18 maja 2022

14. Rozdział I. 1989 - 3

Zapraszam do czytania trzeciego odcinka powieści. Ponieważ niektórzy chcieliby przypominać sobie poprzednie, zgromadziłam linki do poszczególnych odcinków w jednym miejscu, pod zdjęciami moich tomików.

****************************************************************************************************************************************************

Rozdział I. 1989

3.

Zofia Łoza mieszkała na zacofanym ekonomicznie terenie w pobliżu granicy z Ukrainą, dokąd nie dotarła jeszcze kolej zelektryfikowana. Do Dąbrówek dojechali pociągiem spalinowym, który wlókł za sobą dwa niewielkie wagony wyglądające jak, nie przymierzając, sprzed pierwszej wojny światowej albo z dobranocki o Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie. Ochrzcili go „kowbojką” i przez całą drogę zaśmiewali się z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Żadne z nich nigdy wcześniej nie jechało czymś podobnym. Przedpotopowy skład zatrzymał się na maleńkiej stacyjce, gdzie nie było nawet peronów. Rozbawione towarzystwo wysiadało, a raczej zeskakiwało z wysokich stopni wagonu prosto na wysypaną żwirem ziemię. Jaś, chłopak Mańki, razem ze Szczupakiem szarmancko podawali rękę koleżankom, chroniąc je przed upadkiem albo skręceniem nogi. Poza nimi wokół nie było żywego ducha.

Od strony zagajniczka oddzielającego przystanek kolejowy od oddalonej o cztery kilometry mieściny zbliżał się może dwunastoletni chłopiec prowadzący duży, rozklekotany rower z koszem na zakupy i bagażnikiem. Smoliście czarna czupryna, smagła cera i ciemne spojrzenie spode łba aż nadto świadczyły o podobieństwie do starszej siostry.

- Cześć, Jacuś! – wykrzyknęła dziarsko Mzinka i pomachała w stronę chłopca. Ona jedna znała osobiście brata Zośki.

- Dzień dobry – przywitał się poważnie dwunastolatek.

Z racji spoczywającej na nim odpowiedzialności za przyprowadzenie gości czuł się ważny i prawie dorosły. – Dajcie, co macie najcięższe.

Władowali na rower część toreb i ruszyli ścieżką przez las.

- Marzena – zwrócił się do rudowłosej chłopak. – Siodełko jest wolne, jak chcesz, to usiądź. Poradzę.

Mzinka zachichotała i już była gotowa skorzystać z propozycji, gdy powstrzymały ją oburzone głosy.

- Nie ma tak!

- Co to za nepotyzm?

- Nie zgadzamy się.

Wśród śmiechów i przekomarzania szli dalej, depcząc wyschniętą, zeszłoroczną ściółkę i resztki liści zalegających od jesieni. Elegancka para, która w mieście otwierała pochód, tym razem szła na samym końcu i dyskutowała o czymś przyciszonymi głosami. Mateusz, olśniewający urodą blondyn, wyglądał na nie do końca zadowolonego, choć łagodny uśmiech nie schodził mu z pięknej twarzy. Można by rzec, że był nieodzownym elementem jego wytwornej osobowości. Kostka, której umysłu ani serca nie zaprzątał już albo jeszcze żaden mężczyzna, szóstym zmysłem wychwyciła jakiś nieuchwytny fałsz tej sytuacji, zwiastun napięcia, jakie powstało między dwojgiem tamtych.

Dom, w którym mieszkała Zofia, był murowanym klockiem, jakie stawiało się w czasach PRL-u. Wielopiętrowy, z sutereną, gdzie mieściły się piwnica, kotłownia i tzw. letnia kuchnia oraz z surowym, nigdy nie wykończonym strychem, służył wielopokoleniowej rodzinie, w której zawsze było dużo dzieci.

W chwili, gdy przyjaciele byli już prawie u celu podróży, dziewczyna krzątała się po domu, pomagając matce, babci, starszej siostrze i armii złożonej z ciotek i sąsiadek w szorowaniu do białości każdego, nawet najmniejszego detalu wyposażenia, mimo że wesele miało się odbyć w domu ludowym. Przyjezdnym należało zapewnić nocleg, a w tak małej miejscowości próżno by szukać hotelu. Era agroturystyki jeszcze nie nadeszła.

- Jesteście! – Zofia porzuciła szmaty, szczotki i miedniczki.

Radośnie pobiegła przywitać przyjaciół zaanonsowanych przez brata. Co prawda, odkąd widzieli się po raz ostatni, minęły zaledwie trzy dni, ale tym razem spotykali się w całkowicie innych, jakże odmiennych od zwyczajnych okolicznościach.

- Ula! Mateusz! Kostka!... – Zofia rzucała się każdemu po kolei na szyję.

Ściskali się, jakby to było ich pierwsze spotkanie od wielu lat.

- No, jak jest?

- Zocha, jak się czujesz?

- Pierwsza panna młoda!

- Prawdę powiedziawszy, w ogóle się nie czuję – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Jest tyle roboty, że nie mam czasu po tyłku się podrapać. Ale dajemy radę. Dla was też coś się znajdzie.

- Dawaj, w czym trzeba pomóc? – Marzena nie zasypiała gruszek w popiele.

- Narąbać drewna? – zaoferował się Jaś.

- Nie, poczekajcie, spokojnie – Zofia studziła ich zapał ze śmiechem. – Najpierw wejdźcie, rozbierzcie się, rozpakujcie, powoli, powoli. Odpoczniecie po podróży, zjemy obiad i wtedy się przejdziemy.

- Dokąd?

- Bierzesz nas na spacer?

- I tak, i nie. Trzeba przystroić salę. Zostawiliśmy to dla was. No, ja też będę, oczywiście.

- Ekstra! – ucieszyła się Kostka. – Podoba mi się taka robota. W życiu nie byłam w żadnym domu ludowym.

- Poważnie?

- A gdzie miała być? Zośka, ona nawet rodziny na wsi nie ma. To stateczna mieszczka.

- No, no, tylko sobie nie mieszczka!

- Chodźcie, chodźcie – poganiała Zofia.

Prowadziła gości na piętro wąską klatką schodową. Wszystkie ściany domu wyłożone były boazeriami i ozdobione mnóstwem obrazków. Kostka krzywiła się w duchu na widok oleodrukowych podobizn świętych ozdobionych sztucznymi kwiatami. Czuła się w tym obcym, tandetnie i jednocześnie z przepychem wyposażonym domu nieswojo. Nie lubiła kiczu, starych przedmiotów i brudu. Dziwiła się zawsze ostrzeżeniom, które przedstawiano zwiedzającym we wszystkich muzeach. Nie mogła sobie wyobrazić, że ktoś dobrowolnie chciałby dotknąć jakiegokolwiek eksponatu. Ją samą odstręczała od tego świadomość, że wystawione przedmioty są stare, więc zapewne zakurzone, niektóre wręcz wyglądają na lepiące się od brudu. Każdą wystawę, każdą ekspozycję muzealną oglądała, trzymając ręce blisko tułowia lub miętosząc w nich torebkę, chusteczkę albo jakikolwiek drobny przedmiot. To zwiększało jej pewność, że nawet przez przypadek niczego innego nie dotknie. Mimo to jej pierwszą czynnością po przyjściu do domu zawsze było umycie rąk, jakby już samo muzealne powietrze brudziło.

Z tych samych powodów nie lubiła starych kościołów. Nie umiała odnaleźć w ciemnym wnętrzu, które mieściło w sobie tyle figur, obrazów, ozdób, rzeźb, krucyfiksów i innych przedmiotów pokrytych patyną wieków. Odnosiła wrażenie, że brud wiruje w powietrzu i oblepia wszystkich, którzy wchodzą do świątyni. Dom rodzinny Zofii z całą pewnością nie był brudny ani zaniedbany, jednak obudził w Kostce nieprzyjemne skojarzenia. Wszechobecne boazerie, meble na wysoki połysk, wzorzyste dywany, niezliczone bibeloty, poduszki, serwetki i wyjątkowo przez nią nielubiane sztuczne kwiaty, to nie było środowisko, w którym by się dobrze czuła. Na szczęście to tylko dwie noce, a właściwie jedna, bo przyjechali przecież na wesele. Postanowiła potraktować rzecz w kategorii ciekawostki i nie zwracać uwagi ani na złote Matki Boskie w grubych ramach, z oczami domalowanymi pędzelkiem maczanym w czarnej i błękitnej farbce, ani na bujne okazy plastikowych róż, paproci i bluszczów.

Zofia otworzyła drzwi ogromnego pokoju.

- Tutaj będziecie dzisiaj spać – obrzuciła grupę uważnym spojrzeniem. – Na tym narożniku, gdy się go rozłoży, zmieszczą się cztery osoby. A tu jest wersalka – wskazała na przeciwległy kąt. – To jeszcze dwie. Ty – zwróciła się do Kostki – chodź ze mną, dostaniesz nocleg dla VIP-ów. Będziesz miała zaszczyt spędzić noc na jednym łóżku z panną młodą, jej ostatnią w panieńskim stanie.

Kostka uśmiechnęła się blado. Była wdzięczna koleżance za taktowne wybrnięcie z sytuacji, tym niemniej poczuła się głupio, jak piąte koło u wozu, jedyna bez pary w tym towarzystwie. Jednocześnie w największej skrytości ducha pomyślała, że Zośka wybawiła ją z opresji. Nie paliła się do oglądania wieczornych czułości sześciorga przyjaciół. Mimo że nikt jej w ten sposób nie traktował, czułaby się jak ciotka przyzwoitka. Do tego świeża, nie zabliźniona jeszcze rana odzywała się zawsze wtedy, gdy zakochani zajmowali się sobą i świat wokół jakby przestawał dla nich istnieć. Ukłucie w samo serce przychodziło zawsze znienacka, choć mogła się go spodziewać.

Jarka poznała dzięki Mańce, chociaż nikt celowo nie aranżował spotkania. Przyjaciółka mieszkała z matką, emerytowaną tłumaczką z języka francuskiego, na tym samym osiedlu, co Kostka, na siódmym piętrze w drugiej klatce betonowej szafy pomalowanej na lilaróż. W mieszkaniu brakowało męskiej ręki, ojciec Marii bowiem najpierw zostawił żonę z malutką córeczką, a potem zmarł. Od dłuższego czasu aż się prosiło o remont. Pomoc obiecał im młody sąsiad zza ściany, wysoki, ciemnowłosy okularnik o imieniu Mariusz. Zobowiązał się przyprowadzić swojego brata i we dwóch mieli szybko uwinąć się z położeniem nowych tapet w pokojach oraz z odświeżeniem kuchni i przedpokoju.

Kostka spędzała u Mańki sporo czasu, zwłaszcza, że była to jej najbliższa osiedlowa sąsiadka. Czasem zostawała u niej na noc, gdy uczyły się wspólnie do egzaminów i kolokwiów lub gdy Mańka z matką wyjeżdżały do rodziny i trzeba było zostać z czarnym owczarkiem nizinnym o imieniu Bąbel. Chętnie zobowiązała się do pomocy przy remoncie – sprzątania nie mogło braknąć nawet przed jego zakończeniem. Mariusz zatrudnił do pomocy o osiem lat młodszego brata i w ten sposób Kostka poznała Jarka. Od pierwszego spojrzenia skonstatowała, że stanowi on niemal ucieleśnienie jej ideału: wysoki, jasnowłosy, niebieskooki, kończył już studia prawnicze i, co najważniejsze, nie miał dziewczyny. Kostka z Mańką przytrzymywały pracującym braciom Zimeckim długie pasy pociętych tapet, aby nie zwijały się przy smarowaniu klejem, donosiły talerze z misternie ozdobionymi kanapkami (specjalność Kostki), herbatą i kawą. Konstancji trzęsły się ręce, nie miała wprawy w noszeniu szklanek na spodeczkach ani na tacy, a tym bardziej nie chciała skompromitować się rozlaniem napoju przed Jarkiem. Mańka z matką podśmiewały się z niej ukradkiem i mrugały do siebie znacząco, a ona słała im piorunujące spojrzenia.

Jarek zaraz pierwszego dnia odprowadził ją do domu i tak już zostało. Nie skończyło się bynajmniej na komplementach dotyczących jej nóg. Remont u Mańki rozpoczął się początkiem maja, a pod koniec czerwca szczęśliwa i dumna ze swego chłopaka Kostka z całych sił kibicowała Jarkowi pod drzwiami, za którymi bronił właśnie tytułu magister iuris. Była jedną z tych młodych kobiet, które – stłoczone w ciasnym korytarzyku UMCS-u – miały za kogo ściskać kciuki albo modlić się po cichu, czując jednocześnie wspólnotę z pozostałymi.

Spotykali się przez całe wakacje, codziennie. We wrześniu Jarek został powołany do odbycia obowiązkowej, pięciomiesięcznej służby wojskowej dla absolwentów wyższych uczelni.

- Pamiętaj, pisz jak najczęściej – powiedziała na pożegnanie Kostka.

- Będę – obiecał.

I tyle go widziała.

Mniej więcej pod koniec października dostała jedną, jedyną pocztówkę z widoczkami Elbląga. Na odwrocie przeczytała: Serdeczne pozdrowienia z wojska przesyła Jarek. P. S. Ćwiczymy tutaj musztrę, czyli tup, tup, raz, dwa.

„Co to, kurwa, ma być?” – pomyślała oniemiała i popędziła do Mańki.

Wściekłość zaniosła ją piechotą na siódme piętro, tym razem nie miała cierpliwości czekać na windę. Kipiącej oburzeniem, rozżalonej, otworzyła drzwi matka Marii.

- Oho, Kostka wkurzona. Wchodź, mów, co się stało.

- Cześć, no właź prędzej. – Mańka wychynęła zza pleców rodzicielki.

- Co jest?

Kostka bez słowa podała koleżance pocztówkę.

- Co to jest? – powiedziała Maria z najwyższym zdumieniem. – Co to ma być? Tup, tup, raz, dwa?... Zdurniał? Mamusia coś z tego rozumie? – podała kartkę dalej.

Matka Marii uśmiechnęła się z niedowierzaniem i pokręciła głową.

- Idiota – zawyrokowała krótko i weszła do pokoju.

Poza tą jedną, jedyną kartką Jarek nie przysłał nic więcej. Kostka smutniała z dnia na dzień, choć nie traciła nadziei. Tłumaczyła sobie jego milczenie rozmaitymi przeszkodami natury zewnętrznej. Wojsko, brak możliwości wychodzenia z jednostki, cenzurowanie poczty, każdy pomysł był dobry, jeśli udawało się choć na chwilę uśmierzyć niepokój i podejrzenia, które zdradziecko podpełzały do gardła.

Święta Bożego Narodzenia były jak katorga, w czasie której wytchnienia szukała we wnętrzu tajemniczego świata odbijającego się w szklanych bombkach. Wpatrywała się w nie godzinami, nie zdając sobie sprawy z tego, że płacze. Jarek nie przysłał nawet życzeń i tego już nie potrafiła sobie sensownie wytłumaczyć.

