23 września 2025

190. Parafia Szprotki We Włosach ogłasza

Najmilsi, kochani i najukochańsi!

Z głębokim żalem zawiadamiam, że jestem zmuszona do przerwy w nadawaniu i komentowaniu u Was z powodu wyjazdu mojej mamy do Emiratów. Przestój potrwa od środy (24.09.2025 r.) do środy (1.10.2025 r.).

Ktoś mógłby zapytać, co ma piernik (wyjazd mamy) do wiatraka (przerwa w nadawaniu). Otóż niektórzy już wiedzą, że nie znoszę laptopów, a u mamy jest laptop przedpotopowy, działający gorzej od sześćdziesięcioletniego trabanta. Stąd moja niemoc.

W związku z powyższym tradycyjnie udaję się za wodę (15 minut powolnego spacerku), aby zamieszkać z Czeslavą Żbikovą.

Ale:

NIE LĘKAJCIE SIĘ I DUCHA NIE GAŚCIE!

Pojedyncze kontakty będą możliwe, a poza tym tydzień zleci jak z bicza strzelił. Nowy post już zaczyna się gotować.



21 września 2025

189. Niecodziennik – cz. 4 pt. „I co wyszło?”

Na początku bardzo ważna sprawa. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję Jotce za pocztówkę z pozdrowieniami z Rodos. Ściskam Cię mocno, Jotko i całusy przesyłam! 🩵 💙 🩵 💙 🩵 😘 🥰


Jestem Wam winna również zakończenie zabawy z dialektologią. Przyniosła ona bardzo ciekawe efekty. Oto one:

1. U nas mówimy „pantofle”, u Was mówi się: kapcie, papcie, bambosze, laczki, lacie, laćki, papucie.

2. U nas mówimy „ziemniaki”, u Was mówi się: kartofle, pyry, bulwy, pyrki, ziemniory.

3. U nas mówimy „płytki talerz”, u Was mówi się: płaski talerz, duży talerz, mały talyrzik, głęboki talerz.

4. U nas mówimy „reklamówka”, u Was mówi się: zrywka, jednorazówka, torba plastikowa, bojtel, tutka, siatka, torba, tytka, siateczka, plastikówka, a moja babcia mawiała foliówka.

5. U nas mówimy raczej na pole, ja przestrzegam poprawności i mówię „na dwór”, u Was mówi się: na dwór, na pole, na podwórko, na powietrze.

6. U nas mówimy „bańka”, u Was mówi się: bombka, kulka.

7. U nas mówimy „sznycle”, u Was mówi się: kotlety mielone, karminadle, faszyrka, karminatle.

8. U nas mówimy „drożdżówki”, u Was mówi się szneka z glancem, kołoczek, sznurki z tańcem, słodka bułka, drożdżówka z lukrem.

9. U nas mówimy „podgrzybek”, liczyłam na jakieś zwyczajowe nazwy, ale nie rozpoznaliście grzyba.

10. U nas mówimy „kasza gryczana”, u Was mówi się: pęczak, krupy, kasza hreczka, poganka.

11. U nas mówimy „mątewka”, u Was mówi się fyrtel, tłuczek, fyrlok, rogólka, firlok, kwirlejka, mieszadło, koziołek, rogal. Zafascynował mnie fakt, że wielu z Was w ogóle nie wiedziało, co to jest.

12. U nas mówimy „piętka”, u Was mówi się: przylepka, kromka, dupka, piyntka, ciłuszka, skrajka.

13. U nas mówimy „ciasto”, u Was mówi się: placek, kołocz, kuch, kołacz.

14. U nas mówimy „kaszle”, u Was mówi się: chruchla, kuco, hurla, hrycha, kucko, chyrlo, chyrla, chrząka, dusi go.

15. U nas mówimy „podkoszulek”, u Was mówi się: podkoszulka, T-shirt, koszulka, koszulka z krótkimi rękawami, koszulka z krótkim rękawem.

16. U nas mówimy „drobniaki”, u Was mówi się: miedziaki, drobnioki, dytki, groszówki, żółciaki, katloki, dziady.

17. U nas mówimy „kartka”, u Was mówi się: pocztówka, widokówka, karta.

18. U nas mówimy „bułka wrocławska”, „bułka kielecka”, „weka”, u Was mówi się: angielka, bułka paryska, chałka, baton, linga, francuz, bagietka, buła, bułka barowa, wek.

19. U nas mówimy „jeżyny”, u Was mówi się: ożyny, ostrężyny łostrynżyny, ostrężnice, czernice, ostrużyny.

20. U nas mówimy „rajstopy”, u Was mówi się: rajtuzy, rajtki.

Za najbardziej czarujące słowa uważam wyrazy FIRLEJKA, KARMINADLE, FYRLOK, CIŁUSZKA i CHRUCHLAĆ. Brzmią nie z tej ziemi 😀

15 września 2025

188. Pudelek z różańcem

Nie bywam w przestrzeni kolorowych pisemek i telewizji, jednak nie żyję też pod kamieniem. Co nieco do mnie dociera. Od pewnego czasu obserwuję, jak zapanowała nam miłościwie moda na spektakularne „nawrócenia” tak zwanych „gwiazd”. Zjawisko to powołało do życia nowe określenie: katocelebryta.

Radosław Pazura
Katocelebryci machają publicznie różańcami, oficjalnie obnoszą się ze swoją pobożnością, opowiadają o tym, jak niegdyś się kurwili i ćpali, a teraz „chodzą na randki z Jezusem”, wyjawiają inne swoje grzechy (spośród których prawie zawsze najważniejszymi są seks, alkohol i autoerotyzm). Z lubością udzielają wywiadów, w których królują intymne zwierzenia, bicie się w piersi, opowieści o Bogu i szatanie, aniołach, Panu Jezusie i Najświętszej Panience (dziewicy, rzecz jasna). Nawet niepolski Justin Bieber przyznaje, że przeszedł wewnętrzną przemianę (niczym Kmicic) i dzięki wierze stał się lepszym człowiekiem (jak – nie przymierzając – sam Jacek Soplica). Ponoć Sylvester Stallone też.

