do poddania miasta. Zamoyski owszem, urządził wystawną ucztę, ale poza murami miasta i dla upokorzenia Karola Gustawa do stołów nie dostawiono krzeseł. Kto chciał jeść, musiał to robić na stojąco.

2. Niech cię licho porwie! – Tak właściwie to co to jest to licho?

Licho to demon ze słowiańskich wierzeń. Ukazywał się pod postacią chudej staruchy z jednym okiem. Licho podpalało domy, zsyłało zarazy (no i mamy winnego covida!), podpiłowywało szczeble w drabinach. W żaden sposób nie dało się go pozbyć i trzeba je było znosić, dopóki się nie znudziło i samo się nie odczepiło. No i… licho nie śpi.

3. Pleść androny – A to co znowu?

Androny nie mają nic wspólnego z wyrazami rozpoczynającymi się przedrostkiem „andro-” (np. andropauza, android). W języku polskim pojawiło się już w okresie staropolskim, a przeniknęło do naszego prawdopodobnie z włoskiego „androne”, oznaczającego kręte uliczki, zaułki, plątaninę korytarzy.

4. Wziąć kogoś na barana – No właśnie, a dlaczego nie na krowę albo konia?

Otóż jeżeli któryś z baranów w stadzie nie mógł z jakiegoś powodu iść o własnych siłach, pasterz niósł go, jednak nie na rękach, a na plecach. Sadzał go brzuchem w dół, przednie łapki trzymał jedną ręką, a tylne drugą.

5. Niech to dunder świśnie! – Co to za „dunder”?

Słowo „dunder” pierwotnie brzmiało „donder” i wzięło swoje pochodzenie od niemieckiego „Donner” (piorun, grzmot). Dawniej używano go jako przekleństwa. Mówiło się też „donderować”, czyli krzyczeć na kogoś, gromić go, ochrzaniać.

6. Mieć duszę na ramieniu – A dlaczego nie tak jak Niemcy – na języku?

Wbrew pozorom nie jest to naśladownictwo, a oba powiedzenia powstały niezależnie od siebie. pochodzą od wierzenia, że dusza, opuszczając ciało, zanim odleci, zatrzymuje się jeszcze chwilę, aby ostatnim spojrzeniem pożegnać umierającego.

7. Esy floresy – No właśnie, to już całkiem nie ma sensu!

A jednak ma. „Es” to nazwa litery „s” i kształt, który ją przypomina. „Floresy” natomiast to z łaciny kwiaty. „Flores” to w łacinie liczba mnoga, natomiast „floresy” doczekały się jeszcze polskiej końcówki „-y”.

8. Goły jak święty turecki – Czy święci muzułmańscy są nadzy?

Niezupełnie, a w każdym razie nie wszyscy. W XVII wieku za „tureckie” uważano całe terytorium Imperium Osmańskiego. Święty turecki to ascetyczny mnich muzułmański, lecz… czy każdy musiał być goły? Otóż niekoniecznie. Jednak staropolski podróżnik, pisarz i arystokrata, Mikołaj Krzysztof Radziwiłł „Sierotka” przedstawił w swojej relacji z podróży do Damaszku ludzi, którzy byli uważani za świętych już tutaj, na ziemi. Bez względu na porę roku chodzili oni nago i golili głowy oraz brody. Autor, spotkawszy takiego osobnika po raz pierwszy, pomyślał, że to człowiek obłąkany. Uświadomiono mu jednak, że to święty prowadzący anielski żywot.

9. Gonić w piętkę – Biec na piętach?

Nie, nie. Wyrażenie to przeniknęło do codziennej polszczyzny z XIX-wiecznego języka łowieckiego. Mianowicie mówiono o psach, że gonią zające w piętkę, czyli z odwrotnej strony niż prowadził trop. Odwracają się wówczas do tyłu, w stronę pięty.

10. Łut szczęścia – Łut, czyli co?

Łut to dawna jednostka masy wynosząca 12-13 gramów, a więc odrobinkę, bardzo niewiele.

11. Mieć kiełbie we łbie – Ryby w głowie?

Tak. W dawnych czasach rozpowszechniony był pogląd, że głupi ludzie mają w głowie wodę. Ba! – mają jej tyle, że swobodnie mogą pływać w niej ryby.


