27 listopada 2023

86. Urozmaicenie

Dzieciątko postanowiło urozmaicić mi życie.

- Chodź, matka, wyskoczymy sobie na weekend do Katowic.

Nie przyjęło do wiadomości, że:

- Ojezudokatowicpocodokatowicnigdyniebyłamwkatowicachcotowogólezapomysł?!

- Zarezerwowałam już pokój w hotelu – Dzieciątko lakonicznie uznało sprawę za załatwioną.

No to pojechałyśmy. Na miejscu dołączyła do nas przyjaciółka Dzieciątka. Ślązaczka. Matko cudowna, po jakiemu ona mówi?! Co najmniej połowy nie zrozumiałam.

Obowiązkowo zostałam wyciągnięta do Yatty. To taki sklep z trylionem mang i stosownych do nich gadżetów. Uczyniłam przy tym ciekawe spostrzeżenie, że na świecie jest całe mnóstwo mangoświrów.

Główną atrakcją pobytu miał być – i był – bajerancki jarmark świąteczny. Spędziłyśmy tam dobrych kilka godzin popołudniowo-wieczornych. Ścisk, muzyka, hałas, grające domki z baśniowymi aranżacjami, po scenie miotało się i ryczało do mikrofonu jakieś bożyszcze tłumów, pomiędzy budkami, domkami, monstrualnej wielkości bałwanami, reniferami, dziadkami do orzechów, saniami Mikołaja i całym tym tłumem krążyła rozświetlona, rozdzwoniona i grająca kolejka.














W budkach sprzedawano wszystko, można było zjeść kiełbaski na gorąco i inne dziwne lub mniej dziwne potrawy. Ja dostałam ślinotoku na widok węgierskich langoszy. Ubóstwiam! W co którejś budce sprzedawano grzańce w różnych smakach, prawie wszyscy nosili w rękach zielone kubki. Wypiłam tradycyjny, wiśniowy i śliwkowo-cynamonowy.


Z prawej i z lewej diabelskie młyny. Jeden mniejszy, drugi sporo większy.


Takie rozrywki to nasz żywioł, więc pobiegłyśmy ochoczo do kolejki po bilety. Oczywiście na ten większy. Oglądanie wszystkiego z góry jest arcycudne! Najlepsza rozrywka w całych Katowicach.

Widok z góry na jarmark

I jeszcze jarmark z góry
Miałyśmy również wykupione godziny w Antykawiarni. To jest taka kawiarnia, w której płaci się dychę za godzinny pobyt i w tym czasie: gra się w gry komputerowe lub w innym pomieszczeniu w gry „analogowe” – planszówki, zręcznościowe i tym podobne. Różnego rodzaju herbaty i kawy do woli, już w cenie wejścia. Grałyśmy w Krzesełka, Jengę, Dixit, Taboo, La Cucaracha. Po dwóch godzinach wymiksowałam się, a dziewczyny jeszcze zostały pograć na konsolach. To już nie moja bajka.



I jeszcze ten Kafej. Po polsku „kawiarnia”, chi, chi. Kojarzycie zapewne takie napisy koło klamki: „pchać” lub „push”, prawda? No to patrzcie, jak to się załatwia na Śląsku!


A w hotelu… magiczne schody. Magia polega na tym, że nie wiadomo, dokąd prowadzą, bo nikną w suficie. Może na piętro 9 i ¾?


Po wszystkim zrobił się poniedziałek.



108 komentarzy:

  1. No i fajnie. My tez taki mamy. Pachnie pieczonymi kasztanami. No i sw. Mikolaj chodzi i zagaduje. Lubie takie atrakcje raz do roku i to bardziej niz chodzenie po swiatecznych sklepach. A te schody... brrr. Lepsza drabina.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak okolo wlasnej pelnoletniosci bywalam czesto na Slasku, albowiem poniewaz milosc mnie tam wiodla, jako ze prowadzalam sie z mieszkancem Tychów. Wtedy tez nie rozumialam gwary slaskiej, ale bedac tutaj, osluchalam sie, a ze wiekszosc slow to poprzekrecany niemiecki, zaczelam rozumiec slaski, kiedy zrozumialam niemiecki. Ale to bylo pol wieku temu, wiec pewnie duzo sie tam pozmienialo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest część niemieckiego poprzekręcana śmiertelnie.

