25 maja 2025

182. Żenada polska

Jeżeli z tytułu ktoś wywnioskował, że będzie o polityce, to w życiu bardziej się nie pomylił. Będzie o żenujących sytuacjach, w których albo zgrzytam zębami, albo usilnie próbuję zachować powagę, podczas gdy w środku bulgocze we mnie gromki śmiech. Okoliczności te zachodzą, gdy rozmawiam z osobami głównie mi znajomymi, ale także gdy usłyszę jakiś kwiatek od osoby obcej. Nie od dziś wiadomo, że multum Polaków albo posługuje się niechlujnym językiem, albo jest głupich jak but. Nie chodzi tu o wyświechtane przykłady błędów językowych, bo temat został już rozwałkowany na placek. Fascynuje mnie radosna twórczość cymbałów, którzy nie wiedzą, co mówią.

Oto baba na rynku w ferworze dyskusji użyła sformułowania „ja to znam z obdukcji”. Padłam.

A co powiecie na „zespół tarota”? Nie wiem, co gorsze – sama jednostka chorobowa czy stan intelektu osoby mówiącej?

Koledze mojego brata gratuluję informacji: „cyklon mi się zaburzył”.

A wiecie, po czym poznać przynależność jednostki pływającej? Ano po tym, że pływa „pod polską banderolą”.

Moja ulubienica z pracy uporczywie i namiętnie stosuje wyrażenie „pięć złote”, „czterdzieści złote” itp. No i co tu komentować? Niewyuczalność jest trwała.

Inna koleżanka (o zgrozo, polonistka) używa dziwacznego „radziłyśmy z Anetą”, „idę stąd, bo za głośno radzą”. Kto radzi, komu radzi i co radzi? Może ktoś wie?

Kolejna polonistka zwykła mawiać, że „uczeń jest zaopiekowany”. Nic, tylko głową o ścianę tłuc, ale szkoda mi i głowy, i ściany.

Mnóstwo razy słyszałam, że ktoś idzie „uspać dziecko”. Poprawiony, uporczywie trwa przy swoim, twierdząc, że dziecko można uspać, a uśpić to co najwyżej psa”. Madonna Santa!

Osobie nieco niegramotnej komputerowo polecono: „naduś analuj”. Na Zeusa! Co ludzie mają w głowach?

Kolejna perła głosi, że „prezydent zawegetował ustawę”. Cóż, widocznie miał za dużo Vegety.

Usłyszałam też samochwałkę: „Patrzyli na mnie z wielkim autorytetem”. Zatkało mnie. Normalnie.

A jedna pani, przeczytawszy dwa moje tomiki wierszy, oznajmiła: „Jestem zaimponowana”.

Kurtyna.




18 maja 2025

181. Wsiąść do pociągu byle jakiego

W związku z wyróżnieniem otrzymanym w ogólnopolskim konkursie, w piątek udałam się na uroczystą galę rozdania nagród. Atrakcje rozpoczęły się już na wstępie.

 

* * *

 

Miejsce akcji: przedział w wagonie kolejowym (z miejscówkami, niestety).

Czas akcji: około południa.

Osoby dramatu:

- Frau Be, pogrążona w lekturze,

- Małżonka 40+,

- Małżonek 40+,

- 3 hałaśliwe baby walące obornikiem i kurzomózgowiem.

Temperatura:

- na zewnątrz – 11°C,

- wewnątrz – coś około 99,9°C.

 

* * *

 

Małżonka 40+: Zdejmij mi walizkę, bo skończyła się woda mineralna, a tam mam drugą.

Małżonek 40+: Co?

Małżonka 40+ (cierpliwie): Zdejmij walizkę z góry. Skończyła mi się woda mineralna.

Małżonek 40+: A po co ci?

Małżonka 40+ (wciąż jeszcze cierpliwie, ale za to nieco głośniej): Walizka, bo mam w niej wodę mineralną, a woda, bo ta już mi się skończyła. Pić mi się chce.

Małżonek 40+: Co?

Małżonka 40+ (z wyrazem udręki na twarzy): No proszę Cię, zdejmij mi tę walizkę!

Małżonek 40+: Ale po co ci?

Małżonka 40+ (z lekkim zniecierpliwieniem): Po prostu zdejmij!

Małżonek 40+: Hy...?