25 czerwca 2022

23. 25 czerwca

25 czerwca to data, która przewija się przez moje życie naznaczona szczególnymi emocjami, niosąc wyjątkowe wydarzenia. Odbijają się one głośnym echem – tak głośnym, że do dziś pamiętam słowa, zapachy, poruszenia, afekty…

Mój pierwszy znaczący 25 czerwca przypadł na rok 1992. Wtedy to obroniłam na ocenę bardzo dobrą pracę magisterską na temat „Metaforyzacja języka publicystyki”. Egzamin trwał 7 minut (pod drzwiami liczyłyśmy czas każdej wchodzącej) i z trzech otrzymanych pytań dziś, po 30 latach, pamiętam jedno: „Która wersja powiedzenia jest poprawna – zasypywać gruszki w popiele czy zasypiać gruszki w popiele i dlaczego?” Dziś uśmiecham się do tego wspomnienia. Mój profesor był wielką osobistością, wybitnym erudytą (który m.in. wpłynął na młodego studenta Jana Miodka), a do tego takim oryginałem, że można było go tylko kochać albo nienawidzić. Ja należałam do tej pierwszej, zdecydowanie mniej licznej grupy. Od lat systematycznie odwiedzam jego grób. Wspomnienia z nim związane mam wspaniałe.

Nieodżałowanej pamięci Profesor Stefan Reczek, językoznawca, badacz polszczyzny historycznej, dialektolog, onomasta, człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, wielki erudyta. Mój kochany wykładowca, egzaminator i promotor.
Drugi szczególny 25 czerwca to w moim życiu absolutna, totalna katastrofa. W 2006 roku świat runął mi na głowę, a raczej pewien mocarny heros zwalił na mnie sklepienie niebieskie i kilka wagonów kamieni. Ów bohater wykazał się przy tym bezprzykładnym męstwem: rozpirzył w drzazgi mój kosmos za pomocą jednego SMSa. W tamtą noc o mało nie zginęłam pod kołami rozpędzonego samochodu. Dzielny rycerz przydeptał dzieło zniszczenia obcasem, wsiadł na konia i po prostu odjechał w siną dal.

Nawet niebiosa rozpłakały się nade mną
Kolejny ważniejszy spośród mniej ważnych 25 czerwca przypada dzisiaj. W 2022 roku. Być może czytacie teraz ten post, podczas gdy ja, oddalona od miejsca zamieszkania o 300 kilometrów, odbieram kolejną ważną nagrodę zdobytą w jednym z ogólnopolskich konkursów poetyckich. Stoję na podium, macham do Was dyplomem, pozuję do zdjęć i rozdaję autografy (oraz numer konta). Przez chwilę jestem gwiazdą, co znakomicie urozmaica szare zazwyczaj życie. No, cholera, co tu dużo mówić – lubię to! Pisać, brać udział, wygrywać, przebywać przez chwilę w świecie kultury. Z przyjemnością kolekcjonuję dyplomy. Mam świadomość, że coś potrafię i że coś w życiu osiągnęłam.

25 czerwca zawsze napływają wspomnienia. Nie napiszę, które pchają się zawsze pierwsze.

18 czerwca 2022

22. No to siup!

Rację miał Stachu Japycz, wywodząc pochodzenie rzeczownika „piwo” od czasownika „pić”. Piwo to coś, co się pije i to od 12 tysięcy lat.

10 tysięcy lat p.n.e. produkowano z chleba napój, który był zdecydowanie bezpieczniejszy od zanieczyszczonej wody. Zamoczone placki zwane podpłomykami poddawano fermentacji i powstały w ten sposób napój pito przez słomkę z trzciny, aby oddzielić płyn od pływających ziaren i innych szczątków pieczywa. Tak powstałe piwo było podstawowym napitkiem, a także środkiem płatniczym.

Najdawniejszy utrwalony na piśmie przepis na piwo pochodzi z Mezopotamii, z około 4 000 r. p.n.e. Zapisano go na glinianych tabliczkach. W tym czasie istniały już różne gatunki tego napoju: jęczmienne, pszeniczne, mieszane, „damskie” (delikatniejsze) i „męskie” (mocniejsze).

Babilończycy dodawali do piwa owoce i zioła, a także jako pierwsi użyli do jego produkcji chmielu.

Egipcjanie stosowali do wytwarzania piwa drożdże i dodawali daktyle.

Czasy antyczne, grecko-rzymskie przyniosły zmianę. Piwem pogardzono, jako napojem „barbarzyńców” i pito wino. Tymczasem kult złotego napoju rozkwitał w Skandynawii i innych rejonach północnej Europy.



