10 stycznia 2026

213. Mózg na haju, czyli prażona kukurydza

Żyjemy w epoce cyfryzacji, w wiecznym pędzie, w hałasie i pośród nieustannie bombardujących nas bodźców. Na ulicach, w środkach komunikacji, w kinach, teatrach i filharmoniach – dosłownie wszędzie – widzimy ludzi z nosami w telefonach i ze słuchawkami na lub w uszach. Dlaczego wyciągają smartfony w autobusach, podczas lekcji, w czasie spektaklu w teatrze? Teleepidemia zatacza coraz większe kręgi.

Co w tym czasie dzieje się w środku, w czeluściach czaszki? Otóż mózg, nasze centrum zarządzania, atakowany podnietami, mocno stymulowany, odczuwa coś w rodzaju odurzenia i euforii, czyli jest na regularnym haju. W końcu, napastowany z wszystkich stron, zaczyna się zawieszać. Chwila odpoczynku – i od nowa zaczyna się ta sama polka: scrollowanie, odbieranie informacji, chłonięcie obrazów i dźwięków…W końcu pojawiają się problemy z koncentracją, deficyt uwagi, bóle głowy, bezsenność, nawet spadek odporności.

Gdy przegrzana mózgownica ulega przeciążeniu, człowiek przestaje rozumieć, co czyta, szwankuje pamięć, uczenie się staje się niemożliwe. Do zera spadają zainteresowania, codzienne zadania zostają odstawione na bocznicę. Silnie pobudzony mózg zaczyna gonić w piętkę, zaczynają się problemy z koncentracją i zaburzenia uwagi.

W 2011 roku badacz z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, David Levy, wprowadził termin „popcornowy mózg”. W „popcornowym mózgu” myśli skaczą jak pchły, skupiają krótkotrwałą uwagę na jednym temacie i zaraz przeskakują na drugi, z niego na trzeci, czwarty, piąty… I tak dalej. Stąd wzięła się nazwa – naukowiec porównał rozproszone myśli do ziaren kukurydzy, które chaotycznie strzelają i zmieniają się w popcorn.

Dla „popcornowego mózgu” to, co kiedyś było normą (np. zdolność koncentracji, skupienia uwagi na dłużej, łatwość uczenia się), stało się ciężkim wysiłkiem. Nie wróży to dobrze na przyszłość, za 10 lub 20 lat postęp cyfryzacji sprawi, że konsekwencje będą prawdopodobnie tragiczne: ludzkość, niestety, masowo zgłupieje do szczętu (choć patrząc na niektóre jednostki, trudno uwierzyć, że nie zdurniały już tak, że bardziej się nie da).

I co Wy na to? Czy ktoś dostrzega u siebie objawy "popcornowego mózgu"?

06 stycznia 2026

212. Poczytałam, napisałam, bo musiałam (mama po pierwszej chemii)

Wszyscy wiemy, że Maria Skłodowska-Curie odkryła promieniotwórcze pierwiastki rad i polon, Mikołaj Kopernik była kobietą wstrzymał słońce i ruszył ziemię, a Ignacy Łukasiewicz skonstruował pierwszą lampę naftową i "postawił" w Gorlicach pierwszą lampę uliczną na naftę na świecie. Nie wszyscy już jednak mamy wiedzę o Polakach, bez których nie byłoby wielu ważnych wynalazków. Zaprezentuję te najbardziej spektakularne.

Pierwsza w świecie lampa uliczna na naftę. Nie mam pojęcia, dlaczego wygląda bardziej jak kapliczka. Byłam, widziałam.
Mieczysław Bekker - zaprojektował pojazd księżycowy, tzw. łazik, pokonując 85 konstruktorów z całego świata.

Napoleon Cybulski - odkrył adrenalinę (hormon stresu) i jako pierwszy zmierzył aktywność mózgu.

Marek Dąbrowski - wprowadził na rynek samochodów osobowych Warszawę 203 reprezentującą nowoczesne wzornictwo i komfort jazdy.

Warszawa 203
Stefan Drzewiecki - skonstruował pierwszy na świecie okręt podwodny (jednoosobowy i napędzany siłą mięśni).

