30 października 2025

198. Pomyślę o tym jutro

Coraz częściej się zdarza, że aby podjąć jakieś działanie, potrzebuję silnej motywacji. W przeciwnym razie odkładam je na później. Przewodniczy mi myśl: "A jakie to ma znaczenie, czy ja to zrobię teraz, czy nie i czy w ogóle? Co to zmieni w moim życiu?".

Nie da się ukryć. Jestem prokrastynatorką i dojutrką. Uprzedzam – to nie jest wada, to styl życia, filozofia, wręcz sztuka. Nie każdy potrafi tak pięknie przesuwać obowiązki w czasie jak ja, to jest rzemiosło, do którego potrzeba specjalnego zmysłu i kreatywności.

Uwaga! Nie jestem leniem, tylko mistrzynią ceremonii odwlekania. Mam talent do rytuałów: kawa, porządkowanie biurka, wyczesywanie kotów, układanie książek na półkach, przeglądanie zaprzyjaźnionych blogów. Owszem, gdzieś tam z tyłu głowy nieśmiało kwili poczucie winy, ale nie jest na tyle motywujące, żebym miała wykonać zadanie natychmiast, dzisiaj.

Najczęściej odkładam na jutro sprzątanie. Potem odkładam jeszcze raz i kolejny... Tak, jestem w tym dobra!

Rozgrzewka przed wykonaniem dowolnego zadania trwa co najmniej 15 minut. Robię kawę, sprawdzam telefon, oglądam kilka śmiesznych memów, piję kawę z namaszczeniem i dostojnie. Tak mniej więcej wygląda moje przygotowanie mentalne.

Następna faza trwa od 45 do 120 minut. Sprzątam biurko, przesuwam dokumenty ze środka na lewą stronę. Część kładę na komodzie. Aha, robię listę zakupów, jest to sprawa niecierpiąca zwłoki (ani tym bardziej zwłok). Czuję, że jestem bliska wykonania właściwego zadania, ale bajzel na komodzie woła o posortowanie pierdół do art journala… No i koniecznie jeszcze jedna kawa!

W ramach rozgrzewki przeglądam materiały i notatki, scrollując w międzyczasie Facebook. Do głowy przychodzi mi myśl Scarlett O’Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Zapisuję wszystko na żółtych karteczkach, którymi oklejam podstawę monitora. To są sprawy do załatwienia „jutro”. Czuję ulgę, bo to oddala sprawę. Dziś mogę się wyluzować. Robię pranie, odkładając jego powieszenie na jutro. Jeżeli, nie daj Boże, poczuję coś na kształt wyrzutów sumienia (Dzieciątko twierdzi, że go nie mam), szybko wymyślam dla siebie nagrodę za wykonanie zadania i uspokojona idę spać. Pomyślę o tym jutro.

A tekst na blog? Postanawiam napisać go na już. Zaczynam od kawy, potem telefonuję do Psiapsi (150 minut), w końcu zapisuję ręcznie wszystkie pomysły (jakieś 17 stron) – i idę zorganizować biurko, żeby można było przysunąć klawiaturę bliżej siebie. Tak mniej więcej około godziny 21.00 post na blog jest prawie gotowy… Prawie. Dokończę go jutro, bo jeszcze potrzeba mu świeżości. Jutrzejszej.

Prokrastynacja przestaje być zabawna w chwili, kiedy minął ważny termin, gdy muszę słono zapłacić za rezultat, gdy stres eskaluje... W końcu trzeba podjąć działanie, odkładane np. przez dwa lata. Cóż, nawet taka mistrzyni jak ja czasem musi zrobić pierwszy krok do wykonania zadania.

Właściwie to prokrastynacja nie jest wrogiem, tylko częścią ludzkiej (w tym mojej) natury. Hej, prokrastynatorzy wszystkich krajów, łączmy się!

Kto z Was jest mistrzem, który mi dorówna?