W Polsce, od samych jej początków, piwo było napojem codziennym. Nie produkowano wina, nie znano jeszcze kawy ani herbaty. W średniowieczu najpierw produkowali je mnisi (w czym celowali cystersi), a w XII wieku zaczęły powstawać dworskie i miejskie browary. Rozkwit piwowarstwa w Polsce trwał aż do XVI wieku.

Techniki warzenia piwa zmieniały się z czasem i udoskonalały, a mądrzy ludzie mądrze o nim mówili.

Co Wam będę ściemniać – lubię piwo!

 


* TEN, KTO WYMYŚLIŁ PIWO, BYŁ MĘDRCEM – Platon

* MA JEDNAK NARÓD POLSKI NAPÓJ WARZONY Z PSZENICY, CHMIELU I WODY PO POLSKU PIWEM ZWANY. ALE NIE MA NADEŃ LEPSZEGO DLA POKRZEPIENIA CIAŁA. JEST NIE TYLKO ROZKOSZĄ MIESZKAŃCÓW, LECZ I CUDZOZIEMCÓW – Jan Długosz

* NIECH TEN O WINIE ŚPIEWA, KTO NIE ZAZNAŁ MIĘDZY NAMI NAPOJU NAD NAPOJAMI – PIWA – Jan Dantyszek

* PIWO JEST DOWODEM NA TO, ŻE BÓG NAS KOCHA I CHCE, ŻEBYŚMY BYLI SZCZĘŚLIWI – Benjamin Franklin

* DAJCIE MI KOBIETĘ, KTÓRA NAPRAWDĘ KOCHA PIWO, A PODBIJĘ ŚWIAT – cesarz Wilhelm II

* GDZIE JEST PIWO, TAM JEST ŻYCIE – Mahatma Gandhi

* NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ZŁE PIWO. NIEKTÓRE SĄ PO PROSTU LEPSZE NIŻ INNE – Billy Carter

* BEZ WĄTPIENIA NAJWIĘKSZYM WYNALAZKIEM LUDZKOŚCI JEST PIWO. NO, KOŁO TEŻ JEST WAŻNE, ALE NIE PASUJE DO PIZZY – Dave Barry

* KAŻDE PIWO, KTÓRE JEST W LODÓWCE PO ZAMKNIĘCIU SKLEPÓW TO DOBRE PIWO – Stephen King

* PIWO JEST NAJLEPSZYM NAPOJEM ŚWIATA – Jack Nicholson

* NAJSMUTNIEJSZĄ RZECZĄ JEST PUB BEZ PIWA – Józef Baran

Anegdota głosi, że papież Klemens VIII, przebywając w Polsce, stał się takim wielbicielem piwa wyrabianego w Warce, że gdy w Rzymie ciężko zachorował, w gorączce domagał się piwa wareckiego. Podobno wyszeptał: „piva di Varca”, na co towarzyszący mu biskupi, sądząc, że to jakieś nowe wezwanie w litanii, odpowiedzieli chóralnie: „ora pro nobis!”.

Na koniec wierszyk:

Gdyby nie to piwo,

sczezłbym jako żywo!

Jeśli zdrowie masz nietęgie,

pijże piwo na potęgę!

Im więcej piweczka, tym więcej zdróweczka!

Świeżość, siłę, zdrowie – w piwie znajdzie człowiek!

(Bohumil Hrabal)



15 czerwca 2022

21. Rozdział I. 1989 - 5.

 Rozdział I. 1989 - 5.

5.

 

Noc z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego marca pogrążyła dom Łozów w ciszy. Rodzina spała kamiennym snem, zmęczona intensywnymi przygotowaniami, a panna młoda nabierała sił przed najważniejszym wydarzeniem w jej dotychczasowym życiu, nieznacznie pochrapując na buraczkowym tapczanie. Rozdokazywane towarzystwo wróciło z domu ludowego dopiero o północy i natychmiast padło do łóżek po długim dniu pełnym wrażeń. Kostkę obudził w środku nocy nieznośny ciężar, który przytłaczał ją i dusił. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Leżała chwilę w bezruchu, patrząc w ciemność i rozważając, gdzie, u licha, może się znajdować i dlaczego nie może się ruszyć. Przyzwyczajona była do światła wpadającego zza okien, latarni ulicznych i nigdy nie milknących odgłosów miasta. Absolutna ciemność i dźwięcząca w uszach cisza nasunęły jej absurdalną myśl, że może umarła, ale nie zdążyła się przestraszyć. Coś dużego, miękkiego i ciepłego potwornie grzało ją z prawej strony. Spróbowała się poruszyć, lecz bezskutecznie. Była przygwożdżona do łóżka na amen. Szarpnęła się desperacko i w tej samej chwili tajemniczy kształt poruszył się ciężko, a w ślad za tym dał się słyszeć jęk.