Cezary Pazura

W kraju mamy całą plejadę nawróconych. Najbardziej znane/znani katocelebrytki i katocelebryci to przykładowo Agnieszka Chylińska, Małgorzata Kożuchowska, Cezary Pazura, Radosław Pazura, Edyta Górniak, Misiek Koterski, Adam Woronowicz, Roksana Węgiel, Kuba Błaszczykowski… Jest ich naprawdę sporo i nie sposób wszystkich wymienić. Specjalną wisienką na torcie jest niejaka Patrycja Hurlak, podobno aktorka. Ktoś ją zna? Nazywa siebie nawróconą wiedźmą i opowiada, jak to „odzyskała czystość”.

Niejaka Patrycja Hurlak, rozpoznaję nawet, że to u nas, w kościele bernardynów
(Bazylice Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny)
Jak na moje oko, fala nawróceń rodem z „Vivy!”, „Życia na gorąco” czy „Pudelka” ma swoje uzasadnienie. Powszechnie wiadomo, jak trudno się przebić i wybić w aktorstwie, muzyce i sporcie, a konkurencja jest bezwzględna. Religijne coming outy i opowiadanie o własnych grzechach (jakie to ciekawe! 🤣) pozwalają zabłysnąć czymś nowym, do niedawna niemodnym, niemal szokującym, olśnić publiczność i – pomijając gremium zniesmaczonych – podbić ją na swoją korzyść. Moda „na Jezusa” do mnie nie przemawia, jakoś nie wierzę w szczerość tych „nawróceń” i wiarygodność opowieści katocelebrytów. Ot, znaleźli sobie niszę, do której wejście toruje drogę do zasięgów, promowania siebie, odświeżenie sławy.

Misiek Koterski

02 września 2025

187. Przyszła niuda, spucła pyry, a w wymborku myła giry

Wiecie co? Ciągną się za mną wyrzuty sumienia, o ile w ogóle mam jakieś sumienie. Dzieciątko na przykład twierdzi, że nie mam.

Otóż na drugim roku studiów mieliśmy przedmiot o nazwie dialektologia i do dzisiaj nie odrobiłam jednego zadania, które za nas dwie zrobiła moja koleżanka. Dialektologia zajmuje się terytorialnymi odmianami języka, czyli dialektami i w ich obrębie gwarami. Zadanie polegało na tym, że trzeba było pojechać na wieś i przepytać krewnych oraz znajomych, jak mówią na różne rzeczy. Chodziło o to, żeby zapisać wyrazy i wyrażenia gwarowe. A ja nie miałam i nie znałam nikogo na wsi. Co więcej, na drugim roku miałam dopiero dwadzieścia lat, a na wsi byłam po raz pierwszy w życiu w wieku dwudziestu pięciu lat. Dlatego dzisiaj dziękuję Monice światłowodem przez Ocean, natomiast zaświtało mi, że mogę to zadanie odrobić teraz, choć nie będzie chodziło o zebranie materiału badawczego, tylko tak z ciekawości, jakie są różnice w języku moich Czytelników. Czyli Was 😘. Jesteście porozrzucani po Polsce albo z niej pochodzicie, mieszkacie w miastach i na wsiach, żyjecie w różnych rodzinach. Może nawet będzie śmiesznie 😁. Spójrzcie poniżej, zadanie nie będzie trudne. Wpisujcie, proszę, odpowiedzi w komentarzach.

1. Jak nazywacie obuwie, w którym chodzicie w domu?

2. Co to za warzywo?

3. Jak nazywacie naczynie na drugie danie?

4. A przedmiot z uchami wykonany z tworzyw sztucznych, do którego pakuje się zakupy?

5a
 
5b. Dokąd wychodzicie z domu? 5a czy 5b?

6. Co to takiego?

7. Jak nazywa się ta potrawa z rozdrobnionego mięsa?

8. A te słodycze to...?

9. Co to za grzyb? 

10. Jak nazywa się ta kasza o specyficznym smaku i zapachu?

11. Co to za przedmiot?

12. Jak mówicie na zaznaczoną czerwonym kółkiem część chleba?


13. Jak ogólnie (nie chodzi o nazwę z przepisu) nazywacie taki duży wyrób cukierniczy?

14. Co robi ten pan?

15. Jak nazywacie tę część garderoby?

16. Co to jest?

17. A to?

18. Taki rodzaj pieczywa nazywa się...

19. Co to za owoce?

20. Co ta pani ma na sobie?

Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane.

20 sierpnia 2025

186. Niecodziennik – cz. 3 pt. „Wzruszenie”

Spostrzegawcza Pantera wydłubała z mojego poprzedniego tekstu fakt, że w „komfortowym” opactwie każdej nocy budziłam się z krzykiem. Zasugerowała, że to „złe ze mnie wychodziło”. No nie wiem, wychodziło albo wchodziło. Po takim „świętym” miejscu wszystkiego można się spodziewać.

[Pieśń stosowna do okoliczności]

Coś w tym jest, bo koszmary senne nie odpuszczają. Tym razem przyśniło mi się, że miałam przeprowadzić jedną z ostatnich lekcji w klasie maturalnej. Weszłam do sali, otworzyłam podręcznik i… zaczęłam wymiotować. Wybiegłam na korytarz i rzygałam na całego, a wokół mnie narastał tłum uczniów, którzy także mieli torsje i każdy puszczał pawia na mnie. Cała byłam pokryta ohydnymi, żółtawymi wymiocinami. Oczywiście obudziłam się z krzykiem. Chyba złe tynieckie wyłaziło.