112 komentarzy:

  1. Wystarczy że życie pędzi jak szalone, my nie musimy za nim gnać i możemy robić wszystko w swoim tempie 😉 Jest takie porzekadło, że jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Ty raczej nie dajesz diabłu przyczynku do radości 😉😅

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nie daję, nienawidzę się śpieszyć.

      Usuń
    2. I bardzo dobrze. Przecież co masz zrobić to i tak zrobisz, a jak nie zrobisz, to świat się przez to nie skończy... 😉

      Usuń
    3. No, dokładnie. Teraz zwracam uwagę na to, co wnosi do mojego życia coś, czym się właśnie zajmuję. I albo to jest dla mnie w jakiś sposób ważne, albo olewam.

      Usuń
    4. Tracenie energii życiowej na rzeczy mało ważne mija się z celem.

      Usuń
    5. Oczywiście, że tak. Odkąd mam wywalone, psychicznie mam się dużo lepiej. Gdyby nie mama, mogłabym powiedzieć, że polubiłam życie.

      Usuń
  2. Odnośnie sprzątania staram się robić to jak najrzadziej, żeby niepotrzebnie nie stresować pająków 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo dobrze, cieszę się z Twojej postawy wobec zwierząt 🕷 😅 Jeżeli chodzi o mnie, nawet nie muszę się starać - jakoś zręcznie omijamy się ze sprzątaniem 😂

      Usuń
    2. Sprzątanie bynajmniej nie jest zajęciem które można umieścić w zakładce pilne. To raczej kwestia ochoty, a że jej ciągle brak? 😅

      Usuń
    3. Trudno, takie życie 😅 Nawet mi dzisiaj córka powiedziała, że mam na wszystko wywalone i że to czasem nawet bywa nieprzyjemne. No tak, ale nie dla mnie 😉

      Usuń
    4. Lepiej mieć na wszystko wywalone, niż się wszystkim przejmować.

      Usuń
    5. Tak i tego się trzymam. Jakoś samo mi to przychodzi. Może z powodu choroby mamy wszystko inne wydaje mi się nieważne?

      Usuń
    6. To na pewno ma wpływ. Choroba najbliższej osoby zawsze przysłania wszystko inne...

      Usuń
  3. O, to ja czasem staram się wyprzedzać i robić rzeczy, które są na jutro lub pojutrze. Ale wtedy statystycznie wychodzimy całkiem nieźle prawda? 😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Statystycznie jesteśmy normalni 😂

      Usuń
    2. Tez przeszlam szkole: Co masz zjesc dzisiaj, zjedz jutro. Co masz zrobic jutro, zrob dzisiaj. I tego sie trzymam jak tonacy brzytwy. :)))

      Usuń
    3. Bez sensu. Życie jest jedno, w dodatku krótkie i zasrane. Po co je marnować, spinając się? Lubię jeść, więc co mam zjeść jutro i pojutrze, jem dzisiaj 😀

      Usuń
    4. Mozna powiedzenie przemodyfikowac na wlasne potrzeby: Co masz zjesc jutro - zjedz dzisiaj. Co masz zrobic dzisiaj - zrob jutro albo pojutrze. :)))) Ciekawe kto na tym lepiej wyjdzie?

      Usuń
    5. Ja, bo się nie narobię, za to się najem 😀

      Usuń
    6. No to nie wiem czy ty wierzysz w jutro, ze jutro bedzie, czy raczej zyjesz dniem dzisiejszym tylko?
      Moja regula wybiega w przyszlosc zapowiadajac syte i wolne od roboty jutro.