      Usuń
  3. Zwiedzałam kiedyś Katowice z moją śląską psiapsiułą. :) Mam miłe wspomnienia.
    Może żeby pójść do końca tymi schodami, to trzeba jak Potter na dworcu, rozpędzić się i dobrze celować w... w tym przypadku w sufit? O_o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie myślę, ale nie miałam na to siły - tak mi się chciało spać, że marzyłam tylko o dotarciu do pokoju.

      Usuń
  4. Nigdy nie była inaczej niż przejazdem. Na razie ślinię się na jarmark wrocławski, który już się zaczął a ma potrwać nawet do nowego roku (czyli zdołamy się wbić z której by strony nie patrzeć), na ptysiowe gofry i może zupę dyniową z wegańskiego baru, jeśli w tym roku będą mieli swoją budę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsza zupa dyniowa jest podobno u mnie :-)

      Usuń
    2. Frau Be
      Bo mojej jeszcze nie jadłaś.

      Usuń
    3. Ani mojej. Nigdy nie gotowalam i nie ugotuje! :))) I nie wiem nawet czy lubie zupe dyniowa.

      Usuń
    4. @Aniu, wierzę Ci, ot tak po prostu :-)

      Usuń
    5. @Agniecha, Tobie też wierzę :-)

      Usuń
    6. @Echo, gotuję, bo córka lubi, ale ja sama nie lubię :-)

      Usuń
  5. a może by tak wszystkie jarmarki świąteczne w Poslce pozaliczać? taka zimowa rajza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie, ale w tym roku nie dam rady, mam już inną rajzę zaplanowaną.

      Usuń
  6. Jakem Ślązara moge potwierdzić- Katowice The Best, a ślónsko godka je najlepszo :):):):)Zaciekawiła mnie gra La Cucaracha. A w tym słodkim kafeju trza było kozać se podać szpajza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może bym i kazała, gdybym wiedziała, co to jest i że w ogóle coś takiego istnieje :-)
      La Cucaracha to gra planszowa. Jest mały karaluszek na bateryjkę, który zapiernicza wśród sztućców, a gracze tak je przekręcają, żeby złapać karaluszka do swojej pułapki.

      Usuń
    2. Szpajza to deser cytrynowy ( może mieć inny smak lub łączone smaki) na żelatynie. Bedę musiała zrobić i opisać na moim blogu, bo i tak już to kiedyś planowałam.
      Karaluszek na bateryjkę? Cudo, wykorzystałabym do innego celu:):):)

      Usuń
    3. Przepraszam, deser cytrynowy na żelatynie to chyba galaretka cytrynowa, o ile ja jeszcze coś z tego świata kumam :-)

      Usuń
    4. Kumasz dobrze, ale to nie galaretka, bo tu jeszcze jajka dochodzą, alkohol i można podzielić na parę części dodając do każdej inny smak np. czekoladowy. Moja mama robiła taką wielosmakową- coś w rodzaju ptasiego mleczka na alkoholu. W Katowicach pracowałam, ale teraz one bardzo się zmieniły. Pamiętam Katowice z lat 80. kiedy robiłam tam podyplomówkę- brudne, zapylone, śmierdzące czadem, potem z drugiej dekady XXI (praca) wieku, już nie śmierdziało i budowało się na potęgę. A teraz Katowice bardzo wyładniały.

      Usuń
    5. Wyładniały? Mnie się wydały okropnie brzydkie i zaniedbane.
      Szkoda, że nie wiedziałam o tym deserze, bo lubię wszystko, co cytrynowe, no i alkohol :-)

      Usuń
    6. Bo nie widziałaś ich w latach 70. Horror i ten czad z sadzami:( Ja tam mogę alkohol bez szpajzy, a najlepsze połączenie to spirytus+ cytryna= cytrynówka.

      Usuń
    7. Cytrynówka dobra rzecz. Jednak najlepsza z wszystkich ... zimne piwo. Mucha nie siada!

      Usuń
    8. Zimne piwo też może być:) Oczywiście nie każde. Ostatnio smakuje mi czeski Radegast i nasze lokalne cieszyńskie Noszak, ale bez żadnego soku malinowego- profanacja piwa!

      Usuń
    9. Oczywiście, że profanacja! 10% zgody.
      Piwa czeskie są o tyle fajne, że bardzo słabe i można je pić do oporu. I smaczne, owszm

      Usuń
  7. No i córka wzięła sprawy w swoje ręce, bo pewnie nie ruszyłabyś się nigdzie.
    Fajne są takie jarmarki, kiermasze, ja z kolei na takie koło nie wsiadłabym za żadne skarby!
    Gwarę śląską bardzo lubię, choć nie wszystko rozumiem:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię ruszać sie poza dom, byle jak najdalej. Często gdzieś wyskakujemy, ale Katowice to była straszna egzotyka, chociaż blisko :-)
      Diabelskie młyny, samoloty, balony - wszystko, co wynosi na wysokość, to mój żywioł. Pewnie po tacie.

      Usuń
  8. Po takich atrakcjach weekendowych ostatni mem jest jak najbardziej na miejscu, jak najbardziej adekwatny:)

    OdpowiedzUsuń
  9. O - karaluch na baterię! Gdybym miała agroturystykę, to wiedziałabym, co z takim ( takimi ) zrobić. :-D
    Fajnie, że się wybawiłaś na wyjeździe. Oby równie przyjemnie było w Ciechocinku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciechocinek zbliża się wielkimi krokami, to już w poniedziałek. A ja jakoś nerwowo do tego podchodzę.

      Usuń
  10. Suuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuper!!!! I brawa dla "dzieciątka" za pomysł, a Ty nie bądź oporna tylko korzystaj! 😁 Jak spojrzałem na te zdjęcia, to mimo że jestem zatwardziałym domatorem, pozazdrościłem wyjazdu! Co do poniedziałków, to jak tylko zostanie zaprzysiężony nowy rząd o napiszę petycję by zamiast poniedziałku ustanowić drugą sobotę 😉 Dwóch niedziel być nie może bo księża za dużo by na tacę zebrali 😂😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze można na tę tacę rzucić odbezpieczony granat :-)))
      Wiesz, że lubię się włóczyć, więc nie trzeba mnie długo namawiać: od 5 do 10 sekund :-)

      Usuń
    2. Powinnaś co tydzień sobie taki wyskok urządzać, to by Cię motywowało by jakoś ten tydzień przetrwać 😉

      Usuń
    3. Na wiosnę i w lecie urządzamy ich więcej, czasem faktycznie co tydzień, z dobrym towarzystwem podobnych wariatów jak my - ciotki i wujka. Szczebrzeszyn to też był wyskok :-)
      Jedna jest tylko rzecz blokująca: kasa. Ceny paliwa, noclegów, jedzenia...

      Usuń
    4. Niestety w Szczebrzeszynie niewiele sie zmienia, co prawda otworzyli ostatnio wieżę widokową, ale umówmy się, to żadna atrakcja. Tu aż się prosi jakieś miejsce żeby sie fajnie zabawić... Pod tym względem jednak Zamość jest dużo lepszy, a w okolicach świat Zamojska starówka wygląda pięknie. Ważne że masz możliwość uciec. Ja zamykam sie w domu i w sobie...

      Usuń
    5. Użyłeś tu ważnego słowa: uciec. Ja właśnie jestem typem ucieczkowym. Uciekam albo przynajmniej usiłuję uciekać przed każdą zmorą.

      Usuń
    6. Ja uciekam robiąc "resety". Niestety każda ucieczka, niezależnie czy po Twojemu, czy po mojemu, kończy się tak samo. Nasze demony zawsze nas dopadną.

      Usuń
    7. Tak. Każda ucieczka kończy się powrotem, a powrót boli jeszcze bardziej niż codzienność, do której się przyzwyczajasz.