Młodsza i starsza młodzież bawi się w taką zabawę, w której – krótko mówiąc – chodzi o szukanie różnych miejsc i znajdujących się w nich skrytek. Mniejsza o zawiłości zasad gry, gorzej, że grywa w nią Dzieciątko, co skutkuje czasami wyciąganiem mnie z domu. Nie inaczej było wczoraj. Co przeżyłam, to moje. Wizytowałyśmy chaszcze i przyroda tak sobie mnie zawłaszczyła, że krzaczory, w które wlazłam, postanowiły zatrzymać mnie na zawsze. Borze szumiący, jaka jestem atrakcyjna! Nawet zarośla na mnie lecą! Aż się wzruszyłam.



16 sierpnia 2025

185. Debilka, czyli koniec i bomba, kto pojechał, ten trąba

W rzeczy samej. Sama chciałam, debilka.

1. Z pomysłem, aby zażyć wczasów w klasztorze, nosiłam się już od lat, ale z realizacją się nie śpieszyłam. Trzymałam ten pomysł w odwodzie. Jakby co. Ostatnimi czasy zrobiło się to dość modne, zwłaszcza w kręgach zapracowanych, a nawet przepracowanych korpoludków płci i wyznania dowolnych. Nie tylko zresztą korpo. Ideą jest wypoczynek, nie tyle fizyczny, co psychiczny, reset i w ten deseń. A że i mnie by się przydały odcięcie, cisza, spokój, „kontemplacja” (no bez jaj!), przemyślenia, natchnienia i poszukiwanie siebie, to pomyślałam: „czemu nie?” i runęłam w przepaść.

2. Zakony oferujące „wczasy z klasztorze” proponują ciszę, przyrodę, rozmowy, spowiedzi, dobre jedzenie i inne fikuśności. Nie zastanawiałam się za specjalnie nad kierunkiem, zakładając, że najbliżej i najprościej będzie wybrać opactwo tynieckie (do Krakowa mam coś w rodzaju rzutu beretem). No to pojechałam, odnosząc wrażenie, że wiem, czym to pachnie. Nie wiedziałam.

3. Wybrałam pokój o nazwie „Komfort” w cenie – bagatela! – 260 zł za dobę ze śniadaniem. Pozostałych posiłków (po 55 zł sztuka) nie zamawiałam, bez przesady. To już pstrąg na pobliskiej przystani kosztuje sporo mniej.

4. Szybciutko okazało się, że rozziew między potocznym a tynieckim rozumieniem słowa „komfort” jest bezbrzeżny. Ręce i cycki opadły mi synchronicznie na widok tego cudu. Zatęchła izdebka na poddaszu, wielkości mniej więcej (raczej mniej niż więcej) dwóch metrów kwadratowych, z wąską szparą pod sufitem imitującą okno, dysponowała stosem Biblii, modlitewników i innych pism nabożnych – chyba dla odwrócenia uwagi ofiary od braku powietrza i powierzchni. Stare, wyboiste i skrzypiące łóżko sugerowało rychłe wydanie ostatniego tchnienia. Marzenie o klimatyzacji w tym miejscu budziło i śmiech, i rozpacz splecione w jednym uścisku. Łazienka „w pokoju” to oddzielne kuriozum: między wejściem do kabiny prysznicowej a ścianą pozostało góra 10 cm. Jak ja niby przez te 10 cm miałabym się przecisnąć, cholera wie, cud się nie stał nawet w tak świętym miejscu i myłam się po kawałku w umywalce. Wesołe miasteczko z parkiem rozrywki w jednym niech się schowają. Postanowiłam się nie poddawać tak od pierwszego kopa, ale faktem jest, że przywykłam, doprawdy, do zgoła innego rozumienia pojęcia komfortu. Żeby było zabawniej, na korytarzu było ciemno choć oko wykol, a do „pokoju” trafiałam tylko dlatego, że był ostatni. W dodatku bez numeru, a hecnie oznaczony imieniem jakiegoś świętego.

5. Pozostałą część dnia poświęciłam na wypicie zimnej lemoniady (w przystani), zjedzeniu lodów (w przystani) i spożycie zimnego piwa (w przystani). Nie dałam zarobić oszustom na sobie ani jednej złotówki więcej.

6. Jedyne, co mi się spodobało, to śpiewy mnichów. Potęga wprawnych, męskich głosów robi wrażenie. I chłód w kościele, tak potrzebny w ten sakramencki skwar.

7. Przez wszystkie trzy noce, które tam spędziłam, rzucałam się jak w tańcu świętego Wita, a co ciekawsze, budził mnie po kilka razy mój własnych krzyk. We dnie nie rozmyślałam, nie kontemplowałam, nie pisałam wierszy, nie robiłam zdjęć, nie bywałam na mszach, nie modliłam się i zasadniczo koncentrowałam się na przetrwaniu. W upał wszystko jest starsze, brudniejsze, bardziej lepkie, a opactwo tynieckie jest najstarsze w Polsce (z połowy XI w. i nieprzerwanie działające), to dość. Trwałam w obrzydzeniu i marzyłam o powrocie do domu, co wcieliłam w życie dzisiaj po śniadaniu.

8. I te infantylne rozmówki przy śniadanku… Chuderlawe panienki podlizują się zakonnikom, rachityczni chłopcy z lordozą grzebiący w jedzeniu kościotrupimi paluszkami podlizują się zakonnicom, a po jadalni niesie się echem „a Pan Jezus na to…”, „nieszpory o Matce Bożej śpiewaliśmy…”, trudno uwierzyć, że to dorośli ludzie.

9. Z ulgą powiedziałam temu miejscu „do niewidzenia” i wystartowałam do domu jak na dopingu. Tylko jeszcze musiałam przeturlać się przez kawałek Krakowa, paskudnego, obskurnego i brudnego (przepraszam, jeśli popełniam właśnie faux pas wobec kogoś, kto tam mieszka) i nielubianego od zawsze.