W przeddzień sylwestra Kostka razem z Mańką pojechały po zakupy na targ. Ich paczka jak zwykle planowała spędzić tę noc razem, w akademikach. Potrzebowały kupić trochę słodyczy, przekąsek i składników na kanapki. Wokół zaśnieżonej hali targowej kłębił się tłum ludzi, którzy w ostatniej chwili dokonywali zakupów na jutrzejszy wieczór. W pewnym momencie serce Kostki zabiło gwałtownie, jakby tknięte niedobrym przeczuciem chciało uprzedzić wydarzenia, które miały rozegrać się w następnej chwili. Wydawało jej się, że w tłumie mignęła jej wysoka postać o jasnych włosach, a za chwilę była już pewna, że to nie przywidzenie.

- Mańka… – powiedziała słabo i gwałtownie stanęła w miejscu.

Koleżanka wpadła jej na plecy. W takiej ciżbie nie należało się zatrzymywać.

- Co robisz? – zaczęła Mańka i urwała nagle.

Jej wzrok podążył za wzrokiem Kostki, która zastygła w bezruchu nie bacząc na to, że tłum popychał ją i potrącał z wszystkich stron. Z naprzeciwka, prosto na nie, szedł Jarek. Nie widział ich. Kostka patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem. Przyjechał? Nie uprzedził? Nie zadzwonił? Pewnie nie zdążył, może dopiero dzisiaj go puścili, z Elbląga jest tak daleko…

- O, nie – wycedziła przez zęby Mańka. – Tak to nie będzie, mój miły kolego. Jarek! – krzyknęła nagle i stanowczo, aż obejrzało się kilka osób. Mężczyzna zobaczył je nareszcie i lekko uśmiechnął się, jakby zaskoczony.

- O, dziewczyny – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Cześć.

- Cześć? – powiedziała zdenerwowana Maria. – I to wszystko?

Spojrzała na przyjaciółkę. Kostka stała nadal w bezruchu i zagryzała wargi, blada, nie mogąca wydobyć z siebie słowa.

- Jesteś w domu – wydusiła z siebie niemal szeptem.

Głos wiązł jej w gardle. Bardziej stwierdziła niż zapytała, zresztą, nie było o co pytać.

- No, jestem. Od poniedziałku. Właściwie w nocy w niedzielę przyjechałem.

- Od poniedziałku? – głos Mańki brzmiał złowieszczo, jakby za chwilę miała poprowadzić rozmówcę na rozstrzelanie.

Kostka milczała. Czuła, jak do gardła podpełza jej dziwny chłód, ogarniający całe ciało. Myślała rozpaczliwie, że przecież jest zima, śnieg, mróz… Cholerny mróz. To naturalne, że marzła. Zimna zima, Zimecki Jarosław, zimno… – błąkało jej się głupio po głowie. Jednocześnie machinalnie rozpinała płaszcz, jakby na tym mrozie dopadło ją niespodziane gorąco. W okolicy żołądka czuła kamienny, ciężki ucisk.

- Od poniedziałku? Jesteś tu już piąty dzień?

- Tak, mam dwa tygodnie przepustki. Co robicie jutro wieczorem? – obojętnym tonem zmienił temat.

- Co robimy jutro wieczorem? – powtórzyła Maria z niedowierzaniem. – Ty nas pytasz, co robimy jutro wieczorem?

Kostka jakby bezwiednie podniosła do czoła rękę, w której ściskała pęczek drogiej, szklarniowej rzodkiewki, zimowego rarytasu na specjalne okazje. Jej gest wyrażał całkowitą bezradność.

- No fakt, głupio zagaiłem – roześmiał się Jarek.

W jego śmiechu brzmiała tylko niewymuszona swoboda.

- Przecież jutro sylwester. Pewnie idziecie gdzieś na balety.

- Pewnie idziemy – prawie wysyczała Maria. – A ty? Też masz plany baletowe?

- Mam, oczywiście, przecież w taką noc wszyscy się bawią.

- Taak? To ciekawe. I gdzie niby będziesz się bawił?

- Jadę do koleżanki.

- Do koleżanki? – jadowity ton zdradzał emocje, które ledwo powściągała.

- Tak, do Wioli. Zresztą, nie znacie jej. Mieszka za Głuchoniemicami.

- Ach, tak… Do Wioli. Rozumiem, za Głuchoniemicami.

W głosie Mańki gotowała się wściekłość.

- W takim razie baw się dobrze i wszystkiego najlepszego w nowym roku, nam się śpieszy – pociągnęła za sobą bladą jak ściana przyjaciółkę.

- Wszystkiego dobrego – odpowiedział. – Tobie Kostka też, co tak nic nie mówisz?

- Chodź, chodź – Maria zignorowała ostatnie słowa Jarka.

Wyprowadziła koleżankę z placu targowego za rękę, jak dziecko. Przez całą drogę na Plac Zwycięstwa, do przystanku autobusowego, a potem i w autobusie Kostka nadal nie odezwała się ani słowem. Tylko łzy jak grochy toczyły jej się po policzkach.

- Nie rycz – próbowała ją uspokoić Mańka. – Nie rycz, bo ci łzy na twarzy zamarzną. Uduszę debila, jak pragnę zdrowia… Nogi z dupy powyrywam. Kostka… proszę… nie płacz… Chodź, pójdziemy do mnie. Nie możesz być teraz sama.

Matka Mańki otworzyła im drzwi, Bąbel obskoczył je i obszczekał radośnie. Kostka, prawie sina na twarzy od stresu, mrozu i łez, pogłaskała kudłatego psa w milczeniu.

- Oho – zawyrokowała kobieta, oceniwszy sytuację fachowym okiem. – Niech zgadnę. Jareczek?

- Jareczek – powiedziała niechętnie Maria, wpychając do mieszkania bezwolną, zmartwiałą Kostkę. – Bąbel, uspokój się wreszcie, do jasnej cholery!

- Uuu… Niedobrze. Kostka, chodź do mnie. Usiądź, dziewczyno. Tu, w fotelu, żebyśmy cię nie musiały zbierać z podłogi, boś za ciężka. Maryniu, zrób jej herbaty albo kawy…

Kostka machinalnie poddała się poleceniom. Jej twarz nie zmieniła wyrazu nawet wtedy, gdy matka Mańki próbowała żartować.

- Poważna sprawa… Marysiu, opowiedz, co się stało. Przecież ta niemota całkiem języka w gębie zapomniała.

W czasie, gdy Mańka relacjonowała matce wydarzenia, Kostka jakby odtajała w cieple mieszkania i na jej „rozmrożonej” twarzy z powrotem pojawiły się łzy. Z każdą chwilą było ich coraz więcej i więcej. W końcu zaszlochała rozpaczliwie. Matka Marii westchnęła.

- No, widzę, że tutaj niewiele może pomóc… Chyba tylko kutia. Mam jeszcze od Wigilii. Kostka, zjesz trochę kutii?

- M… y… hy… – dziewczyna zaniosła się płaczem.

Mańka wybiegła z pokoju i w rekordowym tempie powróciła z solidną porcją specjału. Na widok miseczki z ulubionym smakołykiem Kostka nareszcie nieco się ożywiła. W milczeniu pochłonęła przysmak, jakby od tygodnia nie miała nic w ustach. Maria razem z matką przyglądały jej się przez cały czas uważnie.

- Jeszcze?

- Poproszę – skinęła głową Kostka i pociągnęła nosem.

Było to jej pierwsze słowo na drodze żmudnej rekonwalescencji.

- Będzie żyła – zawyrokowała matka Mańki i obie uśmiechnęły się do Kostki.