- Mmm… Adasiu… – wymamrotała jej wprost do ucha Zofia. – Adasiu…

- A idź w cholerę! – burknęła Kostka, do której nareszcie dotarło, w jakiej sytuacji się znajduje.

Przyszła panna młoda spała wtulona w nią ściśle i śniąca zapewne, że Kostka jest jej narzeczonym. Ciężar, który unieruchomił dziewczynę od pasa w dół, okazał się nogą Zofii, którą na nią wyłożyła. Ramię, którym prawdopodobnie obejmowała we śnie Adasia, spoczywało na szyi Kostki, skutecznie utrudniając jej oddychanie. Dalsza część ręki uciskała jej klatkę piersiową.

- Zośka! – wrzasnęła, nie przejmując się wszechobecną ciszą. – Bierz w diabły te kopyta! – zaczęła się wyswobadzać spod balastu i budzić koleżankę.

- Co? A, to ty…

- A czego się spodziewałaś?

- Ech, miałam taki piękny sen…

- Wiem, pewnie się w tym śnie gziłaś na potęgę. Odklej się ode mnie, bo nie mam czym oddychać i śpij jak człowiek.

Zofia zachichotała niefrasobliwie.

- Śpij, śpij i daj spać innym, bo w końcu zaśpisz na własny ślub, a wtedy to już naprawdę tylko sny ci pozostaną na otarcie łez.

- Tfu, odpukaj w niemalowane drewno – przestraszyła się Zośka.

Kostka bezceremonialnie postukała zgiętym palcem w czoło koleżanki.

Sobotni poranek powitał wstających wcześnie gości i domowników przenikliwym chłodem. Niebo, zasnute ołowianoszarymi chmurami, nie zamierzało przepuścić ani jednego promienia słońca. Wściekły wicher targał drzewami i popychał ku Dąbrówkom masy lodowatego powietrza. W domu Zofii od wczesnego ranka zapanował straszliwy rozgardiasz. Bohaterka dnia rozpoczęła od postawienia na nogi wszystkich swoich przyjaciół.

- Zmieniamy lokal, nie ma żadnego mycia.

- Jak to nie ma mycia?

- To znaczy jest, ale nie teraz. Trzeba zwolnić pokój. Zaraz przyjadą pierwsi goście. Weźmiemy z dołu materace i dostaniecie sypialnię na samej górze.

- Wszyscy razem?

- Tak wszyscy razem, ale warunki, uprzedzam, spartańskie. Musicie się jakoś zmieścić.

- Spokojna głowa, nami się nie martw.

Ponownie zeszli do suteren, tym razem do składziku, w którym złożone zostały materace turystyczne i sienniki, najwyraźniej zgromadzone na okoliczność wesela.

- Bierzcie po jednym, ale nie targajcie sienników. Są ciężkie i duże, a na górze jest ciasno. Chodźcie ze mną, idziemy na sam strych. Pokażę wam, gdzie będziecie spać.

Z powrotem poprowadziła ich na górę. Poddasze było nieco niższe od pozostałych kondygnacji, ale miało proste sklepienie i normalny sufit. Dach na domu był płaski. Pokój, do którego zaprowadziła swoją paczkę Zofia, nie był właściwie w dosłownym rozumieniu pokojem, lecz całkowicie pustym pomieszczeniem w zupełnie surowym stanie. Ściany zostały zaledwie otynkowane, na gołej, betonowej podłodze nie było żadnego wykończenia. Na czarnym przewodzie wisiała goła żarówka popstrzona przez muchy. Dziewczyna spojrzała na przyjaciół przepraszająco.

- Jakoś musicie przebiedować, przepraszam… Nie mamy gdzie poupychać tych wszystkich ludzi. Zostają tylko materace.

- Zośka, daj spokój, przecież wiadomo, że nie położysz tutaj osiemdziesięcioletniej babci albo rodziców Adama.

- Poza tym my tu nawet nie będziemy mieli kiedy spać, ja ci przypominam, że w nocy wesele będzie.

- Damy sobie radę.

- Mamy się bawić do rana, zapomniałaś?