Kazimierz Funk - odkrył witaminy.

Józef Hoffman - wynalazł mechanizm wycieraczek samochodowych, a także nowoczesne techniki konserwacji dzieł sztuki.

Krystyna Jabłońska - opracowała unikalny model samochodu osobowego FSO Polonez, który zyskał uznanie w Polsce i poza jej granicami (oraz u mnie, nie było to jak Polonez! Twarda, porządna blacha, duża strefa zgniotu, wygoda. Nie było miejsca, w które bym nie wjechała.).

Cudowny, wspaniały samochód. My mieliśmy już model Caro. Do dzisiaj śni mi się, że nim jeżdżę.
Jacek Karpiński - polski Bill Gates i Steve Job w jednym, wynalazł pierwszy w świecie komputer tranzystorowy AKAT-1.

AKAT-1
Hilary Koprowski - wymyślił szczepionkę przeciw wirusowi polio powodującemu chorobę Heinego-Medina.

Jerzy Kropiwnicki - skonstruował urządzenie do pomiaru jakości powietrza.

Stefania Kwolek wynalazła lycrę oraz kevlar (używany tam, gdzie potrzebna jest maksymalna wytrzymałość przy minimalnej wadze).

Ignacy Mościcki - (tak, prezydent) wynalazł metodę pozyskiwania azotu z powietrza.

Adam Olgiński - wynalazł rower elektryczny.

Andrzej Piwarski - skonstruował maszynę parową.

Marek Pluciński - stworzył system segregacji śmieci oparty na sztucznej inteligencji (a my dalej sortujemy jak idiotki).

Kazimierz Prószyński - wynalazł projektor kinowy ze stabilnym obrazem i kamerę przenośną.

Marian Rejewski - złamał kod Enigmy.

Witold Rychter - wynalazł innowacyjne systemy nawigacyjne w lotnictwie.

Jan Szczepanik - wynalazł projektory kinowe i kamery filmujące w kolorze, barwną fotografię, tkaninę ognioodporną, telegraf bez drutu, szybką maszynę tkacką oraz udoskonalił kamizelkę kuloodporną.

Rudolf Weigl - stworzył szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu.

Mieczysław Wolke - wynalazł teletroskop, czyli urządzenie przesyłające na odległość obraz i dźwięk (tak, pradziadek telewizora).

Ludwik Zamenhof - stworzył międzynarodowy język esperanto.

Kazimierz Żegleń - wynalazł kamizelkę kuloodporną.

Kamizelka kuloodporna na nosicielu.

31 grudnia 2025

211. Niech się święci pierwszy maja!

No to tak:

Jest 31 grudnia, sylwester. Tak, małą literą, bo nie idzie o imię, tak samo jak w walentynkach, andrzejkach i mikołajkach.

Jutro zmienią się cyferki w kalendarzu... i co z tego?! Data jak data, dzień jak dzień. Co tu świętować i to tak hucznie? Nie będzie magicznej zmiany na lepsze, będzie tak samo xujowo jak zwykle. O czym donoszę tym, którzy jak co roku mają nadzieję na lepszy rok. Donoszę zaś zza wody, bo znów mnie wywiało za linię Curzona. Mama na imprezie, a ja, jak zwykle, z Czesią. Czesia ma na wszystko wyrąbane, żre, wydala i śpi, gdzie jej się spodoba. Ja nie mam wyrąbane, smutno mi siedzieć samotnie (no, z Czesią jednakowoż), podczas gdy świat się bawi i to bez powodu. Ale to mój smutek, nie Wasz i nie będę Wam psuła nastrojów. Wystarczy, że sama mam humor do d***.

Jutro Mama będzie z namysłem się pakować, a pojutrze o poranku odwożę ją na oddział szpitala onkologicznego w PCO. Co będą jej robić lekarze i jak długo to potrwa, to wielka niewiadoma. Stąd utknęłam, póki co, po drugiej stronie Wisłoka i nie jestem w stanie wykoncypować, kiedy wrócę do domu. W czasie nieobecności mamy będę tu mieszkać. A tu wiadomo, jaki jest laptop i w dodatku w ogóle laptop, a to zniechęca. Będę się udzielać w miarę możliwości, kiedy tylko się da. Póki co, do siego roku i niech się święci pierwszy maja!

