31 grudnia 2025

211. Niech się święci pierwszy maja!

No to tak:

Jest 31 grudnia, sylwester. Tak, małą literą, bo nie idzie o imię, tak samo jak w walentynkach, andrzejkach i mikołajkach.

Jutro zmienią się cyferki w kalendarzu... i co z tego?! Data jak data, dzień jak dzień. Co tu świętować i to tak hucznie? Nie będzie magicznej zmiany na lepsze, będzie tak samo xujowo jak zwykle. O czym donoszę tym, którzy jak co roku mają nadzieję na lepszy rok. Donoszę zaś zza wody, bo znów mnie wywiało za linię Curzona. Mama na imprezie, a ja, jak zwykle, z Czesią. Czesia ma na wszystko wyrąbane, żre, wydala i śpi, gdzie jej się spodoba. Ja nie mam wyrąbane, smutno mi siedzieć samotnie (no, z Czesią jednakowoż), podczas gdy świat się bawi i to bez powodu. Ale to mój smutek, nie Wasz i nie będę Wam psuła nastrojów. Wystarczy, że sama mam humor do d***.

Jutro Mama będzie z namysłem się pakować, a pojutrze o poranku odwożę ją na oddział szpitala onkologicznego w PCO. Co będą jej robić lekarze i jak długo to potrwa, to wielka niewiadoma. Stąd utknęłam, póki co, po drugiej stronie Wisłoka i nie jestem w stanie wykoncypować, kiedy wrócę do domu. W czasie nieobecności mamy będę tu mieszkać. A tu wiadomo, jaki jest laptop i w dodatku w ogóle laptop, a to zniechęca. Będę się udzielać w miarę możliwości, kiedy tylko się da. Póki co, do siego roku i niech się święci pierwszy maja!

...a przy okazji łączą się proletariusze wszystkich krajów.

28 grudnia 2025

210. Poświąteczny teatr absurdu

Koniecznie powiększcie to zdjęcie 🙃
Moje Dzieciątko raz na jakiś czas doznaje olśnienia i wpada na genialne pomysły (geniusz po mamusi oczywiście). Poświątecznymi czasy zobaczyła w Internecie jakąś cienką dziunię gnącą się w kibici i machającą odnóżami. No to Dzieciątko też pomacha, bo przecież w święta się jadło (tak, jakby nie jadło się na co dzień!).

Cienka dziunia

Po pierwszym pomachaniu wyjrzało Dziecię z pokoju (miało lekką zadyszkę, czy mi się przywidziało?), obrzuciło mnie krytycznym wzrokiem i zapodało: „Matka, tobie też by się przydało poruszać. Podrzucę ci linki. To łatwe”.

Aha. Łatwe. No to odpaliłam Youtube’a w nadziei na ćwiczenia w rodzaju tych z pierwszej fotografii. Patrzę, a tu dziewczątko w legginsach włożonych na patyczkowate nóżki podskakuje jak sprężynka. No dobra, proste, tak to i ja mogę. Phi, co to dla mnie!

Z tym, że jedynym wspólnym elementem patyczkonogiej i moim było to, że mamy podłogę. Ona czystą, ja – pełną kurzu, śmieci i kocich kłaków. Ale cóż, mam materac, mam zapał… Okazało się tylko, że powierzchnię mam mniejszą niż średnia łazienka w Merkurym Markecie, dlatego każdy ruch wymagał ode mnie precyzji neurochirurga. Robiąc wykrok, upierdzieliłam się w kolano, waląc nim w kant biurka. Próbując robić pajacyki, rękami siepałam w lampę. Pompki pominęłam, przewijając filmik do przodu. „Planki”. Co to, k***, jest?! Obejrzałam w Internecie. Opadłam na materac jak na łóżko. To nic, bo i tak po dwóch minutach galerniczego wysiłku mój zapał jakby nieco przygasł. Do tego wyszło na to, że wyciągnięty z takim trudem z otchłani szafy w przedpokoju materac to własność... Fanty. Usiadła na amen, a trzeba wiedzieć, że gdy Fanta siedzi, to SIEDZI. Całą sobą. Wymownie, z godnością osobistą, po królewsku. Kot nie do ruszenia.

Zgodnie z komendą wydaną przez patyczaka, położyłam się (obok kota). Przy okazji, kładąc się, dostałam po gębie ogonem. Zaraz potem przebiegła po mnie Niffty, po czym na dobicie Charlie radośnie wskoczyła mi na brzuch i ułożyła się do snu. Gwiazdką w stronę mojej twarzy, a jakże.

Zanim pozbyłam się kotów, padły kolejne komendy. Poczucie winy z powodu nierobienia niewykonalnych dla mnie „planków” odsunęłam usprawiedliwieniem: „Kotki mi nie pozwoliły.”