Zagadali ją szybko.

- To teraz idziemy po nasze toboły, trzeba to poprzenosić.

- A może my poprzenosimy, a chłopaki w tym czasie nadmuchają materace?

- Co to, to nie! – podniósł się zbiorowy protest. – Co to ma być? Wczoraj „dmuchajcie w trzysta balonów”, dzisiaj „dmuchajcie w materace”…

- A poza tym wy jesteście delikatne kobietki, słaba płeć i w ogóle wam zaszkodzi. Nie będziecie niczego nosiły.

- Tak jest. Teraz niech one dmuchają, a my przyniesiemy bagaże. Chodźcie, chłopaki.

- Zaraz wam przyniosę pompkę – powiedziała Zofia śmiejąc się. – Nie zmęczycie się bardzo.

Zeszła na dół. Pozostawione same sobie dziewczyny rozejrzały się po klitce.

- Ciasno tu, cholera – powiedziała Mzinka.

- Zmieścimy się – zawyrokowała Urszula. – Jakoś będzie.

- Współczuję temu, kto wyląduje tutaj – powiedziała z powątpiewaniem Mańka wskazując na okno i drzwi balkonowe zajmujące w sumie całą ścianę.

Za drzwiami znajdował się surowy, betonowy taras bez żadnej barierki. Dotkliwe zimno wpychało się do środka szparami nieszczelnych, drewnianych futryn mających już swoje lata.

- Macie – zdyszana Zofia stanęła w drzwiach, trzymając dwie pompki do materaców. Kostka i Mańka zabrały się do pracy.

- To ja pomogę chłopakom – powiedziała Urszula.

- Zaczekaj – powstrzymała ją Kostka. – Proszę cię, przynieś moje rzeczy, bo one są gdzie indziej niż wasze.

- Dobrze, tylko gdzie ty właściwie spałaś?

- U mnie – odpowiedziała za nią Zofia. – Wiesz, jak trafić.

- Wiem.

Urszula mieszkała z Zofią w jednym pokoju w akademiku i odwiedzały się czasami w swych domach rodzinnych. Do Dąbrówek jechało się przez Radymiczany, skąd pochodziła Urszula.

- Muszę zejść do kuchni – oznajmiła Zofia. – Jak się tu umościcie, to przyjdźcie na śniadanie.

- Trzeba ci w czymś pomóc? – zapytała Mzinka. – Jestem chwilowo bezrobotna.

- Nie, będzie nas za dużo na dole. Lepiej zostań tutaj i pomóż dziewczynom.

- Dobra, będziemy się zmieniać przy pompkach, a tymczasem sobie podmucham.

Mzinka podniosła z podłogi jeden materac i zaczęła szukać otworu. Zofia zniknęła na schodach. Gdy wszystkie materace zostały napompowane, okazało się, że ledwo się mieszczą. Upchnięte na wcisk w poprzek pomieszczenia, zajmowały prawie całą powierzchnię podłogi od drzwi po przeciwległą ścianę z oknem i drzwiami balkonowymi. Na domiar złego zmieściło się ich tylko pięć. Między materacami a boczną ścianą został wąski, może półmetrowy pas wolnego miejsca, gdzie ustawione zostały bagaże. Przejść już właściwie nie było jak. Zofia przyniosła z dołu cztery koce.

- Powinniście się zmieścić, to macie do przykrycia.

Z zewnątrz dobiegło ich głośne trąbienie samochodu.

- Adam przyjechał! – wykrzyknęła Zofia i rzuciła się na dół po schodach.

Reszta podążyła za nią. Rodzice Adama właśnie wysiadali z auta. Równolegle do niego zaparkował drugi pojazd. Wysiadła z niego drobna, szczupła blondynka w nieokreślonym wieku i rzuciła się na szyję panny młodej.

- Ejże… – Mzinka trąciła Kostkę łokciem. – Widzisz to, co ja?

- No właśnie widzę. Barańska! Co ona tu robi?!

Oglądały właśnie swoją dawną nauczycielkę chemii z podstawówki.

- Poznajcie się… – zaczęła Zofia.

- Nie trzeba – przerwała jej kobieta z uśmiechem. – Ja jestem siostrą Adama – zwróciła się do grupki stojącej przed domem. – A to Marzenka i Konstancja. Cześć, dziewczyny. Zosiu, wiesz, że Konstancja była moją najlepszą uczennicą?

- Jest pani siostrą Adama? – powtórzyła Mzinka ze zbaraniałą miną.