      Usuń
    7. Nie wiem. Po prostu nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

      Usuń
  4. Dorównać Ci nie zamierzam, ale cos opisu jest i we mnie, choć u mnie to zależy od tego, co mam zrobić, mam ulubione i znienawidzone czynności. Najlepszym motywatorem jest dla mnie hasło: wycieczka! wtedy albo robię szybko kilka rzeczy na raz, albo odkładam na po powrocie.
    Prasowanie natomiast i gotowanie odkładam w nieskończoność, a najlepiej gdy mąż zaproponuje - może do KFC?
    Wyrzutów nie miewam, już nie, jest tyle ciekawszych zajęć, niż sprzątanie , prasowanie czy gotowanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, a życie jest krótkie i prędko umyka.
      Też nie znoszę prasowania, omijam żelazko szerokim łukiem. Nie cierpię też sprzątania łazienki, bo malutka i ciasna (1,5 m x 1,7 m).
      Najchętniej nie gotowałabym wcale, bo ja nie potrzebuję na obiad ciepłych dań, mogę żyć sałatkami albo kanapkami. Ale ze względu na Dzieciątko staram się co któryś dzień coś upichcić. Mnie się po prostu nie chce stać i mieszać w garach.

      Usuń
    2. Prasowanie nie jest problemem, bo nigdy niczego nie prasuję, nawet nie wiem, czy posiadam żelazko. Pranie i sprzątanie (tzn. takie ogólne-łazienki, kuchni, odkurzanie) są OK i daję sobie radę. Z gotowaniem nie mam problemu—jem prosto, ale b. zdrowo.

      Najgorsze to sprzątanie domu, segregowanie dupereli (a szczególnie książek) i decydowanie, których z nich się pozbyć. Często jestem do niektórych rzeczy emocjonalnie przywiązany lub uważam, że „kiedyś mogą się przydać.” Niemniej jednak w ciągu 2 lat wywiozłem na organizacji charytatywnych oraz na śmietnik kilkadziesiąt pudełek z książkami, ubraniami, porcelaną i innymi przedmiotami, które tylko zajmowały miejsce i zagracały dom. Jeżeli wywiozę następne kilkadziesiąt paczek, to będę bardzo zadowolony.

      Usuń
    3. Z pozbywaniem się zbędnych przedmiotów mam tak samo. Jeżeli nie używam czegoś przez rok, to najpewniej już nie użyję, więc do widzenia. Zazwyczaj zawożę różnego rodzaju asortyment do organizacji "Emaus".

      Usuń
  5. Gdy pracowałem po 12-14-16 godzin dziennie, nie miałem czasu na prokrastynację, życie pchało do przodu i jeżeli czegoś nie zrobiłem na czas to nie z powodu odwlekania lub lenistwa, ale bardziej kompletnego zmęczenia i wyczerpania. Obecnie jestem na luzie i po prostu nie muszę (choć powinienem) robić wielu rzeczy. Jednak staram się jako-tako trzymać się pewnego planu i wcielać go w życie (np. po zrobieniu tego wpisu zamierzam spędzić minimum godzinę gimnastykując się—chociaż wolałbym odłożyć to do jutra 😁).

    Mam kolegę, który zawsze wszystko odkłada na później — nawet, gdy to „później” nie istnieje (np. odkładanie zakupów świątecznych na po-święta). I chyba taki styl życia mu odpowiada.

    Niemniej jednak prokrastynacja jest powszechną rzeczą i dlatego na rynku jest tak wiele książek i różnych opracowań na ten temat. Warto się nimi zainteresować—jeżeli nawet wprowadzi się w życie jedną czy dwie metody zwalczania prokrastynacji, to też będzie to pomocne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że mogę odpuścić. Zasadniczo jestem już w takim wieku, że niewiele muszę. Najgorsza rzecz to praca i prasowanie 😁

      Usuń
  6. Ja robię Plany roczne, których po części nie realizuje.
    Ala sobie zaplanowałam, że w roku 2026 zrealizuje wszystkie Plany zaległe i nowe.

    A sprzątanie?
    Nie mam na razie w Planie 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie robię planów, jestem zupełnie spontaniczna. No to może kiedyś spontanicznie posprzątam 😅

      Usuń
    2. No wlasnie. Dobrze zrobiony plan to polowa pracy wykonana. Frau, pomysl jakie to pozytywy.

      Usuń
    3. Jakie pozytywy??? Sprzątanie nie zając, nie ucieknie. Jedyne, co muszę, to nie spóźnić się do pracy. Reszta może poczekać.