Małżonka 40+(z malującą się na twarzy wyraźną złością): Zdejmij mi tę walizkę!

Małżonek 40+: A po co?

Małżonka 40+ (wściekła, machając pustą butelką): Wodę tam mam! Pić mi się chce!!!

Małżonek 40+: Co?

Małżonka 40+ (agresywnie): Zdejmij mi walizkę!!!

Małżonek 40+: Ale po co?

Małżonka 40+ (z furią): Woda!

Małżonek 40+: Jaka woda?

Małżonka 40+(w amoku): Walizkę zdejmij!!!

Małżonek 40+: Po co ci walizka? Co ty w niej masz?

Małżonka 40+ (z obłędem w oczach): PO GÓWNO!!!

Frau Be (znad książki): Prrrrrrychch... parsk!

 

* * *

 

Epilog

Małżonek 40+, wykonawszy skomplikowany i bolesny proces myślowy, zdjął w końcu walizkę, nieprzytomnie zaciekawiony, co też takiego frapującego ma w niej jego połowica.

Małżonka 40+, napiwszy się upragnionej wody, ostrzegawczo obrzuciła męża wzrokiem rozjuszonej harpii i, wetknąwszy w uszy słuchawki, wtuliła się w kąt przedziału.

Niewzruszenie śmierdzące obornikiem i dennie paplające baby wysiadły, na szczęście, gdzieś po drodze.

Niżej podpisana (i sfotografowana) jednak przeżyła (wszelako z trudem) resztę podróży w rozgrzanej do czerwoności konserwie.

Królowa jest tylko jedna!

12 maja 2025

180. Co ze mną jest nie tak?

Ja wiem, że nie stać mnie na markowe ciuchy, przez co jestem do tyłu z modą. Wiem, że ubieram się przeciętnie i bez fajerwerków. Cóż, i tacy ludzie muszą istnieć na świecie, żeby stanowić tło dla tych bogatszych i będących na czasie.

Jednak z tego, czego się nauczyłam o świecie przez te wszystkie lata, a także z definicji wynika, że moda to coś takiego, co jest popularne w danym czasie, np. styl ubierania się. Natomiast modny to taki, który pozostaje w zgodzie z obowiązującą modą. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

W takim razie co ze mną jest nie tak? Wydaje mi się, że nie doceniam pięknych, a jednocześnie codziennych i jakże praktycznych kreacji prezentowanych na pokazach mody, tak w Polsce, jak i na całym świecie. No bo czy zaprezentowane poniżej ubiory nie są warte grzechu? Sami zobaczcie.

Ewidentnie strój odpowiedni do wyjścia na ulicę. Przynajmniej targanie siat z zakupami nie nastręcza trudności.

Coś dla wielbicieli ogródków działkowych i przydomowych. Wygodne nakrycie głowy, zwłaszcza przy plewieniu grządek.

Któż nie chciałby pokazać się w takiej kreacji w kościele?! Kowalska z Malinowską i Nowakową zżółkłyby z zazdrości.

Nie wiem, Matka Boska li to, czy inna komunistka? Ubiór polecany szczególnie słuchaczkom Radia Maryja i odbiorcom TV Republika.


Kreacja à la Regina Caeli. Odpowiednia dla dziewczynek przystępujących do pierwszej komunii i jako suknia ślubna.



Wygodny strój codzienny na zakupy i powrót komunikacją miejską.



7. Nooo... W takim płaszczyku to pomknęłabym do pracy. Mogłabym wziąć pod swoje skrzydła... przepraszam, poły całą klasę, o oświecaniu - tfu! oświetlaniu - nie wspominając.

8. Apetyczny pomysł unisex. Godny polecenia jest zwłaszcza makijaż ust.


9. Zawsze marzyłam o takim stroju. Koleżanki padłyby trupem (ze śmiechu)!

10. Wyjątkowo udany pomysł na randkę. Szkoda, że krzesło jest do góry nogami, pan mógłby sobie na pani usiąść...


11. To moja ulubiona propozycja. Prostota, lekkość, wdzięk, szyk i elegancja. Co tu wiele komentować...


12. Morska piana w moim ukochanym kolorze. Konkurs na flakon lub dzban wygrałabym w przedbiegach.

13. Światło na oświecenie pogan... Wygodny, uniwersalny ubiór dla wszystkich, od niemowlęcia po starca. Odnajdą się w nim i sekretarki, i salowe, i bibliotekarki. Kaganek oświaty jeszcze nikomu nie zaszkodził.