Zapowiedź niejakich „dipów” podkopała we mnie ducha walki. Dip to w ogóle chyba jakiś sos...? Na wszelki wypadek obejrzałam. Aha. No to dla spokoju sumienia ustawiłam dwa krzesła i przystąpiłam do wykonania ćwiczenia, a tak konkretniej to do próby jego wykonania. Jedno krzesło zaskrzypiało niepokojąco jak Titanic przed zatonięciem, drugie po prostu odjechało z potwornym zgrzytem, ja natomiast wylądowałam na podłodze. Dlaczego mnie to nie zdziwiło?

Po obolałym odwłoku przyszła pora na hantle. Przytargałam z kuchni dwie półtoralitrowe butelki z wodą mineralną (podwójnie gazowaną!). Trochę niepełne, ale co tam! Jak się okazało, prawdziwym wyzwaniem nie były butelkohantle, tylko plątanina kabli, która podstępnie wychynęła zza biurka i oplotła moją prawą nogę niczym zawodowy boa dusiciel.

A tu tymczasem przyszła kolej na „burpees”. Wszechświat mi świadkiem – obejrzałam i próbowałam. W efekcie mój oddech brzmiał jak stary odkurzacz, a sąsiadka z dołu pewnie doszła do wniosku, że odbywa się u mnie mecz sumo. Tętno wywaliło mi w kosmos.

Nareszcie przyszła pora na coś ewidentnie dla mnie: „Połóż się wygodnie i rozluźnij się”. Ponieważ materac w całości opanowały kotki, które pozasypiały z prędkością światła, położyłam się na moim ukochanym łóżku. Właśnie próbowałam uspokoić zadyszkę, kiedy butelkohantle z hukiem wylądowały na podłodze, ponieważ Niffty już się obudziła i chyba chciała sprawdzić, czy osiągnęłam stan zen.

Najwyraźniej największą próbą okazało się przeżycie tego fitnessu w jednym kawałku i uratowanie życia. Naszła mnie myśl niemal filozoficzna, że ten cały fitness to test charakteru, samozaparcia i odporności psychofizycznej. Kto przeżyje jeden trening bez złamania kręgosłupa, może stanąć na podium zrobionym z taboretu.

Nie, nie, nie, moi drodzy. Nigdy więcej! Na szczęście na drodze do kolejnego treningu stoją mi ciasnota, podłoga, przewody elektryczne, przedłużacze, krzesła i trzy koty. To dość, żeby wyszedł z tego teatr absurdu. I tego się trzymam.

Nigdy więcej!

23 grudnia 2025

209. Niecodziennik - cz. 7 pt. "Puste miejsce"

1. Śnił mi się egzamin z literatury staropolskiej. Trzy koleżanki, które wchodziły przede mną, zdały go na piątki. Weszłam czwarta i oblałam. Co to za sen durnowaty?!
2. Dziękuję wszystkim za życzenia. Szczególne podziękowania kieruję do Iwony Zmyślonej za cudny prezent z Empiku 💝.






3. Obijam się i dobrze mi z tym.
4. Życzę Wam takich świąt, o jakich marzycie i… bez pustych miejsc przy stole 😢.

„Jeszcze raz

pozwól cieszyć się dzieckiem w nas

i zapomnieć, że są

puste miejsca przy stole…”

Tatku... smutno.


15 grudnia 2025

208. Matka Teresa z Kalku-latora

W skansenie takim, jakim jest Polska, pisanie o kościele bez pozycji na kolanach jest bluźnierstwem, świętokradztwem i brakiem moralności. Janiepawlizm wciskany jest przez obsesjonatów w przestrzeń publiczną. Innym przykładem jest mit matki Teresy, albańskiej zakonnicy, która naprawdę nazywała się Anjezë Gonxha Bojaxhiu. Na Zachodzie padł on już dawno, a u nas ciągle jeszcze nie wolno go ruszać, podczas gdy wiadomo, jakich nadużyć się dopuściła i z jakim okrucieństwem podchodziła do ludzi. Dysponowała ogromnymi sumami pieniędzy niekoniecznie zgodnie z intencją darczyńców, a i nie wszyscy darczyńcy, delikatnie mówiąc, budzili powszechne uznanie. Stygmatyzowała kobiety, które znalazły się w bardzo trudnych sytuacjach życiowych. Chrzciła ludzi wbrew ich woli albo bez ich wiedzy. Agresywne nawracanie na katolicyzm nazywała „biletem do nieba”. Zniechęcała inne zakonnice do podwyższania kwalifikacji medycznych. Karetki zakupione przez pewnego biznesmena były używane przez nie jako taksówki. Światło dzienne ujrzała również informacja, że jedna z zakonnic do spółki pracownicą świecką sprzedały czwórkę noworodków urodzonych przez samotne, ubogie kobiety. Niepełnosprawne dzieci były związywane i nikt się nad nimi nie litował.