      Usuń
    4. Nie planuj wiec sprzatania i juz. Zaoszczedzisz to drugie 50 procent wykonania.

      Usuń
    5. O - i toś mądrze rzekła. Z tym, że ja tak czy siusiak niczego nie planuję, bo jestem z tych nieplanujących 🎃

      Usuń
  7. Z moim młodszym synem odpadłabyś w przedbiegach!🤭🤣

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, wystarczy mi, że odpadam w przedbiegach z własną córką 😅

      Usuń
  8. U mnie jest na odwrot, nigdy albo bardzo rzadko w wyjatkowych przypadkach, nie odkladam niczego na pozniej, nie lubie bowiem zadnych mieczy Domoklesa nad glowa i wychodze z zalozenia, ze im szybciej cos zrobie, tym szybciej moge to odhaczyc i usunac z glowy jako obiekt ja zasmiecajacy. ´Posty pisze na ogol z wyprzedzeniem, potem je ewentualnie dopieszczam, a kiedy nie mam o czym pisac, to nie pisze w ogole i tyle. Dzisiaj np. mialam bardzo zajety dzien i w zasadzie pomyslalam, ze sprzatne lazienke jutro, ale wlasnie to zrobilam przed chwila i mam na jutro czysciutka lazienke, nie musze sie tym wiecej zajmowac i nic mi nie wierci dziur w sumieniu. Mam nawet zalatwione juz wszystkie prezenty gwiazdkowo-urodzinowe do konca roku, zostalo mi tylko pakowanie, a tego nie lubie, wiec ciesze sie, ze zostalo mi jeszcze duzo czasu, zeby nie musiec sie spieszyc.
    Moj pradziadek zawsze powtarzal, co masz zrobic jutro, zrob lepiej dzisiaj i ja sie tego trzymam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnica między nami polega na tym, że ja nie mam sumienia, więc nic mi na nim nie zalega 😀

      Usuń
    2. Zapytaj Dzieciątko! Nie mam ani sumienia, ani serca. Jestem normalnie wypatroszona.

      Usuń
    3. Z Pantera mamy chyba wspolnego dziadka, a Frau sie kryguje niepotrzebnie: ma wszystko nawet jak wypatroszone. :))) (z dynia mi sie skojarzylo).

      Usuń
    4. Ja nie moge sobie pozwolic na wypatroszenie ani na odkladanie czegos na zas. U mnie codziennie cos z nagla spada na ma biedna glowe i gdybym odlozyla, halda opoznien by mnie przywalila.

      Usuń
    5. @Echo, dobrze Ci się skojarzyło, kształtem przypominam dynię 🎃

      Usuń
    6. @Panterko, ja Cię rozumiem, ale nawet w takiej sytuacji zastanów się dobrze, czy naprawdę nie da się obejść bez jakichś czynności, po prostu żeby złapać trochę luzu.

      Usuń
  9. Ja. Możemy zrobić pojedynek. Odkładanie to moja specjalność. Robienie wszystkiego na ostatnią, dosłownie, chwilę. To jest jedna z cech ADHD, które mi się spotęgowały przez ostatnie lata bardzo. Żadna walka z tym nie przyniosła jeszcze efektu. Moje sumienie przestało już zwracać uwagę. Czasem tylko ściska mi żołądek ze stresu. Ale ogólnie zaakceptowałam prokrastynację, jako dar. Nikt tak nie umie spiąć dupy, żeby zdążyć minutę przed terminem. Sprzątanie? Jakie sprzątanie! Dopóki wiem gdzie co jest, dopóty nie ma potrzeby sprzątania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! I o to właśnie chodzi. Z wiekiem umiejętność nieskończonej prokrastynacji mi się mocno rozwinęła. Mówisz, że to ADHD? Czy ja się muszę zbadać?

      Usuń
    2. Nie wiem czy od razu badać. Ja po prostu wiem, że mam. Tak samo jak niektóre zachowania mam z ZA. Ale nie muszę mieć diagnozy, żeby dalej żyć. Sama wiedza skąd to wynika daje mi wystarczający spokój.