...a przy okazji łączą się proletariusze wszystkich krajów.

28 grudnia 2025

210. Poświąteczny teatr absurdu

Koniecznie powiększcie to zdjęcie 🙃
Moje Dzieciątko raz na jakiś czas doznaje olśnienia i wpada na genialne pomysły (geniusz po mamusi oczywiście). Poświątecznymi czasy zobaczyła w Internecie jakąś cienką dziunię gnącą się w kibici i machającą odnóżami. No to Dzieciątko też pomacha, bo przecież w święta się jadło (tak, jakby nie jadło się na co dzień!).

Cienka dziunia

Po pierwszym pomachaniu wyjrzało Dziecię z pokoju (miało lekką zadyszkę, czy mi się przywidziało?), obrzuciło mnie krytycznym wzrokiem i zapodało: „Matka, tobie też by się przydało poruszać. Podrzucę ci linki. To łatwe”.

Aha. Łatwe. No to odpaliłam Youtube’a w nadziei na ćwiczenia w rodzaju tych z pierwszej fotografii. Patrzę, a tu dziewczątko w legginsach włożonych na patyczkowate nóżki podskakuje jak sprężynka. No dobra, proste, tak to i ja mogę. Phi, co to dla mnie!

Z tym, że jedynym wspólnym elementem patyczkonogiej i moim było to, że mamy podłogę. Ona czystą, ja – pełną kurzu, śmieci i kocich kłaków. Ale cóż, mam materac, mam zapał… Okazało się tylko, że powierzchnię mam mniejszą niż średnia łazienka w Merkurym Markecie, dlatego każdy ruch wymagał ode mnie precyzji neurochirurga. Robiąc wykrok, upierdzieliłam się w kolano, waląc nim w kant biurka. Próbując robić pajacyki, rękami siepałam w lampę. Pompki pominęłam, przewijając filmik do przodu. „Planki”. Co to, k***, jest?! Obejrzałam w Internecie. Opadłam na materac jak na łóżko. To nic, bo i tak po dwóch minutach galerniczego wysiłku mój zapał jakby nieco przygasł. Do tego wyszło na to, że wyciągnięty z takim trudem z otchłani szafy w przedpokoju materac to własność... Fanty. Usiadła na amen, a trzeba wiedzieć, że gdy Fanta siedzi, to SIEDZI. Całą sobą. Wymownie, z godnością osobistą, po królewsku. Kot nie do ruszenia.

Zgodnie z komendą wydaną przez patyczaka, położyłam się (obok kota). Przy okazji, kładąc się, dostałam po gębie ogonem. Zaraz potem przebiegła po mnie Niffty, po czym na dobicie Charlie radośnie wskoczyła mi na brzuch i ułożyła się do snu. Gwiazdką w stronę mojej twarzy, a jakże.

Zanim pozbyłam się kotów, padły kolejne komendy. Poczucie winy z powodu nierobienia niewykonalnych dla mnie „planków” odsunęłam usprawiedliwieniem: „Kotki mi nie pozwoliły.”

Zapowiedź niejakich „dipów” podkopała we mnie ducha walki. Dip to w ogóle chyba jakiś sos...? Na wszelki wypadek obejrzałam. Aha. No to dla spokoju sumienia ustawiłam dwa krzesła i przystąpiłam do wykonania ćwiczenia, a tak konkretniej to do próby jego wykonania. Jedno krzesło zaskrzypiało niepokojąco jak Titanic przed zatonięciem, drugie po prostu odjechało z potwornym zgrzytem, ja natomiast wylądowałam na podłodze. Dlaczego mnie to nie zdziwiło?

Po obolałym odwłoku przyszła pora na hantle. Przytargałam z kuchni dwie półtoralitrowe butelki z wodą mineralną (podwójnie gazowaną!). Trochę niepełne, ale co tam! Jak się okazało, prawdziwym wyzwaniem nie były butelkohantle, tylko plątanina kabli, która podstępnie wychynęła zza biurka i oplotła moją prawą nogę niczym zawodowy boa dusiciel.