10. W domu dopadła mnie klątwa mnicha, tj. – z przeproszeniem – biegunka-gigant. Pewnie się w tym „komforcie” czymś zatrułam albo zaraziłam. A teraz, wykąpana i leżąca na rozgwiazdę, donoszę, co następuje: JESTEM RAZ NA ZAWSZE WYLECZONA Z KATOTURYSTYKI.



12 sierpnia 2025

184. Akcja zakrojona na szeroką skalę

Niniejszym obwieszczam, że jutro (w środę) o poranku rozpoczynam akcję poszukiwawczą. Udaję się na wyprawę w głąb siebie w poszukiwaniu siebie.

Tytułem uzyskania powyższego zamierzam zamknąć się w klasztorze. Tak, dobrze widzicie.

JA.

W KLASZTORZE.

Niezła heca.

Chcę odciąć się kompletnie od świata, jaki znam z codzienności. Pomyśleć. Przemyśleć. Może nawet znaleźć.

Nie martwcie się, nie zamykam się na wieki. Wrócę za jakiś tydzień, chyba że mi się spodoba i zostanę na zawsze.



07 sierpnia 2025

183. Niecodziennik – cz. 2 pt. „Kuliście”

Tak, nie da się ukryć, tęsknię za Wami. Wyć wciąż się chce i dół nic a nic się nie spłyca, mimo to przez łzy i pochlipując, piszę, bo chcę do Was. Dało się to na pewno zauważyć, bo powoli wracam do wizytowania Waszych blogów, aczkolwiek jestem jeszcze bardzo krucha i chwiejna. Za cokolwiek chciałabym się zabrać, opadają mi ręce i zastygam w apatii. W kwestii poszukiwania siebie w sobie jeszcze nie doszłam z sobą do porozumienia. Lęgnie się we mnie za sprawą jednej/jednego spośród Was pewien pomysł i chyba wcielę go w życie.

Jak łatwo się domyśleć, w związku ze stanem ducha nie dzieje się u mnie nic ciekawego. Nudy.

Pozbyłam się starego legowiska, oczekuję na nowe, śpiąc na podłodze.

Drzwi i lusterko w samochodzie wymienione na nowe.

Brakuje mi prawej ręki, ponieważ mam ostry stan zapalny stawu barkowo-obojczykowego. Ale i tak jestem oburęczna. Dzisiaj zaliczyłam w to miejsce zastrzyk.

Wczoraj kolega rozśmieszył mnie na całe dziesięć minut, opowiadając dowcip:

Przychodzi mucha do restauracji.

- Poproszę porcję gówna.

- Z cebulą czy bez? – pyta kelner.

- Bez, bo by mi z gęby jechało.

Dziękuję wszystkim, którzy do mnie piszą i dzwonią. To jest naprawdę cudne.



17 lipca 2025

182. Zguba

zgubiłam się

zapodziałam

i nie wiem, gdzie jestem

 

tu mnie nie ma

tam siebie nie widzę

czy mnie diabeł ogonem nakrył?

 

gdzieś przecież powinnam być

widziałam siebie całkiem niedawno

przechodziłam nawet obok siebie kilka razy

 

cóż za roztrzepanie!

 

zaglądam jeszcze do kąta

może tam się zawieruszyłam

ale i tam ani śladu po mnie

 

co u licha?!

 

* * *

 

No właśnie. Będę musiała odnaleźć siebie. Nie wiem, którędy droga. Plebiscyt na razie pozostaje nierozstrzygnięty, ale to – mam nadzieję – przejściowe.

Jestem w bardzo złym stanie psychicznym, nie wiem, ile to potrwa.



09 lipca 2025

181. Niecodziennik – cz. 1 pt. „Plebiscyt”

1. Nazywa się, że "mam wakacje". To by było na tyle.

2. Dostałam od niezawodnej Jotki pocztówkę z wakacji. Niech to fantastyczne uczucie, które mnie ogarnęło, spłynie również na Was.



3. Początek wakacji rozpoczął się w typie „miało być fajnie, a wyszło jak zwykle”. Otóż na nadziemnym parkingu Galerii „Rzeszów” pewna dama (czyt. kretynka) postanowiła cofnąć. Fajnie, tylko że wyszło jej jakoś po skosie, więc z fantazją zjechała na lewy pas, bo dlaczego nie. Kto bogatemu zabroni? Nie zdążyłam nawet w żaden sposób zareagować, jak już miałam drzwi od strony kierowcy do wymiany i rozpirzone w drzazgi lusterko. Czyli jednak mam fajnie, mogę się pobujać z towarzystwem ubezpieczeniowym i warsztatami. Ho, ho, ho, ho, ale fajnie, ale fajnie, ale fajnie…

4. Ponieważ moim samochodem nie mogę się poruszać (no jak bez lusterka?), zmuszona byłam przesiąść się do komunikacji miejskiej. Wybieram miejsce dla panów z laską. Z panem czy bez, miejsce zajmuję, bo laska to ja.


5. Ogłaszam plebiscyt. W lipcu mam odsiadkę w domu z kotkami, bo Dzieciątko wybywa się szlajać. Ale ja też chcę mieć wakacje, więc szukam pomysłu na siebie w sierpniu. I nie mam żadnego, bo przywykłam do innego spędzania wakacji, które w tym roku nie jest mi dostępne. Ogłaszam wobec tego plebiscyt na fajne, sierpniowe zagospodarowanie czasu. Kto wymyśli najlepiej, w nagrodę otrzyma talon na kurwę i balon… Nie, wróć, tu większość stanowią kobiety i w ogóle porządni ludzie, zatem coś innego się wymyśli. Będzie niespodzianka – nawet dla mnie.

6. Mam doła.

06 lipca 2025

180. Kolacyjka

Opisane zdarzenia naprawdę miały miejsce w rzeczywistości

 

Tyyyyy... – powiedział Miś Mamusi. – Zróbmy rodzicom niespodziankę i przejedźmy się do Pegeeru na kolacyjkę.

Zachichotałam.

- Dobra. Organizuj piwo, a ja zabezpieczam wałówkę. I o 1730 pod śmietnikiem!