Maniakalnie utrwalała zakaz używania prezerwatyw. Żałowała biednym nawet igieł do strzykawek – używane za każdym razem przepłukiwano w zimnej wodzie i używano ponownie wiele razy. Narażano w ten sposób ludzi na infekcję wirusową, a nawet śmierć. Żałowała również na środki przeciwbólowe, wpajając udręczonym bólem kult cierpienia i nakłaniając ich do modlitwy. Do kąpieli pacjentów używano jedynie zimnej wody, wykluczano ich z systematycznej diagnostyki, a większość spośród nich nie była odpowiednio leczona i po prostu pozostawiona na śmierć. Odmawiano pomocy potrzebującym, którzy nie byli ujęci w harmonogramie. Z jednej strony okazywała zrozumienie dla księżnej Diany, a z drugiej strony rygorystycznie traktowała kobiety, które znalazły się w takiej samej sytuacji. Stosowała podwójne standardy – z jednej strony dla kościoła, a z drugiej dla biedaków.

Żyjąca w rzekomym ubóstwie matka Teresa w każdej chwili mogła wsiąść do biznes klasy w samolocie, a nawet wypraszano stamtąd innych pasażerów, by zrobić dla niej miejsce, ponieważ miała akurat taki kaprys, żeby się przelecieć. W szczególności podróżowała do Watykanu, załatwiać interesy. Na wyżyny wyniosły ją kościół i media, posypały się nagrody i pieniądze, z których tylko 5% trafiało do jej podopiecznych. Pozostałe 95% zasilało bank watykański. W dużej mierze była to pralnia brudnych pieniędzy mafijnych. Święta hipokrytka zamiast walczyć z biedą, pogłębiała ją do spółki z Janem Pawłem II, np. przez świadomy brak kontroli urodzeń.

Depozyt matki Teresy był jednym z największych depozytów banku watykańskiego, z którego zresztą nie potrafiła się wytłumaczyć. Co więcej, podczas gdy na koncie miała wówczas 55.000.000 dolarów, walczyła o… zapewnienie hospicjum lodówki do przechowywania leków. Ogółem zgromadzony przez nią majątek sięgnął liczby ponad 100 000.000 dolarów.

Niewygodne fakty burzą obraz „świętej”. Misje prowadzone przez nią w Indiach były w rzeczywistości domami umierających. Pomimo licznych klęsk żywiołowych w tym kraju, zamiast pomocy finansowej dla ofiar, rozdawała im medaliki z Matką Boską i zalecała modlitwę. Po jej śmierci z dziwnym pośpiechem dążono do jej beatyfikacji. Wymagany „cud” sprawiły de facto leki, a nie medalion z jej wizerunkiem położony kobiecie na brzuchu. Twarda fanatyczka, w rzeczywistości kobieta zimna i okrutna, fundowała tysiącom nędzarzy upokarzanie i poniżanie.

Powyżej odnotowane fakty pochodzą z wielu wiarygodnych źródeł, z badaniami naukowymi włącznie. Źródła te, niezależnie od siebie, potwierdzają wzajemnie uzyskane informacje.


10 grudnia 2025

207. Miłość publiczna jak szalet

Miłość nie potrzebuje wielkich poematów ani czerwonych dywanów. Lubi zostawiać ślady, co widać na każdym kroku. Wystarczy most, kawałek metalu i determinacja zakochanych, by zamienić zwykłą przestrzeń w galerię uczuć. Metalowe świadectwa relacji miłosnych – jedne świeżutkie i błyszczące, inne już zardzewiałe, jakby zdradzały prawdę o trwałości niektórych obietnic. Można zobaczyć całe kolekcje kłódek – od maleńkich, serduszkowych, czerwonych albo różowych po solidne, jakby ktoś zabezpieczał uczucie na wypadek wichury stulecia. Czasem pojawia się nawet wygrawerowana data ślubu albo inicjały splecione jak herb rodowy. Zwyczaj ten, sprowadzony z zachodnich miast, przyjął się i u nas – bo w końcu czy jest coś bardziej romantycznego niż ciężka kłódka na zimnej stali? Dla turystów – beton i stal. Dla par – katedra uczuć, do której wchodzi się z kłódką w dłoni i nadzieją w sercu. Każda kłódka to deklaracja: „Razem na zawsze”. A potem – jak to bywa w życiu – pary wracają po cichu z piłką do metalu, bo jednak „zawsze” trwało tylko dwa miesiące. Niekiedy cudzą miłością częstują się zbieracze złomu.