A tu tymczasem przyszła kolej na „burpees”. Wszechświat mi świadkiem – obejrzałam i próbowałam. W efekcie mój oddech brzmiał jak stary odkurzacz, a sąsiadka z dołu pewnie doszła do wniosku, że odbywa się u mnie mecz sumo. Tętno wywaliło mi w kosmos.

Nareszcie przyszła pora na coś ewidentnie dla mnie: „Połóż się wygodnie i rozluźnij się”. Ponieważ materac w całości opanowały kotki, które pozasypiały z prędkością światła, położyłam się na moim ukochanym łóżku. Właśnie próbowałam uspokoić zadyszkę, kiedy butelkohantle z hukiem wylądowały na podłodze, ponieważ Niffty już się obudziła i chyba chciała sprawdzić, czy osiągnęłam stan zen.

Najwyraźniej największą próbą okazało się przeżycie tego fitnessu w jednym kawałku i uratowanie życia. Naszła mnie myśl niemal filozoficzna, że ten cały fitness to test charakteru, samozaparcia i odporności psychofizycznej. Kto przeżyje jeden trening bez złamania kręgosłupa, może stanąć na podium zrobionym z taboretu.

Nie, nie, nie, moi drodzy. Nigdy więcej! Na szczęście na drodze do kolejnego treningu stoją mi ciasnota, podłoga, przewody elektryczne, przedłużacze, krzesła i trzy koty. To dość, żeby wyszedł z tego teatr absurdu. I tego się trzymam.

Nigdy więcej!

23 grudnia 2025

209. Niecodziennik - cz. 7 pt. "Puste miejsce"

1. Śnił mi się egzamin z literatury staropolskiej. Trzy koleżanki, które wchodziły przede mną, zdały go na piątki. Weszłam czwarta i oblałam. Co to za sen durnowaty?!
2. Dziękuję wszystkim za życzenia. Szczególne podziękowania kieruję do Iwony Zmyślonej za cudny prezent z Empiku 💝.






3. Obijam się i dobrze mi z tym.
4. Życzę Wam takich świąt, o jakich marzycie i… bez pustych miejsc przy stole 😢.

„Jeszcze raz

pozwól cieszyć się dzieckiem w nas

i zapomnieć, że są

puste miejsca przy stole…”

Tatku... smutno.


15 grudnia 2025

208. Matka Teresa z Kalku-latora

W skansenie takim, jakim jest Polska, pisanie o kościele bez pozycji na kolanach jest bluźnierstwem, świętokradztwem i brakiem moralności. Janiepawlizm wciskany jest przez obsesjonatów w przestrzeń publiczną. Innym przykładem jest mit matki Teresy, albańskiej zakonnicy, która naprawdę nazywała się Anjezë Gonxha Bojaxhiu. Na Zachodzie padł on już dawno, a u nas ciągle jeszcze nie wolno go ruszać, podczas gdy wiadomo, jakich nadużyć się dopuściła i z jakim okrucieństwem podchodziła do ludzi. Dysponowała ogromnymi sumami pieniędzy niekoniecznie zgodnie z intencją darczyńców, a i nie wszyscy darczyńcy, delikatnie mówiąc, budzili powszechne uznanie. Stygmatyzowała kobiety, które znalazły się w bardzo trudnych sytuacjach życiowych. Chrzciła ludzi wbrew ich woli albo bez ich wiedzy. Agresywne nawracanie na katolicyzm nazywała „biletem do nieba”. Zniechęcała inne zakonnice do podwyższania kwalifikacji medycznych. Karetki zakupione przez pewnego biznesmena były używane przez nie jako taksówki. Światło dzienne ujrzała również informacja, że jedna z zakonnic do spółki pracownicą świecką sprzedały czwórkę noworodków urodzonych przez samotne, ubogie kobiety. Niepełnosprawne dzieci były związywane i nikt się nad nimi nie litował.