Jarek jeszcze tylko raz stanął na drodze dziewczyny. Spotkawszy go jakiś czas później na ulicy ze wspomnianą Wiolą za rękę, zaczepiła ich i przywitała się ostentacyjnie, taksując przy tym uważnym, bezczelnym spojrzeniem konkurentkę z góry na dół. W pierwszej chwili poczuła, że jeszcze nigdy i przez nikogo nie została tak straszliwie upokorzona. Porzucił ją tak beztrosko dla takiego czegoś, dla tego z grubsza ociosanego kołka o wyglądzie członkini koła gospodyń wiejskich! Śmiertelnie ugodzona duma i urażona ambicja kazały jej jednak natychmiast przekuć porażkę w sukces. Skoro wolał takie coś od niej, to widać kompletnie na nią nie zasługiwał, bo był ślepym i niedorozwiniętym głupkiem. Wsiowy babon będzie dla niego w sam raz wystarczający! Rozdział zatytułowany „Jarek Zimecki” Konstancja Bilczecka nie tak zamknęła, ale zatrzasnęła z hukiem tamtego dnia.

Wszystkie te, świeże jeszcze, wspomnienia wróciły do niej na ułamki sekund, gdy posłusznie dała się prowadzić Zofii na drugie piętro. Drewniane schody dudniły pod zamaszystymi krokami gospodyni przeskakującej po dwa stopnie.

- Tutaj – pchnęła drzwi prowadzące do zagraconej klitki.

W kiszkowatym, długim a wąskim pokoju mieścił się stół z czterema krzesłami, błyszczący politurą kredens z początku lat siedemdziesiątych, szafa i długi rząd biblioteczek zastawiony od podłogi po sufit książkami, ciasno ustawionymi w podwójnych rzędach i poupychanymi w poprzek w każdej wolnej przestrzeni. W tym miejscu Kostka poczuła się znacznie lepiej. Tam, gdzie znajdowało się tyle książek, musiało być dobrze.

Szafę zasłaniała prawie w całości wisząca na wierzchu śnieżnobiała suknia Zofii z odkrytymi ramionami, obficie ozdobiona koronkami, a u dołu falbanami i białymi kwiatami. Na sukni rozwieszony został długi, prosty, półprzeźroczysty welon. Czółenka na wysokiej szpilce stały wsunięte do połowy pod szafę. Na widok tego uroczystego i jakby ostatecznie pieczętującego nieodwołalność powziętej decyzji stroju Kostka poczuła coś jakby dreszcz przenikający ją całą, trochę z zachwytu nad tą odmiennością Zośczynego świata, a trochę ze zgrozy, jaką pociągała za sobą powaga zbliżającej się chwili.

Równolegle do regałów z książkami stał szeroki tapczan tapicerowany w okropnym, buraczkowym kolorze, którego szczerze nie znosiła.

- Tutaj będziemy sobie spokojnie spały – powiedziała Zofia. – Rozgość się, o, tu możesz położyć swoje rzeczy. Potrzebujesz się przebrać?

- Nie, tylko ręce bym chciała umyć.

- Chodź, pokażę ci, gdzie jest łazienka i zaraz schodzimy na obiad.

14 maja 2022

13. Świnie nie chodzą pijane

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, skąd biorą się dziwaczne powiedzenia, które – rozumiane dosłownie – stają się bezsensowne? Pytanie o etymologię kilku z nich dostałam w czasie obrony mojej pracy magisterskiej. Takich związków frazeologicznych jest dużo, być może nie zmieszczę w jednym poście wszystkich, o których chcę coś napisać. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje.

1. Pijany jak świnia – Czy świnie chodzą pijane?

Wbrew pozorom to wyrażenie nie odnosi się do zwierzęcia, a do śląskiego rodu Świnków, który osiedlił się w XIII w. na Dolnym Śląsku, w zamku Świny. W okolicy znany był z częstego organizowania wystawnych libacji alkoholowych, a nawet pijackich turniejów. Imprezy te przeszły do historii utrwalone w języku.

2. Na szarym końcu – Dlaczego koniec miałby być szary i czego to jest koniec?

Powiedzenie to również wiąże się ze szlacheckimi ucztami. Najwyższych rangą dostojników sadzano przy stole na najzaszczytniejszych miejscach, które znajdowały się na początku szeregu stołów. Kładziono na nich bardzo drogie, bielusieńkie obrusy. Na końcu zaś, gdzie sadzano biedniejszą i pośledniejszą stanowiskami szlachtę, obrusy były tanie, z surowego, szarego, niebielonego płótna. Stąd wziął się „szary koniec”.

3. Pal sześć – Spalić, ale sześć sztuk czego?

Ten frazeologizm nawiązuje do średniowiecznych tortur, których celem było wydobycie ze skazańca przyznanie się do winy. Przypalano wówczas nieszczęśnika żywym ogniem sześciokrotnie. Jeżeli przeżył szósty raz, puszczano go wolno, nawet jeśli ostatecznie nie przyznał, że jest winny.

4. Potępiać w czambuł – Co to jest ten czambuł?

Ten zwrot sięga czasów najazdów Tatarskich. Czambuł był to oddział Tatarów, stąd jego późniejsze znaczenie: „liczebność”, „wielość”, „wielkość”.

5. Wyjść jak Zabłocki na mydle – Kim był Zabłocki i jaki miał związek z mydłem?

Jest to fraza biorąca początek od żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku szlachcica Cypriana Zabłockiego. Marzył on o wielkiej karierze w biznesie, ale był w tej materii raczej nieudacznikiem. Zakładał kolejne interesy, które padały, a on zostawał z długami. Do najsłynniejszych należało założenie mydlarni w Rybnie koło Sochaczewa. Towar miał być przewożony Wisłą do Gdańska, ale nasz „biznesmen” ze względów patriotycznych nie chciał płacić cła na granicy z Prusami. Wpadł więc na pomysł, aby zbić wodoszczelne skrzynie i w odpowiednim momencie, tuż przed granicą, zepchnąć je z barki, która miała ciągnąć je pod wodą na linach. Niestety, skrzynie okazały się nieszczelne, cały towar zmydlił się w rzece i w ten sposób Zabłocki utopił kolejny interes.

6. Błękitna krew – Przecież krew zawsze jest czerwona!

Określenie to odnosiło się oczywiście do arystokracji. Wzięło się stąd, że najbogatsza szlachta jadała ze srebrnych zastaw. Cząsteczki srebra dostawały się do organizmu, powodując w końcu chorobę – srebrzycę. Skóra człowieka chorującego na srebrzycę robi się niebieskawa lub wręcz niebieska (w zależności od stopnia zatrucia srebrem), stąd przekonanie, że w żyłach arystokratów płynie „błękitna krew”.

7. Konia z rzędem – Z rzędem czego?

W dawnych czasach rzędem nazywano cały „strój” konia. Zarówno sam koń, jak i ów rząd były bardzo drogie, toteż ten, kto je otrzymał, był obdarowany bardzo kosztownym prezentem.

8. Zbijać bąki – Bo gryzą?

Ten zwrot wcale nie odnosi się do zabijania dokuczliwych owadów – bąków, a do ptaków o tej samej nazwie. Mięso bąków nie jest ani smaczne, ani wartościowe, więc strzelanie do nich podczas polowań na dzikie ptactwo uważano za czynność bezcelową i bezsensowną, a więc za stratę czasu.

9. Umarł w butach – Dlaczego akurat w butach, a nie np. w spodniach?

Tu powracamy do średniowiecznych tortur. Owym „obuwiem” były zakładane skazańcom na nogi żelazne „buty”, które działały jak imadła – miażdżyły one stopy i golenie delikwenta. Jeżeli zmarł on w trakcie tortury, nie można było już uzyskać od niego żadnych zeznań, gdyż „umarł w butach”.

10. Jakoś to będzie – No… Zawsze jest „jakoś”.

Tak, ale to taka mała ciekawostka: powiedzenie to zawdzięczamy Adamowi Mickiewiczowi i jego „Panu Tadeuszowi”. Słowa te wypowiada w Księdze VI Sędzia, wyrażając entuzjazm wobec planów Jacka Soplicy, aby wzniecić na Litwie powstanie przeciwko Moskalom.

11. Nie w kij dmuchał – Po co ktoś miałby dmuchać w kij?

Mianem „kija” określano dawniej wysoki, smukły, wąski kielich. Nie dmuchać w kij oznaczało wypić zawartość kielicha jednym tchem do dna, bez wypuszczania powietrza. Ten, komu się to udało, stawał się w oczach kompanów bohaterem godnym uznania, bowiem dokonał nie byle czego.

****************************************************************************************************************************************************

Na koniec dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w odrobieniu zadania domowego. Bardzo dziękuję!

09 maja 2022

12. Proszę o pomoc w zadaniu domowym

Słuchajcie. Mam do Was prośbę. Dokładniej – do tych, którzy mnie lubią. Kto nie lubi, niech niczego na siłę nie wymyśla. Otóż moja prośba polega na tym, abyście napisali, za co mnie lubicie. Chodzi o konkretne moje cechy, a nie o nic niemówiące ogólniki i słowa-wytrychy w stylu „fajna”. Wymieńcie tyle, ile czujecie, że wystarczy.

Tytułem wyjaśnienia: to nie jest próba połechtania własnego ego ani podniesienia samooceny. To zadanie domowe, które dostałam na terapii. Mam nadzieję, że mi pomożecie.




05 maja 2022

11. Rozdział I. 1989 - 2

 Kochani, dziś drugi odcinek mojej babsztylady. Kto ma oczy, niechaj czyta! :-)

Dla przypomnienia: pierwszy odcinek znajduje się tutaj:

***********************************************************************************************************************************

Rozdział I. 1989

 

2.

 

Piątek dwudziestego czwartego marca 1989 roku był dniem słonecznym i prawdziwie wiosennym. Powietrze pachniało obiecująco. Siedmioosobowa grupa złożona z czterech dziewcząt i trzech młodych mężczyzn zbliżała się wczesnym rankiem do dworca PKP obarczona rozlicznymi torbami, torebkami i paczkami o różnych kształtach. Na pierwszy rzut oka ci młodzi ludzie nie różnili się niczym od setek innych studentów, którzy co tydzień wyruszali do domu objuczeni ubraniami do prania i pustymi słoikami do ponownego napełnienia.

Osobą wyróżniającą się w tej malowniczej grupie była górująca wzrostem nad pozostałymi szczupła, koścista blondynka o naturalnie jasnych włosach ostrzyżonych modnie „na palmę”. W pociągłej, niezbyt ładnej twarzy dominował wydatny, orli nos. Poszerzane w biodrach spodnie z jasnego dżinsu, ostatni krzyk mody, zwężały się ku dołowi „w marchewkę”, uwypuklając jedyny mankament sylwetki: „niskie zawieszenie”, a na nim nieproporcjonalnie wydatne uda i pośladki. Członkowie paczki zwracali się do dziewczyny per „Mańka”, choć nie lubiła tego zdrobnienia. Miała na imię Maria i wolała, żeby ją tak nazywano. Trzymała za rękę chłopaka, który prawie dorównywał jej wzrostem. Dawno już zrezygnowała z chodzenia w butach na wysokim obcasie. Nawet gdy raz na jakiś czas porzucała ulubione spodnie na rzecz krótkiej spódnicy, wkładała zupełnie płaskie pantofelki.

Towarzyszący jej młodzieniec nie wyróżniał się niczym szczególnym. Na flanelową, ciemną koszulę w dyskretną kratkę narzucił skórzaną kurtkę w nieokreślonym kolorze najbardziej zbliżonym do brązu, dżinsowe spodnie podkreślały długość jego zgrabnych, prostych nóg. Kasztanowe, falujące włosy opadające fantazyjnym lokiem na czoło i kilka ledwo zauważalnych piegów na nosie odbierały mu męski wygląd, a dodawały chłopięcości. Wyglądał na młodszego od swojej dziewczyny i tak też było. Mańka była od niego starsza o równe dwa lata. W liceum chodził do jednej klasy z chudym rudzielcem o wiewiórczym zgryzie, aktualnie zaś był studentem pierwszego roku filologii rosyjskiej.

Zanim Maria odkryła w sobie miłość do królowej nauk, długo nie mogła się zdecydować, co ze sobą zrobić. Na koniec, dla odroczenia właściwej decyzji, wybrała położnictwo. Dwuletnie studium pomaturalne dawało jej czas do namysłu i praktyczny fach do ręki. W trakcie nauki z niemałym rozbawieniem skonstatowała, że ma na roku zakonnicę i… kleryka oraz dwu innych mężczyzn. Pierwszy poród, przy jakim była w czasie praktyk, pozostawił w jej pamięci niezatarty ślad: prawie dwumetrowa i ponad stukilogramowa kobieta wydała na świat sześciokilogramowego potomka.

Zainteresowania i uzdolnienia matematyczne przeważyły u Mańki nareszcie i dopomogły w ostatecznym rozstrzygnięciu kwestii przyszłości. Dwuletni brak kontaktu z przedmiotem, z którym rozstała się po maturze, nie przyczynił się do jej sukcesu. Poszła na egzaminy wstępne ufna we własną pamięć i zdolności, resztę składając w ręce kapryśnej fortuny. Toteż nie od razu została studentką pełną gębą. Dostała się na listę rezerwową i przez pierwszy semestr uczestniczyła w zajęciach jako wolny słuchacz. Była inteligentna i bardzo zdolna, toteż zimowa sesja zaliczona bez większego wysiłku uczyniła ją szczęśliwą, pełnoprawną posiadaczką indeksu.

Pierwszą osobą, z którą Mańka zaprzyjaźniła się na studiach, była mieszkająca na tym samym osiedlu Kostka, niebieskooka szatynka przy kości, o niepospolitej osobowości i takimż poczuciu humoru. Znalazły się w jednej grupie i obie zwietrzyły praktycznie w tym samym momencie takie same fale, na których nadawały. Odtąd Mańka, która od czasu ukończenia szkoły średniej pozostawała nieco osamotniona, gdyż jej dawne towarzystwo rozpierzchło się po świecie, zyskała dobrą koleżankę. Co do Kostki, Mania poszerzyła grono jej licznych przyjaciół.

Od dziesiątego roku życia trzymała się z Marzeną, niedużym rudzielcem o wesołym usposobieniu. Odkąd „sześćdziesiątka”, szkoła podstawowa, w której Kostka rozpoczęła naukę, została przeniesiona na drugi koniec miasta, a dzieci przerzucono do słynnej „siedemdziesiątki”, siedziały razem w jednej ławce przez sześć kolejnych lat podstawówki. Rozdzieliło je liceum, później zaś zgodnie znalazły się na tych samych studiach. Mzinka, jak nazywali Marzenę, nie była może przesadnie uzdolniona w wybranym kierunku, nadrabiała jednak uporem, zajadłą ambicją i dociekliwością. Miała wszelkie dane po temu, aby nie pozostawać w tyle. Kostka przewyższała ją zdolnościami, dlatego mogła sobie pozwolić na ogarniające ją od czasu do czasu ataki lenistwa. Nie to, żeby całkiem się opuściła, co to, to nie. Na to nie pozwoliłyby jej wrodzone poczucie obowiązku i ambicja. Do tego nosiła zbyt charakterystyczne nazwisko, by móc pozwolić sobie na splamienie honoru rodziny. Przywykła już do pytań:

- Pani z tych Bilczeckich?

- Tak, z tych – odpowiadała ze znudzeniem, czasem nawet szybciej niż interlokutor zdążył dokończyć kwestię.

Jej stryj był pracownikiem naukowym na tej samej uczelni, matka pracowała na zamiejscowym wydziale UMCS, a ojciec zakończył przygodę z lotnictwem i kierował wielkim przedsiębiorstwem transportowo-budowlanym. Zapewne z powodu „rodowego nazwiska” nadano jej staroświeckie imię Konstancja, z którego rówieśnicy szybko zrobili Kostkę i tak pozostało.

W chwili, gdy paczka przyjaciół znajdowała się już prawie na finiszu swojej drogi, Konstancja zamykała grupę wraz z Mzinką i Szczupakiem. Ten ostatni, rówieśnik Mańki, studiował, choć nigdy nie było do końca wiadomo, na jakim kierunku i na którym roku. Bezustannie zmieniał tok studiów z dziennego na zaoczny i odwrotnie, przenosił się z politologii na nauki społeczne, by za kolejne pół roku studiować historię. W jego wyglądzie, sposobie bycia, protekcjonalnym tonie głosu było coś śliskiego, co nie podobało się Konstancji, ale przecież nie był to jej narzeczony, lecz chłopak Mzinki, a ta była w nim zakochana po uszy. Marzena miała nawet za złe przyjaciółce, że zamiast trzymać z nią, przeszła w końcu na stronę wroga: sprzymierzyła się z jej matką, która wręcz nie trawiła Szczupaka i nie przepuściła żadnej okazji, aby przekonywać swą jedyną latorośl, że gorzej nie mogła wybrać. Udręczona Mzinka uczyniła nawet pewnego dnia swej rodzicielce i najlepszej przyjaciółce rozdzierającą scenę, w czasie której, szlochając rozpaczliwie, z pasją zadawała im w kółko jedno i to samo pytanie:

- Dlaczego wy wszyscy nie chcecie, żebym ja z nim była?!

Matczyną intuicję i przeczucia szczerej przyjaciółki trudno było jakoś racjonalnie wyjaśnić.

Na samym przodzie grupy zbliżającej się do dworca kolejowego znajdowała się para sprawiająca wrażenie najbardziej zakochanej. Wyglądali na papużki nierozłączki. Postawna, elegancka dziewczyna była bardziej „zrobiona” niż ładna, natomiast jej chłopak zdecydowanie olśniewał wyróżniającą się urodą. Wysoki, jasnowłosy i niebieskooki, wyglądał na marzyciela o delikatnej, wrażliwej duszy, a jednocześnie było w nim coś urzekająco męskiego. On jeden z całego towarzystwa nie studiował na WSP. Był adeptem sztuki pilotażu na jedynej uczelni w kraju kształcącej pilotów lotnictwa cywilnego, zwanej pieszczotliwie polibudą.

Objuczona bagażami grupa stanęła w końcu w bramie hali dworcowej.

- Mamy pół godziny – przyszły pilot spojrzał na zegarek i błysnął zębami w łagodnym uśmiechu. – Chodźmy po bilety.

28 kwietnia 2022

10. Trzeba żyć na pełnej petardzie

Ostatnio wypadłam nieco z obiegu, ale już jestem. Pełna skruchy i dobrych chęci.

Pewnego dnia wstrząsnęła mną śmierć młodszej koleżanki. Rak. Koleżanka była… onkologiem. Cóż, lekarz też człowiek.

Nieco wcześniej odeszła kolejna. Covid.

Kolega wylądował w szpitalu z udarem.

A ja kilka miesięcy temu pochowałam Tatę. Był chodzącym okazem zdrowia, nazywaliśmy go z Misiem Mamusi Nieśmiertelnym. A jednak wystarczyły jedne wakacje, głupie dwa miesiące, żeby mój świat wywrócił się do góry nogami. Wciąż jeszcze się nie otrząsnęłam…

Spójrzcie: Covid, rak, wylew, zawał – pyk! – i światło gaśnie. Nie wiemy, nigdy nie wiemy, kiedy zgaśnie i nam.

Dlatego postanowiłam wydrzeć życiu wszystko, co się da. Żyć na pełnej petardzie od teraz, od już, od natychmiast. Niczego nie odkładać na później, na kiedyś, na odległy termin, bo „kiedyś” może nie nadejść.

Mam duże i małe marzenia. Dużych nie da się spełnić, ale nigdy z nich nie zrezygnuję. O małych myślałam w kategorii „kiedyś”, ale zmieniłam termin na „teraz”. Rozpoczęłam ich realizację.

Chciałam mieć niebieski pokój, więc dzielnie walczyłam z bajzlem i klasą robotniczą, przeżywałam przygody z przewiercaniem przewodów elektrycznych i brakiem prądu.

Chciałam mieć nowe spanie, biurko, szafę i komodę, więc zrobiłam na nie miejsce, beztrosko wywalając tapczan, witrynę-zawalidrogę, gigantyczne biurko i niefunkcjonalną, niepojemną szafę narożną. W to miejsce kupiłam małe, zgrabne biureczko, na które zdecydowałam się o 6.30, w trakcie śniadania. Klik! – i zamówione, a nazajutrz przysłane.

Poszłam do salonu meblowego po szafę. Obejrzałam cztery stojące w jednym szeregu i powiedziałam: „Ta mi się podoba, chcę ją mieć, zamawiam”. Wyczekałam lata świetlne na upatrzony narożniczek, śpiąc w tym czasie na podłodze. Dorobiłam się w końcu komody i nawet „awangardowej” półki na duperele. Podczas krótkiej przerwy w pracy zdążyłam znaleźć interesującą mnie półeczkę, kliknąć, zamówić i mieć z czapy.

Nabyłam, oczywiście, kolejne książki, które chcę nie tylko przeczytać, ale i mieć (zresztą, jak można by nie chcieć?).

I tak oto rozpoczynam życie na pełnej petardzie, nie żałując wydanych pieniędzy. Jakby co, to do grobu ich nie wezmę, a przy galopującej inflacji lepiej jakoś pożytecznie się ich pozbyć niż dusić mizerne grosiwo.

W tej chwili, pisząc ten post, obrąbałam sobie bluzkę truskawkowym kisielem. I dobrze, to też petarda. Przynajmniej nie jestem już jednolicie czarna z góry na dół. Nienawidzę czerni, ale wciąż borykam się z żałobą i mam poczucie, że to jeszcze nie czas, aby ją zrzucić. Chociaż… warkoczyki już z powrotem niebieskie.




19 lutego 2022

9. Sukces łzami podlany


Dzięki blogowemu koledze Oko, który mnie do tego zachęcał i mobilizował, od kilku lat biorę udział w ogólnopolskich (czasem nawet międzynarodowych) konkursach literackich. Co któryś raz udaje mi się zdobyć wyróżnienie lub znaleźć się w ścisłej czołówce laureatów.

Tak, lubię stać na podium. Kto by nie lubił? Światła rampy, nimb sławy, oklaski, gratulacje, prośby o wspólną fotografię, o autograf…

Tym razem też tak było. Nawet podwójnie, bo najpierw pierwsze miejsce, a potem jeszcze Grand Prix Publiczności. Gloria, gloria i błysk fleszy plus przyjemne – bo finansowe – nagrody i wielki jubel na koniec. Podczas tegoż padały gratulacje, a potem posypały się głosy, że to ważne, że genialne, że wstrząsające, że trzeba o tym głośno mówić, dopóki cały świat nie zrozumie etc. etc.