14. Nareszcie coś dla panów. Wątpię, czy udałoby mi się powściągnąć chuć na widok tak wystrojonego listonosza, sprzedawcy butów, studenta filozofii czy emerytowanego kolejarza...

15. Genialny kostium codzienny, w sam raz dla sprzątaczek, stewardess, pielęgniarek i kelnerek.

16. Strój dla wszystkich, którym ręce opadają z szelestem. W tym dla mnie.


17. Cóż. Skromność przede wszystkim. Efektowna, a jednocześnie dyskretna kreacja na pogrzeb, a także do teatru, filharmonii i opery.

18. I ponownie coś dla panów. Ubiór znamionujący jednostki męskie, o ognistych temperamentach i mocnym seksapilu.

19. CHCĘ TO!!!

20. Na koniec coś dla rasowych brytanów. Kreacja typowo męska, zastępująca popularny dres i czapkę wpierdolkę. Serdecznie polecam do kibicowania na stadionie, prac w ogrodzie, ale też do pracy i na wieczór kawalerski.

/Wszystkie zdjęcia pochodzą z Internetu/

02 maja 2025

179. Spod mchu i paproci

Ekhem.

A to było tak.

Myślałam, że nadciągnął kolejny najponurszy z ponurych epizodów depresyjnych i przyjdzie mi szukać mocnego sznura. Nie jestem do końca przekonana, czy tak było, ale być może do porośnięcia mego mdłego ego mchem i paprociami przyczynił się pewien sympatyczny drobnoustrój. A może i nie. Nie wiem, jedno nie wyklucza drugiego, zresztą, nałożyły się na siebie.

Wielkanocny poranek powitał mnie specyficznym rodzajem rezurekcji – zamiast dzwonów, gigantyczny paw.

We łbie cyrk, w dupie karuzela, no, idealne święta, doprawdy. Jakoś pozbierałam się zusammen do kupy i z mocnym postanowieniem jazdy samochodem (czyt. świątecznoalkoholowej wstrzemięźliwości) udałam się do rodziny dwie przecznice dalej na wielkanocne śniadanie z obiadem. Wszak nie o zaspokojenie pokarmowych żądz szło, a o przyjemność obcowania. Faktycznie, wchodziły mi tylko jaja w sosie majonezowo-rzodkiewkowo-szczypiorkowym, więc żywiłam się nimi do samego obiadu. Na resztę nie mogłam patrzeć. Humorek jednak też niekonieczny, wszak ból głowy i nudności to nie są okoliczności, które tygrysy lubią najbardziej. Najszczęśliwszym momentem dnia był powrót na posterunek. Rąbnęłam się do wyra obok Czeslavy (z nią bowiem spędzałam czas hasania po świecie mojej rodzicielki) i rozpoczęłam uczciwe chorowanie. Zeszło mi do wtorku, po czym w środę skończyło się El Dorado i należało ruszyć się do kołchozu. Z tej okazji (chyba) znowu pohaftowałam sobie w domu, w pracy, a nawet na trawniku nieopodal przystanku autobusowego, w uznaniu zaś tych zasług dyrekcja wysłała mnie w zawrotnym tempie do lekarza, ten natomiast radośnie odtrąbił rotawirusa i z przyjemnością wylądowałam w domowych pieleszach.

Zawszeć to milej puszczać kolejne pawie niż kwitnąć w nieulubionych okolicznościach przyrody. Tak gdzieś około soboty-niedzieli zmobilizowałam mdłe ciało do działania, a w poniedziałek i wtorek nosiły mnie na skrzydłach wyspanie, dobre samopoczucie i perspektywa długiego weekendu. W środę spruła żywo, bo uszyła krzywo… A, nie, wróć, to nie tak szło. W środę o poranku… od początku to samo. Dwa szybkie pawie, trzy szybkie przebieżki z numerem drugim i wystrzeliło mnie w kosmos.

Dowlekłam się do łagru przed 7.00, półprzytomna z osłabienia obrobiłam swój warzywniak (trudno iść na jednodniowe L4 tuż przed „majówką”) i zarządziłam odwrót. 1 maja – ciąg dalszy, w przerwach spałam do 18.30 i od 21.00 do dzisiaj. Dzień mija, a mnie, póki co, jedynie przyciężkawo w przewodzie pokarmowym, większe atrakcje się skończyły. Tylko słaba jestem jak krowi placek w czasie suszy.