- Ok – odrzekł Miś Mamusi i już go nie było.

Kolacja w Pegeerze oznaczała wieczorny wyskok w Bieszczady, do dzikiej głuszy, w której rodzice wraz z ekipą przyjaciół spędzali pracowite weekendy, latami porządkując i doprowadzając popegeerowski domek do stanu używalności.

Późnym popołudniem warowałam na parkingu przy śmietniku objuczona rozmaitymi wiktuałami. Miś Mamusi zajechał trabantem punktualnie i z fasonem. W lekko mętniejącym powietrzu pojawił się zapach mgły i jesieni.

* * *

W niedługim czasie dojeżdżaliśmy na miejsce. Mrok wokół nas gęstniał i przechodził z wolna w atramentową czerń. Na bocznej, podrzędnej drodze bieszczadzkiej daremnie by wypatrywać śladów latarni. Znajdowaliśmy się w kompletnej dziczy. Poza wątłym kręgiem świateł samochodu nie było widać nic. Miś Mamusi skręcił w wyboistą dróżkę dojazdową prowadzącą bezpośrednio do Pegeeru. Zwolnił do minimum, żeby nie uszkodzić podskakującego na wybojach samochodu. Minęliśmy puste pastwisko pogrążonej w uśpieniu stadniny koni i ostatnie metry wądołów skręcających pod dom przebyliśmy w absolutnych ciemnościach. Miś Mamusi zaparkował dokładnie vis-à-vis głównego wejścia. Przez chwilę siedzieliśmy w bezruchu, napawając się doskonałą ciszą i wpadającym przez uchylone okna, pachnącym świerkami powietrzem.

- Ty... – powiedział nagle Miś Mamusi nieswoim głosem. – Patrz!

Odruchowo przeniosłam wzrok w jedyne oświetlone miejsce. Po lewej stronie od drzwi wejściowych jaśniało samotnie okno od kuchni. Reszta domu wyglądała jak pogrążona w uśpieniu.

Skąpe firaneczki troskliwie zawieszone przez panią Beatkę nie zasłaniały całej szyby. W lewym dolnym rogu mignęła nam głowa pana Januszka. Nad nią, po prawej, brał właśnie zamach nasz rodzony ojciec. W ręce trzymał potwornej wielkości młotek.

- Idealne warunki do popełnienia zbrodni – wyszeptał złowieszczo Miś Mamusi. W jego głosie wyczułam jakąś niezdrową fascynację. Poczułam, jak wstrząsa mną gwałtowny dreszcz. Na zupełnym odludziu, w nieprzeniknionych ciemnościach można było spokojnie zamordować każdego, chyba że spotkało się niedźwiedzia.

W następnej chwili ręka naszego ojca spadła. Zamknęłam oczy. Miś Mamusi powoli otwierał drzwi samochodu.

- Wysiadaj! – syknął.

Otworzyłam oczy. Z czoła pana Januszka wciąż widocznego w oknie ściekała krew. Przez głowę przebiegła mi setka panicznych myśli. Dlaczego nasz ojciec?! Dlaczego pana Januszka?! Gdzie są pozostali?!

Poczułam, jak od stóp spowija mnie lodowaty chłód i podpełza z wolna ku górze. Zdrętwiałe ciało nie chciało słuchać. Wygramoliłam się niezdarnie, bojąc się ponownie spojrzeć w rozświetlone okno. Czułam, że odmawiające posłuszeństwa nogi niosą mnie w stronę upiornego domu wbrew mojej woli. Obok szedł Miś Mamusi.

- Chodźmy od ogrodu – powiedział z zimną krwią. – Z tej strony i tak zamykają na noc. Wejdziemy przez salon.

Mijając róg z lewej strony domu przemogłam się i raz jeszcze spojrzałam w kierunku okna. W kuchni wciąż paliło się światło, ale sprawiała wrażenie opustoszałej. Nie widać było ani zbrodniarza, ani jego ofiary. Przelotnie pomyślałam o piwniczce, do której wchodzi się wprost z kuchni i z lekka mnie zemdliło. Prawa strona domu, zupełnie zaciemniona, wciąż wydawała się dokumentnie wymarła.

Z drzwi ogrodowych buchnęła na nas muzyka i beztroskie śmiechy. Skonfundowani weszliśmy po trzech stopniach i zatrzymaliśmy się na progu. Wujek Kacperek obracał właśnie w tańcu panią Grażynkę, pani Beatka niefrasobliwie chichotała z Mamusią Misia, nakładając sobie na talerz sałatkę.

- O, dzieci przyjechały na kolację! – zaśmiały się radośnie, widząc nas na progu.

- Córunia Tatunia! – wykrzyknął Wujek Kacperek i, porzuciwszy panią Grażynkę, rzucił się do całowania mnie po rękach. Poczułam, że coś jest przeraźliwie nie tak. Oni tutaj tak wesoło, przy muzyce, a za ścianą...

Nie dokończyłam myśli. W przejściu prowadzącym do kuchni stanęła ofiara wstrząsającego mordu. Żywa, raczej zdrowa i prawie cała. Na czole pana Januszka widniała jednak rozległa plama niezakrzepłej jeszcze krwi.

- Dobry wieczór – powiedział, jak zwykle flegmatycznie i pogodnie. – Widzę, że zapowiada się niezła kolacyjka.

Nie zdołaliśmy wykrztusić ani słowa. Zza pleców pana Januszka wyłonił się morderca.

- Tato, na litość boską, dlaczego waliłeś pana Januszka młotkiem po głowie?! – ryknęłam straszliwie. – Co tu się w ogóle dzieje?!

- Jaaa? Waliłem? – zdziwił się nasz ojciec. – Sam się walnął, niezdara. Patrz, jaki ma czerep rozpruty.

- Tato, widzieliśmy przez okno! Walnąłeś pana Januszka młotem w sam środek czoła!