      Usuń
    3. Myślę, że w naszym wieku ta wiedza nawet nie jest do niczego specjalnie potrzebna.

      Usuń
  10. Ja tak nie mam i czasem ubolewam 😂 Ja mam tak jak Pantera - najpierw gorzkie lekarstwo, potem słodkie ciastko. Lubię zrobić, czasami jeśli się da to wręcz przed terminem i patrzeć z rozkoszą jak inni się miotają, bo pracę rozpoczęli od przerwy 😈

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Aśka - rzecz w tym, że ja się w ogóle nie miotam. Wszystko jest mi już tak doskonale obojętne, że nie odczuwam potrzeby miotania.

      Usuń
    2. @Pantera - Bliźniaczkę znalazłaś?! O, kurde!

      Usuń
    3. Dodam do tego, że prokrastynatorzy nie umieją w 'zrobię przed terminem'. Mózg działa tak, że się nie da. I na ostatnią chwilę zwyczajnie nie ma miejsca na błąd, zapomnienie, a im więcej do zrobienia, tym lepiej się to ogarnia. Nie ma więc mowy o miotaniu, wszystko co robimy jest akuratne. Przynajmniej ja tak mam.

      Usuń
    4. A ja się nie miotam, bo od czasu śmierci taty mam wywalone.

      Usuń
  11. nawet nie startuję. nie mam szansy nawet teoretycznej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś aż takim pedantem? Strach się bać!

      Usuń
    2. politechnika plus projektowanie - to wymaga pedanterii, albo przepadłaś. na swawole pozwalam sobie w blogu, a życiowo jestem nudziarzem przewidywalnym i mało towarzyskim.

      Usuń
    3. I to wiele wyjaśnia. Nie kończyłam politechniki. Mój tato studiował na politechnice krakowskiej, a potem rzeszowskiej, bo pojawiłam się na świecie.

      Usuń
  12. Ja miałem ostatnio refleksję, że przekładanie rzeczy na później to cholerna strata czasu.

    Pomyślmy. Stoi garnek do umycia w kuchni. Patrzę na niego... No tak trzeba umyć, to może poźniej.

    Mija kilka godzin i już trzy razy ten garnek widziałem i musiałem o nim myśleć.

    Zbliża się wieczór - tak w końcu go umyję.

    Straciłem mnóstwo uwagi, żeby zaplanować tak trudną operację. A jak już go umyłem, to muszę jeszcze myśleć, jaki to ma w ogóle wszystko sens.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie nie ma sensu. A garnki ładuję do zmywarki i niech się piorą same.

      Usuń
  13. Kiedyś sporo prokrastynowałam, teraz trochę zmniejszyłam ilość rzeczy do zrobienia -- przekonało mnie doświadczenie, że gdy zrobię, to jest zrobione. Ale też są rzeczy, które robię bardzo rzadko, np. rzadko sprzątam. W pracy zaś systematycznie, codziennie robię listę do odhaczenia -- pracuję nad tym, żeby po wyjściu z biura nie poświęcić robocie ani jednej myśli więcej do następnego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I o to właśnie chodzi. Do wypracowania takiej metody obronnej zmusił mnie terror za starej dyrektorki i tak mi już zostało. Nauczyłam się, że gdy zamykam drzwi szkoły, natychmiast czyszczę mózg i wracam do swojego życia. Poza tym od dawna jestem wypalona zawodowo i zwisa mi to, co robię.

      Usuń
    2. Mnie wypalenie zawodowe nie dotyczy, ponieważ zawsze pracowałam z jednego tylko powodu: bo mi za to płacą. Po prostu nie lubię dram, biegania, robienia trzech rzeczy na raz - wyczerpuje mnie to i potem po pracy muszę odespać, a na to szkoda życia. Z tego powodu, wszystko co muszę zrobić w pracy, robię z listą do odhaczenia. W życiu prywatnym to co innego. Bywam efektywna, gdy sama nie muszę się narobić (np. pamiętam, żeby wstawić pranie), za to rzadko sprzątam, głównie to co muszę, oraz jedzenie robię proste. Wolę zjeść coś prostego, żeby mieć więcej czasu na przyjemności: rozmowy, genealogię, czytanie, spacer i kawę na wychodnym, bo to są rzeczy w moim życiu najistotniejsze.