I taki to atrakcyjny żywot wiodę ostatnio, wszystko leci mi z rąk, a psyche cierpi za milijony. Co dnia odpalam komputer, otwieram wszystkie blogi z własnym włącznie i na dobrych chęciach się kończy. W głowie wciąż wirówka.

I co najgorsze, Pantera się zepsuła.


21 kwietnia 2025

178. Do niczego

Miały być święta.
Miał być święty spokój.
Miałam odpocząć.
Miałam mieć dobry humor.
Tymczasem ani odpoczynek mi nie pomógł, ani apetyt na życie nie dopisuje, ani nawet jeść i pić mi się nie chce.
Coś mnie zeżarto od wewnątrz i jest źle, a jak będzie lepiej, to Was o tym powiadomię.
Na razie wszystko jest do dupy.


14 kwietnia 2025

177. Wieści z frontu

W piątek przyjechała do Dzieciątka przyjaciółka, więc wyniosłam się do mamy, bo nie dysponujemy odpowiednią liczbą łóżek – metraż nie pozwala. Ledwo wróciłam w niedzielę wieczorem, w czwartek wyprowadzam się znowu, bo mama wyjeżdża do Krakowa, do siostry, w związku z czym zamieszkam znów z Czesią. Wracam po świętach, ale nie wiem, kiedy. Jak to w takich sytuacjach bywa, w Internecie będę albo nie, bo mama ma upierdliwy laptop. Ale nie martwcie się, przewiduję powrót.

Ponadto przepraszam, że nie wywiązałam się z obietnicy. Może jej nie pamiętacie, ale ja tak. Obiecałam Wam mianowicie w okolicach Bożego Narodzenia, że od kolejnych świąt będziecie dostawali ode mnie kartki robione własnoręcznie, a tu kiszka. Za późno zaczęłam o tym myśleć, a za bardzo wciągnął mnie art journaling. Nie rezygnuję jednak, a tylko przesuwam realizację obietnicy na następne święta.

Ponadto ogłaszam zepsucie telefonu i oczekiwanie na jego odzyskanie z naprawy. Tymczasem używam Dzieciątkowego zdezaktualizowanego.

Na koniec wesołych świąt dla obchodzących i chwili wytchnienia dla nieobchodzących

życzy kominiarz 😁



03 kwietnia 2025

176. Małe ekscentryzmy codzienności

Każdy z nas ma swoje małe dziwactwa – przyzwyczajenia, nawyki, rytuały i inne osobliwości, które mogą wydawać się nietypowe, ale czynią nas wyjątkowymi. Mogą to być drobne obsesje czy niekonwencjonalne zwyczaje, które towarzyszą nam każdego dnia. Coś jak w „Dniu świra”.

Niektórzy nie potrafią wypić herbaty bez mieszania jej dokładnie trzy razy w lewo i dwa w prawo. Inni zawsze ustawiają książki na półce według koloru lub nie mogą zasnąć, jeśli nie sprawdzą dwa razy, czy drzwi są zamknięte. Są też tacy, którzy mają swoje ulubione „szczęśliwe” skarpetki albo kolekcjonują przedmioty, które dla innych nie mają wartości – bilety z podróży, paragon z pierwszej randki czy zasuszone kwiaty.

Dziwactwa mogą dotyczyć również mowy – niektórzy używają nieistniejących słów lub mają własne określenia na codzienne rzeczy. Można też śpiewać pod prysznicem i mieć nietypowe gusta kulinarne – uwielbiać innowacyjne połączenia smaków, jak frytki maczane w lodach czy kanapki z dżemem i szynką.

Nie mam oporów przed ujawnieniem moich dziwactw, bo… Wy też je macie. Każdy ma. No to jedziemy z tym koksem.