      Usuń
    8. Dlatego uważam że od tego tak naprawdę nie można uciec, można albo się poddać, albo próbować z tym walczyć. Choć czytając grupy depresyjne widzę, że najczęściej jest to walka w najlepszym razie z chwilowymi zwycięstwami...

      Usuń
    9. Wiele razy słyszałam, że w praktyce jest to choroba nieuleczalna, ale że jednak można się z tego na tyle wyciągnąć, żeby uzyskać jakiś w miarę dobry stan. Ja na przykład mam teraz dobry czas i z pewnością potrwa to z miesiąc, ale co będzie po powrocie do domu z sanatorium, nie jestem w stanie przewidzieć.

      Usuń
    10. Ja jednak mam nadzieję że potrwa to u Ciebie zdecydowanie dłużej, choć wiem jakie są te powroty do domu... W tym skurwysyństwie każda chwila wytchnienia jest cenna.

      Usuń
    11. Teraz patrzę optymistycznie. Może naładuję się na tyle, że trochę na tym pociągnę.

      Usuń
    12. O!!! Optymistyczne spojrzenie to dobry znak! Ja w sobie tego nijak wskrzesić nie mogę, ale za Twoje trzymam kciuki, niech trwa i trwa jak najdłużej.

      Usuń
    13. Kolejna zmiana leków przyniosła w końcu rezultat. Oby na dłużej.

      Usuń
    14. A kto wie, może to właśnie te leki które pomogą Ci z tego raz a dobrze wyjść...

      Usuń
    15. Naprawdę, jestem wręcz zdumiona tą poprawą, a przede wszystkim działaniem leków. To jest już nowa generacja, nie uzależnia, nie wchodzi w interakcje z innymi lekami, nie powoduje skutków ubocznych. Żyć, nie umierać!
      No chyba że to perspektywa wyjazdu tak na mnie działa :-)

      Usuń
    16. Widzisz! Zawsze trzeba mieć nadzieję! Pamiętam jedną z naszych wymian zdań, gdy nie wierzyłaś że jakiekolwiek leki mogą jeszcze zadziałać 😅 Na szczęście się myliłaś i oby tylko lepiej było 😉

      Usuń
    17. Bardzo, bardzo bym chciała, żebyś i Ty podjął takie leczenie.

      Usuń
    18. Widzisz, problem w tym że ja już nie widzę sensu... Jestem do tego stopnia zmęczony tym wszystkim że autentycznie jest mi wszystko jedno czy będę 'żył" czy umrę.

      Usuń
    19. A jak myślisz, ile razy ja przez te wszystkie lata dochodziłam do ściany i wiedziałam, że to nie ma sensu?

      Usuń
    20. Pamiętam w jakim stanie byłaś jeszcze całkiem niedawno... Na szczęście dla Ciebie widać światło i oby już tylko coraz jaśniej było.

      Usuń
    21. Na razie jestem nastawiona optymistycznie. Nie łudzę się, że tak będzie stale i zjazdy nie wrócą. Ale chodzi o to, żeby ten pozytywny stan się utrzymał jak najdłużej.

      Usuń
    22. Każda chwila odpoczynku od tego jest piekielnie cenna.

      Usuń
    23. Prawda. To jest tak, jakby dali urlop w piekle.

      Usuń
  11. Ślunski jest ok 😎
    Węgierska pizza najlepsza.
    Bardzo fajny wypad, zazdraszczam pozytywnie i więcej takich miłych chwil życzę, pokłon w kierunku Dziecięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Węgierska to kiedyś była najlepsza papryka :-)

      Usuń
  12. Moja świętej pamięci mama by powiedziała, że "użyłaś jak pies na studni"...

    OdpowiedzUsuń
  13. langosze też lubię, czy raczej lubiłem, bo strasznie dawno ich nie jadłem... na Węgrzech jako kajtek wciągałem dwa i śniadanie zaliczone... raz się tylko nacięliśmy, bo były jakieś zielone "kaposzta langos" i nikt nie dojadł swojego, nikomu nie smakowały... ale nic to, potem za każdym pobytem na Węgrzech kupowałem już te normalne... wreszcie wyjazdy się skończyły, a po wielu latach nagle dojrzałem langosze w Wawie na bazarze przy Banacha... kupiłem sztukę, ale była do bani, bo zimna, a ten gamoń w budce nie miał mikrofali, ani nic takiego do podgrzania... i na tym na razie moje langoszowanie uległo zawieszeniu...
    z dziadkiem do orzechów też było dziwnie... poprzedni, obcęgowy taki się spalił, wraz z orzechami, czy może stopił, w każdym razie przepadł podczas pożaru rok temu, strach tam wejść szukać, bo na głowę coś może spaść... kupiłem niedawno w sklepie LISIA /to taka sieć sprzedająca tanie pierdoły/ nowego dziadka i w domu na pierwszym orzechu pieprznął, pękła rączka od niego, taka słabizna czarnkowa jakaś... kwit niechcący wyrzuciłem, więc nie mogę reklamować i 12 pln w plecy...
    a te schody to faktycznie, znać zaklęcie, mocno uwierzyć, że zadziała i nawet wchodzić nie trzeba, same ruszą do góry, bo to takie ruchome schody są, tylko chwilowo wyłączone...
    dycha za godzinę w grotece?... hm... tanio nie ejst, bo jak się człowiek wciungnie, to będzie wciungnięty, a na partię niektórych gier, np. w go, to godzina może być mało...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toteż posiedziałyśmy kilka godzin :-)
      Nie wymyśliłam jeszcze zaklęcia, a szkoda. Spróbowałabym zniknąć w suficie. Może właśnie tam jest ten świat, do którego tęsknię? Świat bez mojego łagru (czyt. pracy), bez chujanców niszczących przyrodę i zaśmiecających ziemię, bez biskupów, imamów i innych guru, bez terroru i niektórych blogerów (do których się nie zaliczasz XD), bez PiSu, konfederacji i innych faszystów, bez zimy (a w każdym razie bez konieczności skrobania szyb w samochodzie), bez zbędnych kilogramów, bez nerwic lękowych, depresji i fobii... tak dalej, i tak dalej - można dopisywać.

      Usuń
    2. tam z pewnością musi być jakiś kwantowy uskok czasoprzestrzenny, luka bez... no właśnie, bez czego?... bez tych wszystkich spraw które wymieniłaś i nawet bez zimnych kapuścianych langoszy byłoby bardzo fajnie, ale bez piwa już nie, bo by to był obszar bez pojęcia i bez sensu w dalszej konsekwencji :)

      Usuń
    3. Piwo absolutnie musi być! Kwantowe czy kwarkowe, wszystko mi jedno, ale być musi.

      Usuń
    4. "Senni zwycięzcy" /Marek Oramus, powieść SF, 1983/... w tym universum funkcjonuje piwo mówiące...

      Usuń
    5. Nie jestem pewna, czy takie piwo by mi odpowiadało. Byłoby chyba... niewegetariańskie.

      Usuń
    6. tak sobie zadałem pytanie, co może gadać w takim piwie?... zakładam (może zbyt optymistycznie), że spełnia ono Kanon Monachijski /woda, słód, drożdże i ew. chmiel/, więc nic innego w nim nie ma... zwierza nie widzę żadnego, więc chyba jest wegetariańskie :)

      Usuń
    7. Ale gada i może nawet ma oczy... Nawet bez oczu jakoś tak... wypić hadko.

      Usuń
    8. pozbawieni oczu też gadają, oprócz Juranda ze Spychowa, ale on nie gadał z innych powodów... natomiast jedno jest pewne, że na świecie tak wiele dziwnych wynalazków nazywa się "piwo", że ewentualna nieufność jest jak najbardziej uzasadniona...

      Usuń
    9. To nie nieufność wobec wynalazków, tylko litość nad stworzeniem :-)

      Usuń
    10. nad każdym stworzeniem tak się litujesz?... nad komarem też?... pomyśl sobie tak: dobrego stworzenia nikt by w piwie nie więził, musiało coś nabroić, więc można śmiało lać je w dziób...