Obie z Kostką wytrzeszczyły ze zdumieniem oczy. Między rodzeństwem musiała być spora różnica wieku.

- Widzicie, jaki świat jest mały?

- A gdzie Adaś? – Zofia rozejrzała się nerwowo.

Z tyłu samochodu przyszłych teściów dojrzała dwie sylwetki i szybko podbiegła do drzwi. – Tu się schowaliście!

Wielki, zwalisty pan młody zaczął niezdarnie gramolić się z samochodu. Z drugiej strony równie niezgrabnie wysiadł szczupły brunecik z wąsikiem.

- Ten to kto? – zapytała nieufnie Mańka.

- Przyjaciel Adama – odpowiedziała Urszula. – Świadek. I drużba weselny.

Goście powoli zaczęli wchodzić do domu, wprowadzeni przez rodziców Zofii. Z twarzy tej ostatniej znikł gdzieś nagle uśmiech, a w jego miejsce pojawił się cień nadający dziewczynie zasępiony wyraz twarzy.

- Zośka – szepnęła Mzinka. – Coś się stało?

- Jest napity. Obaj przyjechali już dziabnięci. Boże, dopiero dziewiąta… Dziewczyny… – popatrzyła rozpaczliwym wzrokiem na koleżanki. – W co ja…

- … się wpakowałam, chcesz powiedzieć?

- Zośka, jeszcze masz szansę na odwrót…

- Nie. Zresztą, nie przesadzajcie. Nic takiego się nie stało. On tak na odwagę – spróbowała obrócić sprawę w żart, ale tak naprawdę chciało jej się płakać.

- Wróblowie przyjechali! – krzyknęła z góry Baśka, siostra Zofii, wychylając się przez poręcz balkonu. – Wyjdź do nich.

Dziewczyna zawróciła bez słowa w kierunku furtki. Mzinka i Kostka popatrzyły za nią z troską.

- Moi drodzy, kto chce skorzystać z łazienki na piętrze, to bardzo proszę teraz. Niedługo Zosia będzie musiała się czesać i ubierać.

- To może my pójdziemy najpierw, co, chłopaki? – zaproponował Mateusz.

- Jestem za – powiedział Szczupak.

- Ja też. Nie będziemy siedzieć godzinami, jak one.

- To chodźmy.

Spokojnie zdążyli skorzystać z łazienki tylko Szczupak i Mateusz. Rodzina panny młodej korzystała z drugiej w suterenach. Przewidywane nadejście fryzjerki spowodowało wtargnięcie Zofii w momencie, gdy Jaś kończył mycie.

- Wyłaź – powiedziała nerwowo. – Muszę się wykąpać, za pół godziny będę się czesać.

Zaczęła napuszczać wody do wanny stojącej po lewej stronie od wejścia.

- Ale ja strasznie zarośnięty jestem!

Atmosfera stała się nagle nerwowa. W łazience upchnęły się ostatecznie cztery osoby. Zofia siedziała w wannie schowana po same uszy w pianie, a pod przeciwległą ścianą myła się na raty przy umywalce Kostka. W głębi pomieszczenia, pod oknem, przebierała się i czesała Mańka. Obok niej, odwrócony tyłem do dziewcząt, golił się jedną ręką Jaś, trzymając w drugiej małe lusterko.

- Nie podglądaj, cwaniaczku – roześmiała się Kostka. – Niby to się odwrócił, a w lustereczko się gapi!

- Jak mam się, według ciebie, ogolić bez lusterka?

- Nie wiem, nigdy się nie goliłam.

- Jezus drogi, co tu tak śmierdzi? – Zofia nerwowo pokręciła nosem.

- Może dezodorant Kostki? – odgryzł się Jaś i dostał w głowę mokrą gąbką.

- Auć! Zwariowałaś?

- Coś jakby spalenizna – dociekała nadal Zofia.

- A – powiedziała Mańka – to pewnie ja. Trochę sobie włosy przypiekłam lokówką.

- Trochę? Czuć zgliszczami. Zostało ci w ogóle coś jeszcze na tej głowie?

- Spokojna twoja rozczochrana. Całkiem sporo. Kurczę… z tej strony chyba faktycznie nadpaliłam końce.

- Rozczochrana! – przypomniała sobie Zofia i uznała, że czas popaść w panikę. – Matko Boska, czesać się muszę. Pośpieszcie się i wyłaźcie stąd!