  •   To oczywiste, że gadam do zwierząt.
  •   Bywa, że przybliżam twarz do lustra i rozmawiam… ze sobą, rozważając ważne sprawy.
  • Przez telefon rozmawiam wyłącznie na leżąco, oczywiście z wyjątkiem miejsc publicznych i pracy. Jak tylko biorę telefon do ręki, od razu automatycznie mnie kładzie.
  •   Zaglądam co 15 minut do lodówki, szukając w niej czegoś, czego tam nie ma.
  •  Rozmawiam z urządzeniami, najchętniej ze zmywarką i ekspresem kapsułkowym.
  •   Rozmawiam sama ze sobą (bo człowiek musi czasem pogadać z kimś na swoim poziomie) również bez lustra.
  •  Śpiewam w samochodzie (stojąc w korkach, zauważyłam, że ludzie w autach najchętniej dłubią w nosie).
  •  Codziennie o poranku wychodzę z klatki schodowej i wpadam w głęboką zadumę nad tym, gdzie też mogłam zostawić samochód. Potem go szukam.
  •   Jeżeli piszę coś „na brudno” (notatki, protokoły, wiersze i inne bazgroły), to po zdezaktualizowaniu się (lub przeniesieniu do komputera) pokrywam to niezwłocznie skośną kratką. Muszę, inaczej się uduszę!
  •   Namiętnie liczę. Wrzucane do garnka pierogi, wyjmowane z garnka kopytka, schody (obowiązkowo!), mijane drzewa, długopisy w „korytku” na biurku, książki na półkach, kafelki na ścianach… Podobno to liczenie jest typową cechą kobiet. Czuję się zatem bardzo kobieca i dowartościowana 🤪
  •   W sklepie szukam wózka z zimnym uchwytem, od ciepłych odskakuję jak oparzona, nie dotknę ich. Podobnie z rurkami w ewentualnym autobusie, tramwaju, metrze czy pociągu.
  •  Soki, napoje gazowane i wodę (też gazowaną) piję wyłącznie ze szklanki. W kubku nie tknę, nawet gdybym umierała z pragnienia.
  •   Wafelki i przekładane ciastka jem warstwami.
  •   Z ciast tortowych i innych zjadam wyłącznie masę, a ciasto wyrzucam.
  •   W łóżku nie mogę mieć przykrytych stóp i odwłoka.
  •  Nie jem poza domem lub przeznaczonym do tego lokalem (kawiarnią, restauracją). Żarcie na ulicy albo w galerii handlowej jest dla mnie okropne.
  •   Nie mogę nauczyć się zamykać drzwi do łazienki, gdy z niej korzystam.
  •   W rozmaitych daniach zjadam najpierw to, co najbardziej mi nie smakuje, a na deser zostawiam najlepsze.
  •    Ptasie mleczko obieram z czekolady.
  •  W pizzy najpierw obgryzam i zjadam brzeg, a dopiero później zjadam środek z dodatkami.
  •  Do jedzenia ZAWSZE muszę mieć książkę, bez czytania nie zjem.

Tak sobie myślę, że choć czasem wydają się śmieszne, to właśnie te małe ekscentryzmy czynią nas niepowtarzalnymi. Dziwactwa sprawiają, że świat jest ciekawszy, a nasze codzienne życie bardziej kolorowe. Może warto się nimi podzielić zamiast je ukrywać? 😊




30 marca 2025

175. W kierunku Amazonki

Tej nocy odszedł - odpłynął do niebieskiej Amazonki - Edek, moja najstarsza i najdostojniejsza ryba.

Płyń, Eduardo tam, gdzie twoja ojczyzna, będę tęsknić!



25 marca 2025

174. Nie jedz, zdechnij!

„Nie sraczkuj się tak! Oj, ty taka sraczkowata jesteś jak moja mama nieboszczka” – mawiała do mnie siostra babci, a moja ukochana cioteczka. Oznaczało to, że jestem narwana, gorączkuję się jak prababcia. W każdej rodzinie funkcjonują charakterystyczne dla niej powiedzonka. U nas „sraczkować się” i „być sraczkowatym” do takich powiedzeń należą.

Dziadek, który nie pozwolił dać mnie „na zmarnowanie”, czyli do żłobka i przedszkola, wymyślał dla mnie najlepsze dania. Kiedy grymasiłam, że tego nie lubię, a tamtego nie będę jadła, zwykł mawiać z czułością: „nie jedz, zdechnij!”. Dzisiaj dziadkowe „nie jedz, zdechnij!” stosujemy przy każdej okazji, gdy ktoś wspomni, że czegoś nie lubi, za czymś nie przepada albo że się odchudza. Wrosło w koloryt mojej rodzinki na zawsze.