      Usuń
    3. I słusznie.
      Kiedyś lubiłam swoją pracę i na tym polegało niewypalenie. A gdy się wypaliłam, to mi wszystko zwisło. I teraz robię absolutne minimum, bo już się da. Za poprzedniej dyrektorki się nie dało.

      Usuń
  14. Ja ten styl wyssałam z mlekiem matki. Prokrastynacja w genach, rytuały w duszy, a talent do odwlekania to dar od przodków. A kawa? Kawa jest najważniejsza.
    Czuję się Twoją prokrastynacyjną siostrą;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siostro, odnalazłyśmy się! 😁
      Z mlekiem matki go nie wyssałam, bo nie byłam karmiona piersią. Gdybym była, wyssałabym straszne poukładanie i pedanterię. Brrr!

      Usuń
  15. dość łatwo pomylić tą całą prokrastynację, traktowaną jako jakąś patologię z bardzo zdrowym stylem życia zwanym "wuwei", bo przecież jest mnóstwo rzeczy, których wcale nie musimy robić, lub chociaż od razu nie musimy robić... ale jest też odwrotna strona medalu, że nieraz pewne rzeczy faktycznie powinniśmy zrobić bez ociągania się, odkładania, mimo to oszukujemy się, że wcale tak nie jest...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Wu wei (無為) bardzo mi odpowiada. Nauczyłam się odpuszczać wiele rzeczy, które nic nie wnoszą do mojego życia. Ale blogi i blogowe znajomości są dla mnie ważne.

      Usuń
  16. Chyba Ci nie dorównam, ale też mam skłonności do odkładania na lepszy czas. Jak zapiszę sobie w kalendarzu, to już czuję się zwolniona z obowiązku, no bo przecież nie zapomnę, tylko zrobię w dogodniejszym terminie :)
    Łączmy się, łączmy!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prokrastynatorzy wszystkich krajów, łączmy się! - że tak polecę klasyką sprzed lat 😉

      Usuń
  17. Zawsze byłam solidna, punktualna i robiłam dziś, co mogłabym zrobić jutro. Ale już nie jestem. W sumie wiele z takiej postawy mieli inni - ja wyłącznie notoryczną spinkę.
    Moje sekretarka mawiała, że "pracę trzeba sobie szanować" i zabierała się za nią wtedy, kiedy wchodziłam do sekretariatu :) Zawsze biedna była zawalona robotą :) I jak tu takiemu pracusiowi jeszcze coś zlecić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz. Mnie też to przyszło z wiekiem. To chyba trochę, a może i dużo, tego zobojętnienia, które wyzwoliła we mnie depresja. I wypalenie pracą, zmęczenie nieudanym życiem...

      Usuń
    2. Znasz kogoś, kto ma udane życie? Ja tak, ale to zjawisko wyjątkowe ;)

      Usuń
    3. Tak, znam i to całkiem niemało takich osób. W tym moja własna przyjaciółka.

      Usuń
  18. Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze - będziesz miał 2 dni wolnego 😏

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja mam tak odnośnie spraw urzędowych. Jak mam coś tam załatwić do ostatniej chwili nie idę, wtedy wszystko inne jest ważniejsze. Nienawidzę tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tym przypomniałaś mi, że miałam załatwić we wrześniu urzędową sprawę. Dzięki Bogu, mamy już prawie listopad, a sprawa czeka 😂 Ale zawsze powtarzam, że takich, co im się śpieszyło, są pełne cmentarze.