Napisałam ten wiersz na inny konkurs, tematyczny, gdzie przeszedł bez echa, a zapewnił mi blask jupiterów gdzie indziej, co zresztą zdaje się nie mieć znaczenia. Pisałam go, płacząc, sięgając pamięcią do mrocznego okresu mojego małżeństwa, do czasu strachu i poniżenia. Sięgałam pamięcią do rozpraw sądowych przyjaciółki, podczas których świadczyłam przeciwko sprawcy przemocy nad rodziną. Pisałam, przeżywając od nowa wszystko, o czym nie chcę pamiętać. Przyniósł mi splendor, ale go nie lubię. Tego wiersza.

 

Nieoczywista

 

wydała o dwadzieścia groszy za dużo

na bilet tych tańszych zabrakło w kiosku

nie miała drobnych do automatu

- tak jest rozrzutna bezmyślna i utracjuszka

poczucie winy kąsa jak strach przed rozliczeniem

 

zjadła ciastko i zostało jej to

publicznie policzone

- tak sama sobie jest winna

mogła się odchudzać gruba dupa cielicha spaślak

i nie powinna czuć upokorzenia bo to dla jej dobra

 

kiedy się kochali

zamykał oczy i okrywał ją zdjętym z siebie podkoszulkiem

- śmierdzisz - mawiał i szybko kończył

- tak należało jej się poniżenie

za mydło perfumy i epatowanie brzydotą

 

chciała mieć rodzinę bała się rozstania

ciągle straszył odejściem

- tak to prawda zasługiwała na opuszczenie

gnojara leniwe nieruchawe babsko nie chciało jej się

myć po nim wanny i zbierać brudnych skarpetek z dywanu

 

po cholerę jej były studia

skoro i tak była nikim głupią gęsią

- tak to prawda zasrana pani magister nierób i pasożyt społeczny

kto to widział dwa miesiące wakacji

powinna zapierdalać osiem godzin łopatą

 

- ta to ma szczęście – mawiały ofiary przemocy oczywistej jak śmierć –

dobrze trafiła

to takie fajne małżeństwo widać że się kochają

nie zna sińców ran złamań upodlenia bólu

wstydu przed sąsiadami

 

zawsze taka zadbana

nie słychać krzyków

żadnych bójek alkoholu policji

- tak to jej wina wydziwia z tą depresją

i duszą przemoc-zoną łzami

13 lutego 2022

8. Rozdział I. 1989 - 1

Kochani, dziś pierwszy odcinek mojej babsztylady. Kto ma oczy, niechaj czyta! :-)

***********************************************************************************************************************************

Rozdział I. 1989

 

1.

 

Marcowe przedpołudnie, słoneczne i – wydawałoby się – pogodne, wciąż jeszcze nie pozwalało zapomnieć o kończącej się zimie. Lodowaty, przejmujący wiatr ciągnął od rzeki i walczył z promieniami słońca, które swym ciepłym dotykiem muskało troskliwie pierwszą, ledwo kiełkującą zieleń i ludzkie twarze. Miasto tętniło życiem. Samochody pędziły od strony obwodnicy, rozchlapując coraz mniejsze kałuże gwałtownie wysychającego błota i zwalniając dopiero przed zaporą. Kierowcy zapominali zazwyczaj, że od dłuższej chwili znajdują się na terenie zabudowanym. Inni przemieszczali się w odwrotnym kierunku z różną prędkością. Przechodnie dreptali we wszystkie strony jak cierpliwe mrówki, każdy obierając właściwy sobie kierunek. Od osiedla wielkich, betonowych szaf, ustawionych równolegle jak tunele z gigantycznych klocków wzdłuż ulicy Nadrzecze, napływały fale ludzi śpieszących się do pracy i rozdzielały się na mniejsze. Jedna, obarczona torebkami, siatkami na zakupy, reklamówkami, plecakami i tornistrami, kierowała się ku przystankowi autobusowemu przy czteropasmowej Alei Powstańców, druga – ku przejściu dla pieszych, gdzie zastygała gwałtownie, tworząc jakby potężny garb zablokowany przez czerwone światło sygnalizatora. Po przeciwnej stronie ulicy mieściły się akademiki Wyższej Szkoły Pedagogicznej, skąd i dokąd nieustannie ciągnęły grupki studentów. Trzy roześmiane dziewczyny w niebezpiecznie o tej porze roku rozchełstanej odzieży wierzchniej zbliżały się do przejścia, dyskutując o czymś tak żywo, że zatrzymały się na chwilę daleko przed pasami, jakby w połowie drogi, po czym znowu ruszyły.

Każda z nich reprezentowała inny typ. Najmniejszy, filigranowy rudzielec o wielkich, orzechowych oczach i wiewiórczym zgryzie to zwalniał, krocząc z godnością znamionującą flegmatyka i fajtłapę, to znów przyśpieszał, żywo gestykulując niczym pełen niespożytej energii mim. Sprawiało to wrażenie, jakby w dziewczynie nieustannie zamieniało się miejscami dwóch różnych ludzi. Obok rudzielca, z rękami niefrasobliwie wetkniętymi w kieszenie błękitnego prochowca, z dużą czarną torebką, której pojemność obliczona była na dwie butelki szampana i kilka zeszytów formatu A4, przewieszoną niedbale przez ramię, szła zamaszystym krokiem pulchna, niebieskooka szatynka. Wokół nóg pałętała jej się powłóczysta spódnica domowej roboty, zszyta z pofarbowanych na czarno pieluch tetrowych. Całości dopełniała czarna bluzka z dzianiny w fantazyjne różowo-niebieskie wzory. Trzecia spośród koleżanek nieco się od nich odróżniała przebijającą spod wesołego uśmiechu nieuchwytną powagą, która nadawała jej niepokojąco smutnego wyglądu. Schludne, starannie wyprasowane ubranie dopięte na ostatni guzik, buciki na grzecznym obcasiku, ciemnobrązowy, skórzany płaszczyk, wprawdzie rozpięty, ale za to odsłaniający pedantycznie zawiązaną apaszkę, wreszcie niepotrzebny, zbyt poważny makijaż czyniący z młodej dziewczyny kobietę starszą niż była w rzeczywistości, zdradzały jej prowincjonalne pochodzenie. Pod czarną grzywką, w ciemnych oczach płonął żar znamionujący ludzi energicznych, nawykłych do ciężkiej pracy nieznanej wychowanym pod kloszem mieszczuchom.

Żywo o czymś rozprawiając, cała trójka doszła wreszcie do głównej ulicy i wrosła w chodnik na dobre.

- Dziewczyny… – rzekła brunetka nieco żałosnym tonem. Miała przyjemny, mocny i jakby nieco zakatarzony głos. – Zdajecie sobie sprawę z tego, że to nasz ostatni wspólny tydzień w panieńskim stanie?

- Nie w naszym stanie – sprostowała rudowłosa. – My nie wychodzimy za mąż!

- I kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek wyjdziemy – dorzuciła drwiącym tonem niebieskooka.

Trzy miesiące wcześniej przeżyła niezbyt sympatyczne rozstanie. Wciąż nie umiała przejść nad nim do porządku dziennego. Może nie tyle cierpiały wciąż jej uczucia, co zawiedzione ambicje. Jarek jej się podobał i spełniał wymagania, jakie żywiła wobec męskiego intelektu. Najgorsze było to, że ona jedna spośród zaproszonych na wesele koleżanek miała uczestniczyć w nim w pojedynkę, jako jakieś niewydarzone pół pary.