Pan Januszek, poszukujący czegoś na stoliku nieopodal kominka, zachichotał nagle i odwrócił się w naszą stronę rozbawiony.

- Składaliśmy z twoim ojcem meble – wyjaśnił. – Wieszał półkę nad zlewozmywakiem, a ja zbijałem komódkę. Akurat na dole, tuż obok niego. Tam jest najwięcej miejsca, sama wiesz.

- Ale walnął młotkiem... – jęknęłam beznadziejnie.

- No a jak? – obruszył się nasz ojciec. – Musiałem to przecież przybić!

- Ale w czoło pana Januszka!

Miś Mamusi milczał oskarżająco.

- Pan Januszek sam sobie rozorał czoło, bo to jemioła jest kompletna – wyjaśnił tato. – Wyprostował się gwałtownie i huknął w róg półki aż echo poszło.

Pan Januszek, wyraźnie rozbawiony, kiwał głową, usiłując jednocześnie przykleić sobie na czole plaster z opatrunkiem.

- Daj – powiedziała pani Beatka – to ci przykleję.

- Łapami z majonezem?!

- Najpierw obliż – doradziła pani Grażynka. – Dobry majonezik. Z czosneczkiem.

- Aaa... – powiedziała Mamusia Misia znad salaterki. – Czosneczek jest bakteriobójczy. Można by przyłożyć Januszkowi zamiast plastra.

- Z majonezem...? – zainteresował się gwałtownie Wujek Kacperek.

- Cebula! – wykrzyknął mój ojciec, klepnął się w czoło otwartą dłonią i uciekł do kuchni.

- Nieee! – odkrzyknął pan Januszek i pobiegł za naszym ojcem. Z kuchni dał się słyszeć rumor.

- Oho, przypalił – odezwała się lakonicznie pani Grażynka.

- Nie patelnią! – zawył mój ojciec.

Misiowi Mamusi i mnie puściły nerwy. Pan Januszek wziął odwet?! Gotowi na wszystko, równocześnie zatrzymaliśmy się na progu kuchni. Pan Januszek, dziarsko wywijając teflonowym naczyniem, z którego na wszystkie strony pryskał olej z resztkami smażonej cebuli, usiłował wygonić z domu cztery potężne ćmy. Wycofaliśmy się chyłkiem i w milczeniu. Miś Mamusi ukradkiem odetchnął.

- Czyli wszystko w normie – zawyrokował po cichu. – Regularny dom wariatów.

- Dzieci! – zawołały wdzięcznie od stołu Mamusia Misia z panią Grażynką. – Co dobrego przywieźliście? No, rozpakowujcie się! Misiu Mamusi, masz piwo...?

29 czerwca 2025

179. Zwierzęca dusza

Traf chciał, że kilka lat temu znalazłam się na pewnej imprezie razem ze znajomym chłopcem w sutannie. Na rękach piastowałam malutką, dwumiesięczną wówczas kotkę, którą właśnie dostałam w prezencie. Duchowny przysiadł się do mnie. Uszczęśliwiona maleństwem, wyciągnęłam do niego ręce, pragnąc podzielić się swoim zachwytem.

- Popatrz, jaką piękność dostałam od naszych wspólnych znajomych...

- A idź mi z tym kotem! – wrzasnął chłopiec w sutannie i spąsowiał na twarzy.

- Oszalałeś?

- Kot powinien myszy łowić, a nie na kanapie siedzieć!

Zatrzęsło mną w posadach.

- A chłop powinien baby posuwać, a nie w kiecce latać jak ostatnia ciota! – warknęłam.

- Kurwa mać! – odezwał się elegancko, jak na duchownego przystało. – Nie odzywam się do ciebie więcej.

- Pozostaję nieutulona w żalu – odparłam i jad skapnął mi z kłów na dywan.

Jakiś czas później na blogu, którego reklamować nie zamierzam, inny chłopiec w kiecce wysmażył post nafaszerowany mądrościami od siedmiu boleści, od których nóż sam się otwiera w kieszeni. Z typowo katolicką miłością stworzenia skrytykował ludzi, którzy trzymają psy w domach zamiast na łańcuchach przy budzie. Uznał za gorszące traktowanie ich jak członków rodziny i złożył to na karb ślepego posłuszeństwa i wierności, którymi zwierzę obdarza nas – według wspomnianego mędrca – za kość i miskę strawy!

Jakże prymitywny musi być człowiek, który gardzi zwierzęciem tylko dlatego, że go nie rozumie i nie ma krzty wrażliwości! Jaki mały w swojej megalomanii jest ktoś, kto głosi pogląd, że zwierzę nic nie czuje i który nigdy nie słyszał o tym, że zwierzęta kochają bezwarunkowo – nawet jeśli człowiek staje się ich dręczycielem i katem. Może należałoby uwiązać takiego na łańcuchu przy budzie, żeby na metrze kwadratowym jadł, spał, wydalał i myślał nad swoją wielkością?

Warto zwrócić również uwagę na pewien komentarz, który pojawił się na jeszcze innym blogu. Komentująca przywołała przykład zakonnika, który z upodobaniem rozdeptuje małe stworzonka. Zapewne głosi z upodobaniem, że zwierzęta nie mają duszy i jest jednocześnie zaciekłym „obrońcą życia”. Szczerze życzę mu, aby doświadczył na własnej skórze takiej „obrony”, jaką sam reprezentuje!

Zwiedzając Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, zawędrowałam do niesamowitego grobu. Przewodnik opowiedział nam jego historię. Lwowskiemu mieszczaninowi, Józefowi Iwanowiczowi, towarzyszyły codziennie w spacerach dwa psy: Pluto i Nero. Gdy mężczyzna zmarł, podążyły za jego trumną aż na cmentarz i tam pozostały. Do tego stopnia tęskniły, że pomarły jeden po drugim, warując przy jego grobie i odmawiając jedzenia. Żona mężczyzny kazała pochować psy obok pana. Na pamiątkę tego wydarzenia na nagrobku dłuta Pawła Eutele znajduje się popiersie Iwanowicza z leżącymi po bokach dwoma psami. Z oka jednego z nich spływa łza symbolizująca tęsknotę za zmarłym panem. Z oczu drugiego płyną dwie łzy – opłakuje pana i swojego psiego towarzysza, który umarł pierwszy. Nie jest to legenda, ale historia prawdziwego człowieka i prawdziwych zwierząt.