      Usuń
    2. Z tym, że takich, co olewali - też 😂

      Usuń
  20. W tym temacie jestem akurat w trzeciej lidze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej. Szkoda, po co się spinać? Ja się rozpinam 😀

      Usuń
  21. A czy zdarza Ci się zwlekać ze zrobieniem czegoś... kilka miesięcy? Ja mam tak, jeśli chodzi o posegregowanie starych ubrań i podjęcie decyzji które wyrzucić /PSZOK się kłania/, ewentualnie przekazać komuś.... Mój problem jest bardziej skomplikowany - bo wszystkich mi szkoda, bo może jeszcze kiedyś coś na siebie włożę.... bo to pamiątkowa sukienka albo bluzeczka którą sobie w Grecji kupiłam albo portki w których szałowo wyglądałam. To już chyba jakaś psychiczna choroba jest.
    I znowu wychodzi na to, że to wszystko co z szafy wyjęłam .... znowu z powrotem do niej wsadzę.... I potem będę się wkurzać że nie mogę niczego znaleźć bo taki mam w szafie bałagan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opróżniam mieszkanie z niepotrzebnych rzeczy systematycznie, bo lubię przestrzeń, a mam jej bardzo mało. Natomiast ze zwlekaniem z czymś przez kilka miesięcy, a nawet LAT nie mam problemu 😃

      Usuń
    2. A jak się pozbywasz tych niepotrzebnych rzeczy? Jakieś namiary pls. Bo problem jest - co z tym zrobić , skoro jest nieśmietnikowe. Zresztą do śmietnika też nie wolno.
      ps. jakie pięknie słowo pro- cośtam. Kiedyś to się nazywało lenistwo. a czasem bałagan vel chlew. I nie było powodem do chwalenia.
      ps2. kiedy idziesz na emeryturę? bo pora przestać demoralizować młodzież i odbierać jej chęć do nauki. Mojej wnuczce - zdolnej i kreatywnej z matematyki właśnie pani nałucielka odebrała całą frajdę niegdyś uwielbianego przedmiotu.

      Usuń
    3. Młodzież jest, uwierz mi, wystarczająco zdemoralizowana, żebu jeszcze cokolwiek miało ją zdemoralizować.
      Wszelkie niepotrzebne rzeczy, ale dobre jeszcze, nie śmiecie, odwożę do Emaus. To jest taka organizacja dla bezdomnych. Prowadzą oni kiermasz,, na którym sprzedają te przyniesione rzeczy za grosze, a dochód idzie na dom dla bezdomnych. Pracują tam także bezdomni. Niestety, to nie jest "sieć" ogólnopolska.

      Usuń
  22. Przez całe życie wyznawałam zasadę "co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj". Od dwóch lat nie robię nic poza oglądaniem tv, czytaniem blogów i płaceniem rachunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja bym Cię zachęcała, żeby dodać do tych czynności jeszcze jedną: pisanie na swoim blogu.

      Usuń
  23. Witaj już listopadowo
    Ja raczej nie odkładam nic na później. Wolę zrobić już. Nie jestem nadgorliwa, ale nie lubię, jak niezrobione rzeczy zaprzątają mi niepotrzebnie głowę.
    Pozdrawiam snującymi się nostalgiami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauczyłam się mieć wywalone i czuję się z tym bardzo dobrze, nic niezrobionego nie zaprząta mojej głowy.

      Usuń
    2. Napisałam komentarz i....
      Jeszcze raz.
      Zatem dzień i miesiąc urodzenia nie czynią nas identycznymi. Na szczęście różni nas rok przyjścia na świat.
      Bardzo zmartwił mnie Twój komentarz u mnie. Pamiętaj, nieustanie dobre myśli przesyłam

      Usuń
    3. Ismeno, dziękuję Ci bardzo.

      Usuń
  24. Gdybym tak miał wyhaftować swój sztandar, to na tle jakiegoś koloru ( na kolor jeszcze się nie zdecydowałem) były by damskie piersi. Bo Ja i mój Antoni wszędzie musimy być piersi. Piersi w pracy, piersi w obowiązkach , ogólnie piersi ze wszystkim. I te piersi jak to z mają w zwyczaju z każdym rokiem są większe. Byle by mi tylko nie wyszły poza sztandar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój sztandar byłby na pewno niebieski. Jasny.
      Chylę czoło przed Waszymi osiągnięciami piersiowymi.

      Usuń
  25. Nawet, gdybym bardzo chciała, nie dorównam Ci. No cóż... jedyne, co tak naprawdę odkładam na później, głównie po to, aby zapomnieć, to wiersze. I książka poetycka, przede wszystkim dlatego, że dużo czytam i przeglądam złych, wtórnych tekstów, nawet tych nagradzanych albo wydanych drukiem. Oczywiście jest to jedynie moja opinia, bo większość piszących myśli, że pisze świetnie.
    Nie lubię sprzątać, ale muszę, bo moja alergia by mnie dobiła, gdybym żyła w brudzie, więc dobry człowiek ze mnie żaden.
    Artystyczny nieład w szafach i na biurku i wielki nerw, gdy mąż to poukłada.
    Co jeszcze? Podoba mi się ten post. To naprawdę dobry post!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to bardzo mi miło 💖🙂
      Mam jakby odwrotnie - u mnie książki, wiersze i artjournaling to priorytet. Pieprzę pracę, która nic mi w nie dała oprócz nerwicy lękowej i depresji - i już nic nie da. Mam wywalone na wszystko, co nie daje mi nawet przyjemności albo satysfakcji. Chcę trochę pożyć dla siebie, zanim umrę.

      Usuń
    2. I tu mamy podobnie: też chcę pożyć pełnym cyckiem, dlatego ostatnio wychodzę z narzuconej mi kiedyś potulności i bywam tak asertywna, że aż się sama sobie dziwię. I stawiam na siebie. I chyba w końcu wydam te swoje wiersze. 🙂

      Usuń
    3. No proszę! Dojrzałaś! Brawo!!!

      Usuń
  26. A to nie jest tekst o mnie? :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie wiem, co mam. Prokrastynację, czy brak sił i chęci. W sumie na jedno wychodzi i męczy mnie dość okrutnie.

    OdpowiedzUsuń
  28. Prokrastynacja to moje drugie imię, prąpani.
    W minionym tygodniu gorzko tego pożałowałam, gdy miałam zapłacić za dom opieki Ojczastego i zaczęłam szukać umowy, gdzie był podany numer konta. Ni mo, diabeł ogonem nakrył.
    Ach, to znajdę na ich stronie. Akurat, nie podają do publicznej wiadomości. Przeglądam milion papierów. Ni mo.
    Przypomniałam sobie, że z tą teczką byłam w międzyczasie w punkcie ksero, może mi wypadło. Jadę do punktu ksero (pięć przystanków). Pan przegląda zostawione przez klientów papióry. Ni mo.
    Wracam do domu z myślą, że może przełożyłam z innymi papiórami do drugiej teczki, bo też coś jeździłam załatwiać. Ni mo.
    Postanawiam, że przejrzę kartka po kartce wszystkie teczki.
    I wtedy... potrącam niechcący lewą kupkę (teczki były na prawej), na podłogę spada - nie, nie teczka, zeszyt A4 cienki, z którym przecież w tym domu opieki byłam. A w nim umowa.
    DLACZEGO TO WSZYSTKO, DLACZEGO TYLE STRACONEGO BEZPOWROTNIE CZASU?
    Bo nie chciało się OD RAZU włożyć umowy do właściwej teczki.
    Więc PRZYSIĘGŁAM sobie, że od tej pory będę wszelkie notatki robione na karteluszkach i gromadzone papiery od razu kłaść na właściwe miejsce.
    Więc tentego - trzymaj kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trzymam. Wszystkie, jakie mam! Przysięga to nie ma to tamto, zobowiązuje.

      Usuń
  29. Ja ci nie dorównam ale tekst jak zawsze świetny, może dlatego że swoje przez noc przelezakowal 😉

    OdpowiedzUsuń