Gdy dziadek denerwował się na kogoś, rzucał do dziś niezrozumiałą klątwę: „A jechał cię kanarek na zdechłej świni w pełnym galopie!”. Jej wydźwięk to mniej więcej „mam cię gdzieś” albo „pieprz się”.

Z czasów przedwojennych pochodzi nasze „albo do sali, albo do sraki”. Znaczy tyle, co „zdecyduj się, albo w prawo, albo w lewo”. Wiąże się z tym historia pewnej zabawy tanecznej. W miejscu, gdzie się odbywała, pojawił się lokalny dygnitarz i widząc stojące przed budynkiem grupki młodzieży, zakrzyknął: „Albo do sali, albo do sraki!”. Nasiąkaliśmy tymi słowami przez lata, aż utrwaliły się na wieki.

Głównie męska (ale nie tylko) część rodziny komentuje dużą pupę stwierdzeniem „dupa jak Horodenka”. Horodenka to miasto na Ukrainie, które dawno temu było wsią o ogromnych rozmiarach. Leżała niedaleko miejsca zamieszkania dziadków. Wykorzystujemy ją, wzorem dziadka, do tego prostego porównania.

Również dzięki dziadkowi osobę stawiającą stopy do środka nazywamy „kosiarką”, a łysego mężczyznę „makohonem”. To ostatnie słowo pochodzące z kresów wschodnich oznaczało drewnianą pałkę zakończoną kulą, służącą do ucierania maku w makutrze (takiej glinianej misce z brązowym szkliwieniem po wierzchu).

Kosiarka
Makohon
Autorem powiedzonka „jakaś przyczyna zgonu musi być” jest brat mojego taty. Używa się go, gdy ktoś uskarża się na jakieś dolegliwości, im lżejsze, tym lepiej, np. złamany paznokieć, ból głowy, katar albo łupież.

Mój tato wynalazł czasownik „fićkać się” oznaczający przejechać się samochodem za miasto (bliżej lub dalej, odległość bez znaczenia).

Tato był również autorem nazwy „cham trzyliterowy”, której i ja nader często używam. Otóż „chamy trzyliterowe” to kierowcy samochodów o rejestracji rozpoczynającej się trzema literami, czyli spoza miasta. Kierowcy ci szczególnie często nie potrafią zachować się kulturalnie i bezpiecznie na drodze. Wymyślanie od „chamów trzyliterowych” mam w genach 😀



Również tato, a wcześniej dziadek, upowszechnili w rodzinie powiedzenie „kręcić się jak gówno w plumce” i o ile jego znaczenie jest zrozumiałe (kręcić się po pomieszczeniu albo nie móc się zdecydować), o tyle znaczenia słowa „plumka” do dziś nie znamy.

Ulubionym powiedzeniem mamy jest do widzenia, rozumku!, co jest oczywiste w pewnych (wcale nie rzadkich) sytuacjach.

Z kolei frazę „cekom i cekom” zawdzięczamy byłemu mężowi mojej przyjaciółki. Pochodził on ze wsi i gdy się zezłościł albo zdenerwował, włączała mu się gwara. I tak pewnego razu, gdy któraś z córek zbyt długo zajmowała łazienkę, a on w przedpokoju przebierał nogami, zaczął warczeć pod drzwiami: „No cekom i cekom. I cekom, i cekom!”. Rozśmieszyło nas to strasznie, a potem się udzieliło na dobre.

Również w rodzinie wspomnianej przyjaciółki przyjęło się, że gdy ktoś nieopatrznie powie: „jest jak jest”, to reszta dopowiada chórem: „i inaczej nie będzie!”. Też już tym przesiąkłam.

Bardzo jestem ciekawa oryginalnych powiedzonek będących częścią kolorytu rodzinnego w Waszych domach. Piszcie!

21 marca 2025

173. Gwiazdka z nieba

Lubicie wspominać dzieciństwo? Ja bardzo. Najbardziej. Rosłam sobie otoczona puchową kołderką miłości rodziców, babć, dziadków, cioteczek i wujaszków. Nie chodziłam do przedszkola, zawsze ktoś organizował mi czas lub organizowałam go sobie sama. Wieczorami, przed zaśnięciem… No właśnie. Czy gdy byliście mali, mamy śpiewały Wam kołysanki? Pamiętacie klasyki z dzieciństwa? W mojej pamięci pozostały i często łapię się na tym, że nucę je podświadomie. W końcu kto nie lubi sobie pośpiewać trochę przed snem? Albo w kuchni nad garnkiem zupy?