Ktoś załomotał w drzwi.

- Czego tam? Panna młoda się moczy!

- Moczyłam się, jak byłam mała – mruknęła Zofia. – W pieluchy, nie do wanny.

- To ja – odezwała się Barbara. – Chciałam powiedzieć, że zabieram Ulę i Marzenkę na dół, nie musicie się tak bardzo spieszyć.

- Musimy – odpowiedziała nerwowo jej siostra. – Zaraz przychodzi fryzjerka.

Gdy najgorsze zamieszanie powoli się uspokoiło, do ślubu pozostało niewiele czasu.

- Orkiestra przyjechała! – zdenerwowana matka panny młodej zaczęła biegać po całym domu i zaganiać gości do największego pokoju.

Barbara dokonywała ostatnich poprawek przy stroju młodszej siostry. Blada na twarzy pod warstwą pudru Zofia z poważną miną obracała się jak robot dookoła, otoczona wianuszkiem ciekawych koleżanek.

- Nie stójcie tak tutaj wszyscy, zapraszamy do pokoju – zakomenderowała stanowczo matka. – Pora na błogosławieństwo zaraz.

Posłusznie przeszli we wskazane miejsce. Kostka rzuciła okiem przez okno. Wiatr nie ustawał, ołowiane chmury rozjaśniły się nieco, ale nadal nie przepuszczały słońca. Wzdrygnęła się na myśl o tym, że trzeba będzie wyjść na zewnątrz. Termometr wskazywał zaledwie dwa stopnie, a ona miała na sobie cieniutką białą bluzeczkę przetykaną złotymi nićmi i kolorową spódnicę z jedwabiu. Poprzedzająca wyjazd na wesele Zofii pogoda była piękna i Kostka lekkomyślnie nie wzięła ze sobą niczego ciepłego na wszelki wypadek. Miała tylko cienki prochowiec w kolorze błękitu, podkreślający barwę jej oczu. Ubrania podróżne i robocze w żadnym wypadku nie nadawały się na publiczne występy.

Drgnęła, gdy okolicę zalała nagle wybuchła fala dźwięków. Dudnienie bębna rozlegało się chyba w całych Dąbrówkach, a melodia saksofonu i klarnetu skojarzyła jej się z jakimś jarmarcznym widowiskiem. Po raz pierwszy w życiu spotykała się z czymś podobnym. W akompaniamencie ryku akordeonu i bębnienia orkiestra wtarabaniła się w marszowym rytmie do domu i wkrótce zaczęło być ją słychać na schodach, coraz bliżej. Kostce nie chciało się wierzyć w to, co widzi i słyszy. Po stłoczonym w pokoju tłumie gości przeszedł szmer podnieconych szeptów. Niektóre kobiety pochlipywały ukradkiem, dyskretnie podnosząc do oczu chusteczki. Zofia stała wyprostowana i sztywna obok Adama. Jej wąskie, zaciśnięte w tej chwili usta zdradzały zdenerwowanie.

Kostka rozejrzała się dyskretnie. Wszyscy, z jej paczką przyjaciół włącznie, stali w skupieniu i oczekiwaniu, przyoblekłszy twarze w powagę. Odniosła nagle wrażenie nierealności obserwowanych wydarzeń, które w późniejszych latach miało jej jeszcze wiele razy towarzyszyć. Wydało jej się, że to wszystko wokół to jakaś farsa albo sen, z którego obudzi się we własnym łóżku. Odkąd usłyszała orkiestrę, nieopanowanie chciało jej się śmiać, chociaż chwila była uroczysta i wszyscy skupili się na nadaniu jej należytej powagi. Czuła się jak za szybą, jakby oglądała z zewnątrz jakiś sztuczny, wyreżyserowany i niezbyt mądry spektakl, z którego sami aktorzy będą się śmiać serdecznie po zakończeniu. Zastanawiała się w duchu, jak to jest możliwe, żeby tylu ludzi brało na serio ten cały cyrk, tę orkiestrę rzępolącą rzewnie pieśń „Serdeczna Matko” nijak nie przystającą do okoliczności, te wszystkie machania przed oczami klęczącej jak za karę młodej pary krucyfiksem przystrojonym w pęk asparagusa i kokardę, te szlochy… Nie dowierzała temu, co widziała. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy odczuła swoją inność. Była w zdecydowanej mniejszości, nawet w gronie własnych przyjaciół, którzy bez trudu utrzymywali powagę. W oczach dziewczyn dostrzegła nawet łzy wzruszenia.