Druga historia rozgrywała się niejako na moich oczach. Gdy zachorowała moja kotka i codziennie chodziłam z nią na kroplówki, spotykałam w lecznicy starszą kobiecinę, która dzień w dzień nosiła na mdlejących rękach sporej wielkości psa, aby nie pozwolić mu umrzeć. Gdy siedziałyśmy ramię w ramię w pomieszczeniu z kroplówkami, opowiedziała mi ich przeżycia. Kilka miesięcy wcześniej zmarł mąż kobiety, ukochany pan psa. Biedne zwierzę tak za nim tęskniło, że przestało jeść. Stało się chude, apatyczne, słabe, choć pani dogadzała mu jak tylko mogła. Moja kotka wyzdrowiała, więc przestałam spotykać się z dzielną panią i nie wiem, jak zakończyła się ich historia. Mam jedynie nadzieję, że udało się uratować zwierzę.

Czy z tych dwóch przykładów – jakich świat zna tysiące – rzeczywiście wynika, że zwierzęca miłość to jedynie prosty układ: „ty mi kość, ja ci wierność”?!

25 czerwca 2025

178. Delikutaśni

Dobry dystansik nie jest zły. Znakomicie oszczędza stresów. I gdy tak zdystansowana patrzę sobie bezstresowo na to, co współczesność zrobiła ze zdrowych fizycznie i psychicznie ludzi, nasuwa mi się stresogenny wniosek: strasznieśmy się zrobili delikutaśni!

Moi Dziadkowie przeżyli dwie wojny. To znaczy konkretnie: głód, bombardowania, gwałty, wywózki na roboty i do obozów koncentracyjnych, uzbrojonych po zęby Niemców z jednej strony i Banderowców z nożami przystawianymi do gardeł (którzy dali im 24 godziny na opuszczenie własnego domu tak jak stali) z drugiej. Stracili cały majątek, po drodze okradziono ich z dokumentów i bagaży i przyjechali do Polski w tym, w czym stali, bo usiąść nie było gdzie. Po tym wszystkim jakoś nikt nie chadzał do psychologa, nie ubijał latami piany nad straszną traumą, nie wymyślał kolejnych terapii. Zakasali rękawy, wzięli się do roboty, zagospodarowali miejsce, w którym przyszło im dalej żyć – i żyli. Tak po prostu. Pogodnie, pracowicie, bez rozpamiętywania, dłubania, wyszukiwania. Być może dlatego, że wojna, jak powszechnie wiadomo, to bułka z masłem naprzeciw współczesnego świata, w którym półki uginają się od jedzenia, wieszaki od szmat, a na ulicach zamiast żołnierzy Wehrmachtu tkwią niekończące się korki z samochodów.

Dziś wszystko jest dobrym powodem tak ciężkich urazów psychicznych, że za chwilę wyjście z domu bez osobistego zestawu podręcznego składającego się z psychiatry, psychologa i kolorowych tabletek nie będzie możliwe. Już od zarania życia dzieciak jest tak zestresowany faktem, że ktoś może od niego czegoś wymagać, że trzeba natychmiast otoczyć go troskliwą opieką psychologa. O obowiązkach domowych nawet wspomnieć hadko: nakaz ruszenia tyłka sprzed komputera i wyniesienia śmieci jest aktem przemocy domowej, który narusza godność osobistą delikwenta i godzi w Konwencję o Prawach Dziecka. W rezultacie trauma gotowa i jedynie psychoterapia może tu coś zdziałać. Podobnie sprawa ma się z bandytami, mordercami, gwałcicielami i pedofilami – ich ofiary, winne same sobie, doprowadzają biedaków do takiego stanu, że koniecznie trzeba ratować delikatną psyche zbrodniarzy i otaczać ich w więzieniach opieką najlepszych specjalistów.

Somatycznie prezentujemy się jeszcze gorzej. Moi Protoplaści żarli bandycki cholesterol aż im się uszy trzęsły, łykali wredne kalorie i na dodatek w ogóle ich nie liczyli, faszerowali się do wypęku zbrodniczymi tłuszczami (oprócz masła obowiązkowo smalcem i skwarkami), śmiercionośnymi węglowodanami różnej maści i zamiast się obsesyjnie odchudzać, chorować oraz umierać nagle od arteriosklerozy, nadwagi, zawału, syfu, kiły i mogiły, żyli pulchnie i wesoło po 98 – 100 lat i umierali zdrowi, no bo ileż w końcu można żyć. Babciom za wszelkie kosmetyki służył przez całe życie jedyny dostępny na rynku krem Nivea i zwykłe mydło w kostce (nierzadko szare), bo innego nie było. Dziś niewłaściwie dobrany płyn do higieny intymnej łamie kobiecie życiorys i w prostej linii prowadzi do depresji, na którą i dobry psycholog nie zawsze może pomóc. Nie mówiąc o tym, że 5 kilogramów nadwagi musi prowadzić nieuchronnie do realnych zamiarów samobójczych.

Nie zamierzam gdybać nad wpływem reklamy na rynek konsumencki ani utyskiwać na głupie mody społeczne. Chcę tylko powiedzieć, że ponad wszystkie trendy świata najbardziej cenię sobie zdrowy rozsądek, a za najlepszy środek na wszelkie pseudobolączki uważam wzięcie się za jakąś pożyteczną robotę.

"Biedne, zestresowane" dziecko.


