Ela i Basia
Ela studiowała w mieście, w którym mieszkała. Basia studiowała
poza domem. Ela była typową intelektualistką, podczas gdy Basia uczyła się
tak sobie. Rodzice sprzedali pole. Pieniądze dali Basi, kupiwszy jej uprzednio
kożuch. Ela marzła zimą w lichym płaszczyku. Po latach nawet scheda po
rodzicach została przez nich nierówno rozdysponowana, oczywiście na korzyść
Basi.
Stefa i Maryśka
Stefa
uczyła się w liceum, zdała maturę, studiowała, potem została nauczycielką
i dyrektorem szkoły. Dla Maryśki została szkoła zawodowa, w której
uczyła się krawiectwa, bo dla niej pieniędzy na naukę nie było. A szycia
w ogóle nie lubiła. Mimo to do końca życia pozostała krawcową. Jej marzenia
zostały zamordowane przez rodziców hołubiących Stefę.
-
Wiesz - zwierzyła mi się - mam straszne wyrzuty sumienia, bo ciągle mi się wydaje,
że kocham Natalkę bardziej niż Gabrysię.
Ewa
- Adaś
i Dorotka są w porządku, ale z Olą już nawet nie próbuję walczyć.
Przez to wszystko, co wyprawia, wydaje mi się, że ją kocham mniej niż
tamtych dwoje. Nie lubię jej.
A
według mnie Ewa hołubi Dorotę, jak żadnego z jej dzieci nie hołubiła. Obserwuję
to od narodzin Doroty po jej dorosłość.
Andrzej
Spośród
pięciorga dzieci to on był czarną owcą w rodzinie. Dlatego, że był zbyt wczesną
wpadką. Nie było wyzwiska, którego by nie usłyszał jako dziecko i później.
Nie było dnia bez awantury. Pozostała czwórka robiła, co chciała - zawsze
wszystko szło na jego konto. Cokolwiek się stało, było jego winą.
Nie
nadaję się na matkę-Polkę, więc po jednym dziecku podziękowałam za dalsze
rozmnażanie. Myślę, że nie potrafiłabym obdzielić dwojga (czy więcej) miłością
po równo.
Wielu
rodziców mówi potomstwu, że kochają
je tak samo, chociaż dzieci czują i wiedzą swoje. Jednemu przerywa się
ze zniecierpliwieniem, a drugie z uwagą wysłuchuje się do końca.
Jedno z nich słyszy, że "nie ma czasu na histerie", a drugie
ma prawo do słabości. Jedno obarczane jest zbyt ciężką do udźwignięcia odpowiedzialnością,
a drugiemu, będącemu tzw. "trudnym dzieckiem", dla świętego
spokoju we wszystkim się ustępuje. Jedno "zawsze da radę", a z drugiego
"nic nie będzie".
Trudny to temat, bolesny, wywołujący całą gamę emocji. Nasi rodzice nigdy nie dali nam odczuć, że któreś z nas kochają bardziej albo mniej. Dzięki temu i między nami nigdy nie było konfliktów. A jak to jest u Was? Czy macie tego rodzaju doświadczenia jako dzieci lub jako rodzice?



Jako jedynaczkami jednym dzieckiem trudno mi coś wnieść do dyskusji. Rodzeństwa bym sobie życzyła, całe życie właściwie, ale na więcej niż jedno dziecko też nie zdecydowałam się, tak więc trudno mi stawiać riszczenia pist morzem w kierunku rodziców. Jest jak jest.
OdpowiedzUsuńJak mama, czy ma inne leki?
Bylam/jestem jedynaczka, ale moim rodzicom nie wystarczalo milosci nawet dla jednego dziecka. Moze gdyby mieli wiecej, mialabym choc troche milosci od rodzenstwa. Sa ludzie, ktorzy NIGDY nie powinni miec dzieci. Ja sama mam troje, ale faktycznie niektore lubie bardziej, ale kocham wszystkie.
OdpowiedzUsuńMożna dzieci kochać tak samo mocno, ale uczucie jest już nieco inne - to tak jak w normalnym domu dziecko kocha tak samo mocno mamę i tatę, ale każde z rodziców inaczej.
OdpowiedzUsuńPS Mam siostrę, moja córka jest jedynaczką, ale z przyczyn życiowych, a nie dlatego, że nie chciałam mieć dwojga dzieci
UsuńMam troje dzieci. Wydaje mi się, że kocham je tak samo, ale jedynie one mogłyby to potwierdzić lub zaprzeczyć.
OdpowiedzUsuńMam jedno dziecko, więc nie wiem czy kochałabym po równo.
OdpowiedzUsuńMam brata i myślałam, że rodzice traktowali nas równo, ale z jego listu do rodziców odnalezionego po latach wynikało, że on czuł inaczej.
Z moich obserwacji wynika, że nie ma jednak równego traktowania, tak w dzieciństwie, jak i później, choć rodzice twierdzą inaczej.
Nas było pięcioro (najstarsza siostra niestety nie żyje) i nigdy nie odczuwaliśmy "różnicy w miłości" ani faworyzowania. Uwielbiamy się i spotykamy często, również ich dzieciaki, które już mają dzieciaki. Mamy taką nieco włoską rodzinę - dużo gadania, jedzenia, wspólne gry i śmiech
OdpowiedzUsuń