1. Znowu.
Jak mnie naszło przed świętami,
tak trwa. Wygląda następująco: wieczór, kładę się spać, zamykam oczy i zaczyna
się. Galopada i wirówka myśli. „Karuzela z myślami”, że sparafrazuję
Białoszewskiego. Po mózgu obija mi się dokładna, starannie numerowana
lista moich życiowych porażek, zawsze zakończona tym samym wnioskiem: jestem całkowitym,
kompletnym, totalnym przegrywem. Przegrywem absolutnym. Nikim. Odpadem komunalnym.
Skutkiem ubocznym jakiegoś pieprzonego eksperymentu. W ostatni wtorek –
nie wiem, dlaczego to zrobiłam! – prawie już spałam, gdy nagle otworzyłam
oczy, w ciemności sięgnęłam po telefon i… spisałam całą tę listę. Na Zeusa,
mnie już chyba całkiem peron odjechał.

2.
Iwonie Zmyślonej spodobało się
użyte przeze mnie na Jej blogu bardzo rzeszowskie słowo „sztangiel”. To taki
rodzaj pieczywa, nie wiem, do czego porównać – jak bułka, czy co? Sztangle mają
na wierzchu kilogram soli i drugi kilogram kminku, obłędnie pachną, są
pyszne i uwielbiam je. Na wierzchu mają chrupiącą skórkę, a w środku
puszysty miąższ podobny do bułeczki, niesłodki oczywiście. Najlepsze sztangle
wypieka Piekarnia „Społem”. Niestety, wczoraj zjadłam to, co miałam, a dzisiaj
niedziela i świeżego pieczywa w czynnych sklepach nie ma, więc
zilustruję rzecz zdjęciem z Internetu. Dokładnie tak wygląda szanujący się
sztangiel.
3. Ostatnie dni, od wyjazdu Misia
Mamusi do domu, spędziłam u mamy. Dopiero dzisiaj wróciłam do domu i mam
pełny dostęp do przyzwoitego komputera i Internetu, a nawet do klawiatury
wyczyszczonej (czysty zysk) i oddanej przez Dzieciątko, które kupiło sobie
nową. Różową.
Mnie się marzy niebieska,
ale w sumie co mi po niej…?
Do dupy to wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz