Nie cierpię bylejakości. Co by nie powiedzieć – nie tak
drzewiej bywało. Współczesne życie bylejakością stoi.
Chciałam przy remoncie mieszkania zrobić normalne, uczciwe
tynki. Nie, „teraz tak się nie robi” i w efekcie mam na
ściankach płyty gipsowo-kartonowe, czyli coś w rodzaju gówna. Dokonywałam również
minimalnej przeróbki polegającej na wyburzenia kawałeczka ściany i wybudowanie
tegoż kawałeczka w innym miejscu. Ściana, jak rozumiem, to cegła, beton,
nawet drewno… A, nie, co ja tam wiem, „teraz tak się nie robi”. I co
mam? Tak, zgadliście – cholerną gównianą ściankę z gównianego gips-kartonu.
Wrrr. Dałam się również namówić na panele podłogowe i ciągle odpadające
listwy. Cóż, każdy ma w swoim życiu chwile zgłupienia. Nigdy więcej!
Bloki były ocieplane. Oczywiście styropianem, a jakże
by inaczej. Na tym jakaś cieniutka warstewka czegoś tynkopodobnego. I co?
Zgadliście. Mury wyglądają jak rzeszoto, podziurawione palcami, pięściami i nie
wiem, czym jeszcze. Osobiście sprawdziłam, przyznaję ze wstydem – ale w celach
naukowych! – palec wchodzi jak w masło. Gipsowo-kartonowym obudowom rur na
klatce schodowej u mamy nawet już się nie dziwię. Oczywiście
popękane, powgniatane, ponadłamywane, podziurawione. I to nie trzeba się wysilać,
można to zrobić niechcący.
Może to i banał oraz oczywista oczywistość, ale nasz rynek
jest dosłownie zalany plastikiem wszelkiego autoramentu i tanim badziewiem,
które albo od początku nie działa, albo psuje się po jednym
użyciu. Sprzęty AGD, które służyły dawniej po 30 i więcej lat
zostały zastąpione tandetą do szybkiego wykończenia i jeszcze szybszego zakupu
nowej, bo „naprawa się nie opłaca”. Blachy w samochodach cieniutkie
jak pergamin, można je wgiąć małym paluszkiem.
W barach i innych jadłodajniach łamią się plastikowe
sztućce, dopiero co kupione majtki prują się podczas prania, nowy klej
nie klei, satynowe okładki książek natychmiast się odsatynowują, bo
odchodzi wierzchnia folia. Moda proponuje podarte spodnie, a na modelkach,
fotografiach, rysunkach i manekinach propaguje się stopy stawiane do wewnątrz,
co jest raczej zaburzeniem ortopedycznym.
Bebechy się plączą.
Kiedyś przedmiot miał starzeć się powoli, dzisiaj ma
dobrze wyglądać w dniu zakupu. Dawne meble były solidne, dziś półki w szafach
uginają się pod byle czterema rzeczami na krzyż, a „plecy” z dykty
odłażą od samego początku. W ramach promocji odklejają się listwy,
odchodzą okleiny i rozpadają się zawiasy. Niegdyś porządnie skręcane
śrubami meble dziś łączy się klejem, więc np. krzesła, gdy się rozchwieją,
nadają się tylko do wyrzucenia (np. ja skleić krzesła nie potrafię).
Podszewki prują się na potęgę, torebki rozlatują, szwy
krzywią się albo pękają, niedopasowane elementy sprzętów straszą
właścicieli (np. mój samootwierający się, przyprawiający o zawał
kosz na śmiecie). Opakowania to jednorazówki, futryny i drzwi ze sprasowanej
makulatury puchną od kropli wody, plastikowe place zabaw blakną w słońcu, niszczeją
o każdej porze roku i nie nadają się dla ciut większych dzieci, które
wciąż chciałyby się bawić.
W byle jakim życiu rządzą pozory i nawet relacje
międzyludzkie są pozorne, sprowadzone do SMSów, lakonicznych i napisanych
byle jak (język, ortografia, znaki diakrytyczne) wiadomości na komunikatorach, pozostawionych
przez osoby, które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że to brak
szacunku wobec odbiorcy. Bo i samoświadomość, i savoire-vivre byle jakie
(czego najlepszym dowodem są urastające do granic absurdu życzenia sobie „smacznego” przez
każdego i każdemu przy stole albo chamsko-protekcjonalne „witam” i spoufalanie się).






