      Usuń
    11. Kiedy ja komarów/komarzyc też nie zabijam. Kiedyś obserwowałam nawet, jak zagłębiały w moim ciele tę igiełkę-rurkę i robiły się pękatate, czerwone od mojej krwi. No nie miałam serca ich zabijać! Nawet w Mediolanie pod La Scalą, gdy dopadła nas chmara tych bydlątek.

      Usuń
    12. chyba mnie znokautowałaś... ale zaraz, stop, wróć!... mam jeszcze asa w rękawie... czy tolerujesz asa, znaczy kleszcza na kocie?... tylko nie mów, że żaden Twój kot nigdy nie wyłapał kleszcza, bo się rozbeczę, LOL...

      Usuń
    13. Żaden z moich pięciu kotów NIGDY nie złapał kleszcza, ŚLUBUJĘ UROCZYŚCIE. Albowiem koty moje niewychodzącymi kanapowcami są. Amen. Co wygrałam? :-))

      Usuń
    14. to była taka finałowa, zamykająca ekspresja emocji...
      w sprawie beczenia łgałem niczym pinokio, bo chłopaki nie beczą :P :)

      Usuń
    15. No chyba, żeby beczeli. Nieboszczyk mąż mojej przyjaciółki, 196 wzrostu, 130 wagi, wzruszał się tak, że płakał rzewnymi łzami.

      Usuń
  14. Zazdraszczam tego wypadziku, bo moje weekendy w tym roku to siedzenie na czterech od piątkowego popołudnia, po niedzielny wieczór plus początek i koniec wakacji, więc serio - chapeau bas dla Dzieciątka!!! W poniedziałek zaliczyłam powrót do strefy cienia po dwóch tygodniach L4. A w Katowicach dawno nie byłam, chyba z 12 już lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byle do weekendu, w poniedziałek jadę do sanatorium. Te trzy dni w pracy chyba jeszcze wytrzymam, ale nie jestem pewna...

      Usuń
    2. Serio, zazdroszczę. Miesiąc wolnego... Też bym chciała. Po prostu.

      Usuń
    3. I ja bym chciała. No to mam. Ale nie martw się, to jest tylko 1 miesiąc wolnego od szkoły, a Ty masz o wiele więcej rzeczy, które ja bym chciała mieć :-)

      Usuń
  15. Wiesz, że najbardziej urzekła mnie Babu Jagusia ... nie wiedzieć czemu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle nie wiem... :-)
      Cholera, mogłam ją dla Ciebie ukraść :-)

      Usuń
  16. Ileż ja bym oddała za takie urozmaicenie... Wprawdzie przez te jarmarki, przetacza się dla mnie zbyt wiele ludzkości, ale w sumie nawet mogłabym wypełznąć spod swojego kamienia.
    Co do schodów - one prowadzą do windy jeżdżącej w poziomie. Tylko trzeba trafić na ten moment, gdy otwiera się portal w ścianie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie masz rację co do schodów. Ale dlaczego siedzisz pod kamieniem?

      Usuń
    2. Bo tam, pod kamieniem jest moja pustelnia - całkowicie wolna od nadmiaru bodźców ze świata zewnętrznego.

      Usuń
    3. O. Ja sama cierpię na przebodźcowanie, ale nie mam kamienia... No to cierpię.

      Usuń
    4. Autentycznie współczuję cierpienia. Dobry kamień, nie jest zły. Mój na przykład porasta porostami i mszakami. Wokół pełno paproci (ich liście to dobry materiał na kołderkę). Żyć nie umierać.

      Usuń
    5. Wierzę, bo sama bym tak chciała.

      Usuń
  17. Jako dziecko chodziłam na odpusty w rodzinnej wsi mojej mamy. Raz zabrałam syna do mini wesołego miasteczka, które rozłożyło się przystanek od naszego domu. Nie lubię karuzel, diabelskich młynów i jarmarcznych atrakcji. Zazdroszczę Tobie i innym ludziom tej odwagi, by ciągle gdzieś jechać, coś zobaczyć i umieć czerpać radość z najprostszych rzeczy. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, Ty jeszcze masz siłę komentować? Nie wiem, czy podniosłabym się po takiej tragedii, jaka dopiero co Cię dotknęła. Ściskam serdecznie.