- Nie bójcie się – odezwała się ciemnowłosa. Uśmiech zniknął z jej twarzy tak nagle, jakby go tam nigdy nie było. – Wszystkie was to kiedyś czeka…

W głosie mówiącej nie tylko nie było znać entuzjazmu właściwego szczęśliwym pannom młodym. Pojawiło się w nim coś więcej – coś na kształt rezygnacji. Jej słowa zabrzmiały zaskakująco ponuro jak na kogoś, kto za dwa tygodnie o tej porze będzie przeglądał się w lustrze, poprawiając upięty na głowie bielusieńki welon i kogo czeka huczne weselisko. Równie dobrze mogłaby oznajmić, że właśnie umiera i że wszystkie kiedyś też poumierają. W oczach dziewczyny odbijał się nagły cień strachu, niepewności i czegoś podobnego do rozpaczy, jakie zupełnie nie przystoją hożym małomiasteczkowym dziewojom nawykłym do pokonywania wszelkich przeszkód, jakby to były drobne wyboje.

- Zośka, nie pocieszaj nas – roześmiał się mały rudzielec. – Patrz na nią – błazeńskim gestem wskazała palcem na niebieskooką. – Kto by ją chciał?

- I na nią – odgryzła się pulchna w niebieskim prochowcu. – Gdzie ona znajdzie na tyle ślepego i głuchego, żeby dał się w to wmanewrować?

- O, przepraszam, to ty jesteś puszczona w trąbę, ja mam Szczupaka!

- Uhm, piękny mi kandydat do żeniaczki, bufon z sygnetem i mitoman herbu Ciołek.

- Wypraszam sobie!

- Dziewczyny… – powiedziała cicho ciemnooka Zofia. – Przestańcie. Boję się.

- Co takiego? – uwaga koleżanek natychmiast skupiła się na mówiącej. – Czego tu się bać? Co ty gadasz? Ja na twoim miejscu fruwałabym pół metra nad ziemią.

- Zocha, jesteś pierwszą panną młodą w naszej paczce, gdzie tam nam do ciebie?

- Co ty w ogóle mówisz?

Rozentuzjazmowane, odczuwały zupełnie inne emocje niż ich koleżanka. Miały zaledwie po dwadzieścia lat i były tak bardzo młode, przekonane, że oto ich przyjaciółce spełniają się najpiękniejsze marzenia wszystkich kobiet o księciu z bajki i długim a szczęśliwym pożyciu. Patrzyły na nią z tym rodzajem nabożnego podziwu i błyskiem zazdrości w oku, które odczuwa każda młoda dziewczyna na widok spełniających się odwiecznych marzeń kobiecych. Wszystkie zresztą koleżanki, które pierwsze na ich roku powychodziły za mąż, były w ich oczach bohaterkami z jakiegoś innego świata, obcego, nieosiągalnego dla nich, które czuły się szczeniarami; świata dorosłości nie tylko potwierdzonej posiadaniem dowodu osobistego, lecz również takiej, w której jest się stateczną żoną i matką z wszelkimi przywilejami i obowiązkami tego stanu. Ów świat, do którego później dojrzewały inaczej i wygodniej wychowywane dziewczyny z miasta, wydawał im się szczytem marzeń.

- Dziewczyny… – powtórzyła Zofia bez cienia ochoty do żartów. – Gdybym mogła, wycofałabym się z tego.

- Wycofała? – Spojrzały na nią pytająco.

- Tak.

Zofia przełknęła ślinę i umilkła, jakby nie miała siły albo nie chciała mówić dalej. Koleżanki patrzyły na nią bezradnie. Była starsza od nich o dwa lata. Zanim zdecydowała się na studia, skończyła dwuletnie studium nauczycielskie. Przyjechała do miasta z malutkich Dąbrówek, wsi nieledwie, posiadającej jednak prawa miejskie, gdzie rodzima opinia publiczna uważała niezamężne dwudziestodwulatki za stare panny. Najbliżsi krewni wywierali na niej delikatną, acz dobrze wyczuwalną presję. Zofia była w mieście, z dala od domu, ale oni wszyscy byli tam przecież i musieli odpowiadać na kłopotliwe pytania rodziny, sąsiadów, bliższych i dalszych znajomych o to, jak wiedzie się ich młodszej córce i kiedy wybiera się za mąż.

Adama Kalendera poznała w miasteczku akademickim, gdzie mieszkała. Mimo że był miejscowy, więcej czasu spędzał na tak zwanych gościnnych występach niż w domu i na uczelni. Potężny, zwalisty jak niedźwiedź, o nalanej twarzy, od trzech lat z różnym powodzeniem studiował politologię, przedmiot dla matematyczek o ścisłych umysłach tyleż abstrakcyjny, co do niczego nieprzydatny. Ponad wszystko przedkładał życie towarzyskie i od kielicha bynajmniej nie stronił. W końcu jednak tak wygląda życie studenckie i powodu do przesadnego zdziwienia nie było. Zofii Adam się podobał i to się liczyło. Sama uczestniczyła we wszystkich imprezach, jakie niemal codziennie urządzali jej znajomi, a przynajmniej starała się nadążać za grafikiem i orientować się, kto, co, z kim i gdzie. Adam pojawiał się dosłownie wszędzie. Pił może więcej niż inni, ale też pozwalała mu na to potężna postura. Był duszą towarzystwa, a takim wybacza się wiele. O wiele więcej niż komukolwiek innemu.

- Zośka, jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, nie rób tego.

Zofia milczała.

- Zośka, do cholery! Kochasz go?

- Kocham – odpowiedziała krótko. – Ale…

- Ale co?

- Boję się, że… – znowu urwała.

- Czego się boisz?

- Nie, nic. Głupio gadam byle co – przywołany na twarz uśmiech wypadł blado i niewiarygodnie.

- Dziewczyno, na litość boską, jeśli czujesz, że z jakiegoś powodu chcesz się wycofać, to zrób to natychmiast, teraz, póki nie jest jeszcze za późno!

- Ale… już jest za późno – oznajmiła beznamiętnym tonem, jakby chciała odsunąć od siebie niepokojące ją myśli.

- No przecież nie jesteś w ciąży – w głosie niebieskookiej zadrżała niepewność.

- Nie jestem, wiecie przecież.

- No więc? Jeśli uważasz, że wycofanie się w ostatniej chwili to wstyd, to pomyśl, lepiej chyba przełknąć jedną gorzką pigułkę niż pluć sobie w brodę do końca życia, co?

- Zocha, Pszczoło…

- Do wesela wszystko przygotowane – powiedziała sucho Zofia. – Świnie pobite… Goście sproszeni… pół Dąbrówek. Wiecie, jaki to wstyd przed ludźmi? Rodzice by mnie przeklęli i wydziedziczyli.

- Ale babo, posłuchaj nas. Jaki wstyd? Przed jakimi ludźmi? Co się obchodzą jacyś ludzie? To twoje życie, nie ich! Pomoże ci ktoś, jeśli coś będzie nie tak? Nie! Zamkną się w domach i będą po cichu plotkować, podglądając zza firanek! – rozsierdziła się naiwnie niebieskooka.

Jej argumenty w starciu z odwiecznymi prawami kultury, w której przyszła na świat Zofia, nie miały najmniejszych szans.

- Zośka, oszalałaś? Schowaj sobie wstyd razem ze świniami do kieszeni, jeśli czujesz, że chcesz wiać od ołtarza, to wiej, dopóki jeszcze możesz.

- Wy nie rozumiecie – Zofia ze smutkiem wbiła w nie wzrok pełen lęku i żalu. – Nie wiecie, jak to jest na wsi.

To prawda. Nie wiedziały. Dziewczyna spuściła głowę.

Klamka zapadła. Za dwa tygodnie Zofia wychodziła za mąż. Za wcześnie, za młodo, niepotrzebnie.