 
Ławki w parkach również mają swoje wyznania. Opowiadają swoje miłosne historie pełne serduszek, inicjałów i dat. Niektóre są tak wyżłobione, że drewno wygląda jak kartka pamiętnika, która dawno przestała mieścić wszystkie wyznania. Wycięte nożem serduszka, namalowane białym korektorem inicjały splecione jak ręce zakochanych, to swoiste miejskie archiwum namiętności. Czasem obok serca pojawia się przekreślona markerem data – ślad po uczuciu, które nie przetrwało próby czasu. Ławeczka zakochanych w alei pod drzewami – niby zwykła, ale to tam co wieczór odbywają się najważniejsze rozmowy o przyszłości: „To gdzie idziemy na kebaba?” i „Ale serio, dlaczego znowu nie odpisałeś przez dwie godziny?”. Gdyby drewno mogło mówić, pewnie napisałoby kilka tomów poradnika o relacjach. Ale milczy, jak na dyskretny mebel przystało. Ławki to świadkowie pierwszych randek, pierwszych cichych dramatów i pierwszych prób wyznania miłości – czasem skutecznych, czasem kończących się ciszą, w której słychać tylko brzęczenie komarów. To właśnie tutaj niejedno „kocham cię” brzmiało głośniej niż piosenka grana z głośnika w telefonie.

Nie brakuje i miłosnych graffiti, od prostego „Kocham Cię, Vanesso” na murze przy dworcu PKP po wielkie, kolorowe napisy na garażach czy blokach, ozdobione futurystycznymi ilustracjami. Miłosne graffiti pojawia się nie tylko na murach garaży przy osiedlach, ale też na schodach i betonowych ścianach. Tam miłość jest bardziej krzykliwa – w jaskrawych kolorach, z wyznaniami tak odważnymi, że czasem aż dziw bierze, że nikt nie posądził autorów o kampanię reklamową. Wystarczy spacer po osiedlach, by znaleźć graffiti, które zamiast politycznych haseł deklaruje wieczną miłość: „Kasia + Tomek = forever”. Z biegiem lat dopisano pod spodem: „Jednak nie”. Mury to najlepszy dowód na to, że nawet beton ma poczucie humoru.

Miasto oddycha tymi deklaracjami, czasem szczerymi, czasem kiczowatymi, ale za to bardzo ludzkimi. Miłość, z natury intymna, tutaj zostaje wystawiona na widok publiczny. Tyle że krzyk na murze czy kłódka na moście bywają zazwyczaj trwalsze niż samo uczucie.

Wiele z tych „pomników” miłości dawno już straciło swoją aktualność, jednak wciąż przypominają, że miłość nie zna granic – ani prywatności, ani dobrego smaku.

Czy zauważyliście, jaką historię tworzą te zdjęcia zrobione na poręczy kładki na odwodnionym Wisłoku?



06 grudnia 2025

206. Niecodziennik - cz. 6 pt. "Na zakrętach"

Kochani moi,

trochę mnie życie wyrzuciło poza margines Internetu i wrzuciło na inne tory. Mama była w szpitalu, miała operację. Codziennie wstaję o tak haniebnych porach, że pisać hadko, nawet filatelistom się nie śniły. Zapierdzielam jak mały motorek i piszczę na zakrętach. Wszelkie własne sprawy załatwiam przed pracą, udało mi się nawet zasnąć na siedząco przed gabinetem ortopedy. Po pracy szpital, zakupy, dom (przez cały czas urzęduję z Czesią w mieszkaniu mamy), w domu coś ogarniam niemrawo już na oparach, padam jak podcięta sosna i tak do następnego budzika.


Wczoraj mama wróciła ze szpitala. Czuje się dobrze, nic jej nie boli, sama zmienia sobie opatrunki i od razu zabrała się za zamiatanie, podlewanie kwiatków itd., a ja tylko chodzę za nią i wyjmuję jej z rąk kolejne rzeczy. Rano robię zastrzyki z Heparyny w brzuch.

Z tychże powodów nie ma mnie na blogach, tak jak nie ma mnie w domu, przy swoim komputerze (mój stosunek do maminego laptopa z grubsza już znacie), nie mówiąc o pudłach z duperelami do art journala. Tęsknię za Wami i moimi codziennymi zajęciami domowymi, jednak to prawda, że nie ma to jak na własnych śmieciach. Pociesza mnie to, że w nocy z poniedziałku na wtorek przyleci mój brat i zmieni mnie na posterunku. Póki co, zajmuję się nie tylko mamą, ale i Cześką. Sprzątam kuwety, karmię, podsuwam smakołyczki i miziam w nieskończoność, aż ręce mdleją