- Dziwne – pomyślała. – Dałabym głowę, że to oni wszyscy są stuknięci. Ale to ja jestem ta jedyna, oni są w większości. Wszyscy zachowują się tak, jakby to, co się tu dzieje, uważali za najnormalniejsze w świecie.

Nie umiała wytłumaczyć sobie tego paradoksu.

Kiedy rodzice panny i pana młodego zakończyli wygłaszanie przemów i błogosławieństw, była już najwyższa pora wychodzić do kościoła.

- Zmarzniesz – powiedziała Mzinka, obrzucając Kostkę sceptycznym spojrzeniem. – Chodźmy na górę, dam ci mój sweter.

- Głupiaś, przecież się nie zmieszczę – roześmiała się Kostka. – Jestem od ciebie dwa razy wyższa i trzy razy grubsza.

Zmieścisz się – Mzinka energicznie potrząsnęła rudą czupryną. – To ten sweter góralski, co mi go matka z Zakopca przywiozła. Widziałaś, że mogę się nim cztery razy owinąć.

- I ma powyciągane dojki do kolan, już wiem, który. Jest w takim szaro-nieokreślonym kolorze?

- Tak, ten. Wleziesz w niego jak nic.

- Będzie w sam raz do tego cyrku.

- Ty… – powiedziała Mzinka i urwała.

Przyjrzała się Kostce uważnie.

- Ty też odniosłaś takie wrażenie?

- Chwała Bogu! – westchnęła Kostka. – Już myślałam, że to tylko ja…

- Nie, nie tylko ty.

- Marzena, co to w ogóle miało być?

- Nic, życie. Małe miasteczko, folklor, tradycja ludowa… Polska po prostu.

- Jaka Polska? Jak dwadzieścia lat na tym świecie żyję…

- Przypominam ci, że ja żyję o dwa dni mniej, stara łupo – zachichotała Mzinka. – A wiem o życiu więcej niż ty. Ubieraj się i chodź, wszyscy już wychodzą. Patrz i ucz się!

Tłum gości wyległ na zewnątrz i powoli formował się w orszak. Na czele stanęła dudniąca bez przerwy orkiestra, za którą mieli podążać państwo młodzi. Wściekły wicher targał welonem Zofii, rozwiewał fryzury, szarpał kwiaty. Kostka, zaopatrzona w sweter z owczej wełny i zamotana w szczelnie zapięty płaszcz, zastanawiała się, jak panna młoda, odziana w samą cieniusieńką suknię z obnażonymi plecami i dekoltem, przeżyje tę eskapadę. Urszula podbiegła do jej rodziców, przez chwilę konferowała z matką i starszą siostrą dziewczyny. Na koniec zbliżyła się do młodych, dzierżąc w dłoni jakąś szmatkę. Była to cienka jak mgiełka, biała apaszka, którą zarzuciła przyjaciółce na ramiona. Wróciła zła.

- Próbowałam ich wszystkich przekonać, że młodzi powinni pojechać samochodem. Zośka przecież zamarznie na tym wygwizdowie. Ale gdzie tam, nie ma mowy! Rodzina się uparła i mają drałować piechotą. Byłam w tym kościele, to cholernie daleko stąd.

- Przecież chodzi o to, żeby cała wieś widziała i słyszała, że panna Łozówna wychodzi za mąż i żeby już nie było żadnych wątpliwości – żachnęła się Mańka.

Mzinka i Kostka pokiwały potakująco głowami.

- Pół biedy Adam, on ma garnitur.

- Ja też mam garnitur – powiedział Szczupak – i do tego płaszcz. A mimo to zimno mi jak cholera.

- Mam w dupie małe miasteczka – odezwała się nagle Kostka z mocą. – Mam w dupie małe miasteczka. Mam w dupie małe miasteczka!

- Cicho, nie drzyj się tak, odbiło ci?

Roześmiała się.

- To nie ja, to Bursa.

- Co to jest Bursa?

- Kto, nie co. Poeta taki. Do szkoły nie chodziliście?

- Z poezji ostatnio czytałam zbiór zadań z rachunku prawdopodobieństwa – stwierdziła smętnie Mzinka.

- A ja ze statystyki – westchnęła Urszula.

- Nie rozczulajcie się tak nad sobą – powiedział Jaś. – Ja mam na najbliższy czwartek przeczytać „Braci Karamazow” w oryginale. A jeszcze nawet nie zacząłem.