Pierwszą kołysanką, jaką pamiętam z najodleglejszego dzieciństwa, jest Aaa… kotki dwa. Zapewne jest to stara piosenka ludowa, bo jej pochodzenie spowite jest nimbem niewiedzy.


Aaa, aaa,

były sobie kotki dwa,

aaa, kotki dwa,

szaro-bure, szaro-bure obydwa.


Ach, śpij, bo właśnie

księżyc ziewnął i za chwilę zaśnie,

a gdy rano przyjdzie świt,

księżycowi będzie wstyd,

że on zasnął, a nie ty.


Aaa, aaa,

były sobie kotki dwa,

aaa, kotki dwa,

szaro-bure, szaro-bure obydwa.

Uwielbiałam iskierkę-oszustkę, o której śpiewała mi mama:


Na Wojtusia z popielnika

iskiereczka mruga.

Chodź, opowiem ci bajeczkę,

bajka będzie długa.

 

Była sobie raz królewna,

pokochała grajka,

król wyprawił im wesele

i skończona bajka.

 

Była sobie Baba Jaga,

miała chatkę z ciasta,

a w tej chatce same dziwy,

cyt! Iskierka zgasła.

 

Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,

łzą zaszły oczęta,

czemu żeś mnie oszukała?

Wojtuś zapamięta.

 

Już ci nigdy nie uwierzę,

iskiereczko mała.

Najpierw błyśniesz, potem zgaśniesz,

ot i bajka cała.

oraz mrożącą krew w żyłach historię o królewnie, królu i paziu:


Już księżyc zgasł,

naparły mgły,

sen zmorzył twą laleczkę,

 

więc oczka zmruż

i główkę złóż,

opowiem ci bajeczkę.

 

Był sobie król,

był sobie paź,

i była też królewna.

 

Żyli bez burz

w krainie róż,

to rzecz zupełnie pewna.

 

Kochał się król,

kochał się paź,

kochali się oboje,

 

i ona też

kochała ich,

kochali się we troje.

 

Lecz straszny los,

okrutna śmierć

w udziale im przypadła,

 

króla zjadł pies,

pazia zjadł kot,

królewnę myszka zjadła.

 

Lecz żeby ci

nie było żal,

dziecino ma kochana,

 

z cukru był król,

z piernika paź,

królewna z marcepana.

W późniejszym czasie poznałam kołysankę o gwiazdce z nieba:


W górze tyle gwiazd,

w dole tyle miast,

gwiazdy miastu dają znać,

że dzieci muszą spać.

 

Ach, śpij, kochanie!

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz – dostaniesz.

Czego pragniesz, daj mi znać,

ja ci wszystko mogę dać,

więc dlaczego nie chcesz spać?

 

Ach śpij, bo nocą,

kiedy gwiazdy się na niebie złocą,

wszystkie dzieci, nawet złe

pogrążone są we śnie,

a ty jedna tylko nie.

Pamiętam też, jak mając kilka lat, sama śpiewałam już, najwyraźniej dobrze utrwaloną, piosenkę o Dorotce (tfu!).


Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia,

tańcowała dokolusia, dokolusia,

tańcowała ranną rosą, ranną rosą

i tupała nóżką bosą, nóżką bosą.

 

Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia,

tańcowała dokolusia, dokolusia,

tańcowała i w południe, i w południe,

kiedy słonko grzało cudnie, grzało cudnie.

 

Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia,

tańcowała dokolusia, dokolusia,

tańcowała i z wieczora, i z wieczora,

gdy szło słonko do jeziora, do jeziora.

 

Teraz śpi już w kolebusi, w kolebusi,

na różowej, na podusi, na podusi.

Chodzi senek koło płotka, koło płotka:

cicho bądź, bo śpi Dorotka, śpi Dorotka.

Dlaczego "tfu"? Śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż przez wiele lat bardzo podobało mi się to imię, aż w końcu przyszło mi pracować z jedną taką. Wyjątkowy kałmuk! W końcu odeszła z pracy, do której nadawała się jak ja do baletu, ale wstręt do imienia pozostał.

Jakie macie fajne wspomnienia z dzieciństwa?