20 czerwca 2025

187. Ach, jak my pięknie pomagamy!

Na jednym z forów wypowiedziałam się na temat związany z udzielaniem pomocy, tak ludziom, jak i zwierzętom. Tekst budził wiele emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Zastanawiając się nad istotą dobroczynności, zauważyłam pewną żałosną prawidłowość. Zapisałam sobie kilka wypowiedzi, z których przytoczę trzy rozbrajające reprezentatywne.

1. „A jakże, pomagajcie zwierzakom do upadłego, a zaniedbujcie Boga i ludzi. Kot i pies pomogą wam w starości... podadzą łapę, szklankę herbaty, zaprowadzą do toalety i lekarza, zrobią zakupy... i nauczą rozumu nad grobem”.

2. „Jak ty kotu i pieskowi i tak on tobie na starość...” (składnia oryginalna).

3. „Obyś nigdy nie potrzebowała pomocy, bo wiesz, ludzie wówczas też mogą się odwrócić, a kotki czy pieski, no cóż, wszystkiego nie są w stanie zrobić” (składnia oryginalna).

Oto, jak pojmują altruizm zwolennicy pomagania ludziom, ale już zwierzętom nie. Co wynika z przywołanych powyżej zdań? Otóż ich autorzy najwyraźniej rozumują tak: „teraz pomogę temu i tamtemu człowiekowi, to na starość on pomoże mnie”. To jeszcze jest pomoc, czy już ubijanie interesu? W takim wypadku rzeczywiście, jeż i łabędź będą bezużyteczne. Osoba, której się pomogło, ma za to zapewnić im spokojną starość. Cóż za wzruszająca bezinteresowność! Co więcej – rzecz dotyczyła między innymi chorych i niepełnosprawnych dzieci. Zatem: dziś ja pomagam takiemu dziecku, a za kilkadziesiąt lat ono będzie mnie obsługiwać. Głęboko upośledzony, autystyk, sparaliżowany, inwalida na wózku będą chodzić wokół jednego czy drugiego babona. Logika powalająca na dechy.

Idea bezinteresownej pomocy najwyraźniej jest obca tym, którzy mają się za bezmiernie dobrych i których rozsierdziła moja wypowiedź. W tym miejscu rodzi się pytanie o to, czy aby na pewno dobre samopoczucie tych „altruistów” jest w pełni uprawnione? Ci ludzie powinni się wstydzić, a już na pewno unikać tak kompromitującego wypowiadania się. Jaka jest skuteczność ich szeroko odtrąbionego wspierania potrzebujących – nie wiem. Wiem natomiast, że znakomicie podnosi samopoczucie samych zainteresowanych. Prawie każda wypowiedź „jedynego sprawiedliwego” w tej Sodomie opatrzona jest tytułowaniem się nawzajem „najdroższymi”, „ukochanymi”, „ślicznymi”, „cudownymi”, „serduszkami”, „aniołkami” i innymi „kwiatuszkami”. Pomijając fakt, że zamiłowanie do ogrodniczo-angelologicznej terminologii nader mocno trąci infantylizmem, to najwyraźniej osoby te żywią przekonanie (i podtrzymują je u siebie nawzajem), że bez nich świat po prostu przestałby istnieć, a w każdym razie poważnie zachwiałby się w posadach.

Czy podwyższenie samooceny nie jest korzyścią? Jest. Czy liczenie „dobrych uczynków" tytułem zbawienia nie jest oczekiwaniem korzyści? Jest.

Zresztą, można się przyjrzeć kilku z pozoru niewinnym wypowiedziom:

Dobro powraca... tego jestem pewna na milion procent”, „Proszę bardzo o Wasze otwarcie serca. To wróci do Was.”, „Każda bezinteresowna pomoc rodzi za czas jakiś lawinę dobra, która płynie zwrotnie wobec tych, którzy pochylili się nad słabszym”. „Podziel się tym, co możesz (...), zadbaj o swoje zbawienie”.

Oto koronne argumenty, za pomocą których przekonują ludzi do otwierania portfeli. Dajcie kasę, a dostaniecie coś w zamian: bliżej nieokreślone dobro, które do was powróci „lawiną”, miejsce w niebie, opiekę na starość, wzniosłe tytułowanie, dobre samopoczucie... Na tym właśnie polega ta szeroko odtrąbiona bezinteresowność wynikająca z miłości bliźniego.

Mnie obce zwierzę nie da niczego – oprócz radości, że zostało uratowane, nakarmione, uwolnione od cierpienia. Radości ze względu na nie samo, a nie ze względu na mnie i na pochwały innych. I tego się trzymam. Gdy moja Fanta zachorowała na śmiertelną chorobę, wielu z Was mi pomogło udźwignąć mi to finansowo, na tyle, ile kto mógł. Mnie pośrednio, a Fancie bezpośrednio lub odwrotnie, to nieistotne. Kota (kocini?) wygrała tę walkę dzięki Wam. I nikt nie wyrażał dumy z tego, że pomógł, nie manifestował pomocy, wszyscy zrobili to po cichu, żeby pomóc, a nie żeby zabłysnąć i poprawić sobie samopoczucie. Nigdy Wam tego nie  zapomnę i macie zapewnioną moją dozgonną wdzięczność. Wdzięczności nie włożycie do garnka i to właśnie świadczy o bezinteresowności.

Na koniec coś, co znalazłam kiedyś gdzieś w Internecie i szalenie mi się spodobało:

„Wielki sztorm pozostawił na plaży tysiące rozgwiazd. Brzegiem oceanu powoli szedł starzec. Delikatnie brał każdą rozgwiazdę do ręki i odnosił ją do wody. Z naprzeciwka nadszedł młodzieniec i zdumiony rzekł: «Po co to robisz, starcze?! Twoje staranie zupełnie nie ma sensu!!». Starzec w milczeniu podniósł kolejną rozgwiazdę i wkładając ją do wody, rzekł: «Dla niej ma...»”

SERDUSZKO, ANIOŁEK I KWIATUSZEK