      Usuń
  18. Fajnie urozmaicenie! Jarmarki świąteczne lubię, mają swój urok. Co więcej: jako nastolatka jeździłam do Niemiec na wycieczki do Kolonii i Berlina na takie imprezy. Kupowałam tam młodszemu rodzeństwu i znajomym wielkie pierniki (lukrowane serca) na prezenty... :) W moim mieście od kilku lat też robią podobny jarmark, choć nie ma takiego rozmachu. Wpadam tam od czasu do czasu, ale poza weekendem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jarmark zacznie się w połowie grudnia i na pewno nie będzie aż tak rozbudowany, a szkoda.

      Usuń
  19. Miałam okazję tam być rok temu, ale już w końcu sezonu (początek stycznia). Blichtr świąteczny mnie nie bawi, kawiarnie i inne tak, ale musi być dobre towarzystwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że miałam dobre towarzystwo :-)

      Usuń
  20. Witaj początkiem grudnia
    W Katowicach nigdy nie byłam. Zazdroszczę tej wyprawy,. Bardzo lubię takie przedświąteczne urozmaicenia. Ale u nas w tym roku same ceny już odstraszają...
    Życzę pozytywnego nastawienia pomimo zimy za oknem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ceny odstraszają chyba wszędzie. Ja też nigdy wcześniej nie byłam w Katowicach, więc zaliczyłam :-)

      Usuń
  21. najbardziej rozśmieszył mnie poniedziałek :-DDD oraz cis, pchaj, pusz achacha
    spodobała mi się antykawiarnia, gdyż uwielbiam takie miejsca. wino grzane, jedzenie ...no wszystko fajne.
    Tylko gdybym potem wsiadła na to diabelskie urządzenia, to widomo, COFKA,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze nie dowierzam, gdy ludzie mi mówią, że nie mogą karuzeli.

      Usuń
    2. ej, no to uwierz, bo kiedyś będziesz znienacka obrzygana (ups))

      Usuń
    3. Przez pasażera koła młyńskiego? :-)

      Usuń
  22. Uwielbiamy to z Małżonką oboje (takie wypady, spotkania towarzyskie, rozmowy, dobre posiłki) i mamy tak niepisany, jak i niewypowiedziany układ, żeby nie czekać aż ktoś nas zaprosi i wyciągać siebie nawzajem. Dobrze nam to wychodzi i dobrze nam robi. Po Twoim tekście jestem przekonany, że Tobie również. Pozdrawiamy.
    P.S. Ja też nie mogę karuzeli, ale nie mam z tym problemu, bo po prostu na nią nie włażę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobrze mi to robi, pod warunkiem, że nie mam właśnie takiego zjazdu, że oczy w słup i łóżko pod sobą.
      Zastanawia mnie, w czym antykaruzelowcom przeszkadza diabelski młyn. Nie robi on przecież kółek w poziomie, tylko w pionie. Tutaj błędnik nie szaleje. Może lęk wysokości?

      Usuń
    2. :-) albo brak zaufania

      Usuń
    3. To znam. Skoczyłabym ze spadochronem, gdyby nie brak zaufania do sprzętu :-)

      Usuń
    4. Nie wiem jak reaguję na diabelski młyn, bo na nim nie byłem, ale wiem, że na statku błędnik szaleje, żołądek jeszcze bardziej, choć statkiem buja w pionie. Jestem pozbawiony lęku wysokości, pracowałem czasem na wysokich podnośnikach, drabinach, rusztowaniach, posiadam raczej głębokie przekonanie, że nie warto się spierdolić, ale nie różni się ono u mnie poziomem w zależności od tego, czy jestem metr nad ziemią, czy 20 metrów.

      Usuń
    5. Podobno na chorobę morską nie ma mocnych, są tylko szybciej i później chorujący. Nawet wytrawni, doświadczeni marynarze jej nie unikną.

      Usuń