Maniakalnie utrwalała zakaz używania prezerwatyw. Żałowała biednym nawet igieł do strzykawek – używane za każdym razem przepłukiwano w zimnej wodzie i używano ponownie wiele razy. Narażano w ten sposób ludzi na infekcję wirusową, a nawet śmierć. Żałowała również na środki przeciwbólowe, wpajając udręczonym bólem kult cierpienia i nakłaniając ich do modlitwy. Do kąpieli pacjentów używano jedynie zimnej wody, wykluczano ich z systematycznej diagnostyki, a większość spośród nich nie była odpowiednio leczona i po prostu pozostawiona na śmierć. Odmawiano pomocy potrzebującym, którzy nie byli ujęci w harmonogramie. Z jednej strony okazywała zrozumienie dla księżnej Diany, a z drugiej strony rygorystycznie traktowała kobiety, które znalazły się w takiej samej sytuacji. Stosowała podwójne standardy – z jednej strony dla kościoła, a z drugiej dla biedaków.

Żyjąca w rzekomym ubóstwie matka Teresa w każdej chwili mogła wsiąść do biznes klasy w samolocie, a nawet wypraszano stamtąd innych pasażerów, by zrobić dla niej miejsce, ponieważ miała akurat taki kaprys, żeby się przelecieć. W szczególności podróżowała do Watykanu, załatwiać interesy. Na wyżyny wyniosły ją kościół i media, posypały się nagrody i pieniądze, z których tylko 5% trafiało do jej podopiecznych. Pozostałe 95% zasilało bank watykański. W dużej mierze była to pralnia brudnych pieniędzy mafijnych. Święta hipokrytka zamiast walczyć z biedą, pogłębiała ją do spółki z Janem Pawłem II, np. przez świadomy brak kontroli urodzeń.

Depozyt matki Teresy był jednym z największych depozytów banku watykańskiego, z którego zresztą nie potrafiła się wytłumaczyć. Co więcej, podczas gdy na koncie miała wówczas 55.000.000 dolarów, walczyła o… zapewnienie hospicjum lodówki do przechowywania leków. Ogółem zgromadzony przez nią majątek sięgnął liczby ponad 100 000.000 dolarów.

Niewygodne fakty burzą obraz „świętej”. Misje prowadzone przez nią w Indiach były w rzeczywistości domami umierających. Pomimo licznych klęsk żywiołowych w tym kraju, zamiast pomocy finansowej dla ofiar, rozdawała im medaliki z Matką Boską i zalecała modlitwę. Po jej śmierci z dziwnym pośpiechem dążono do jej beatyfikacji. Wymagany „cud” sprawiły de facto leki, a nie medalion z jej wizerunkiem położony kobiecie na brzuchu. Twarda fanatyczka, w rzeczywistości kobieta zimna i okrutna, fundowała tysiącom nędzarzy upokarzanie i poniżanie.

Powyżej odnotowane fakty pochodzą z wielu wiarygodnych źródeł, z badaniami naukowymi włącznie. Źródła te, niezależnie od siebie, potwierdzają wzajemnie uzyskane informacje.


10 grudnia 2025

207. Miłość publiczna jak szalet

Miłość nie potrzebuje wielkich poematów ani czerwonych dywanów. Lubi zostawiać ślady, co widać na każdym kroku. Wystarczy most, kawałek metalu i determinacja zakochanych, by zamienić zwykłą przestrzeń w galerię uczuć. Metalowe świadectwa relacji miłosnych – jedne świeżutkie i błyszczące, inne już zardzewiałe, jakby zdradzały prawdę o trwałości niektórych obietnic. Można zobaczyć całe kolekcje kłódek – od maleńkich, serduszkowych, czerwonych albo różowych po solidne, jakby ktoś zabezpieczał uczucie na wypadek wichury stulecia. Czasem pojawia się nawet wygrawerowana data ślubu albo inicjały splecione jak herb rodowy. Zwyczaj ten, sprowadzony z zachodnich miast, przyjął się i u nas – bo w końcu czy jest coś bardziej romantycznego niż ciężka kłódka na zimnej stali? Dla turystów – beton i stal. Dla par – katedra uczuć, do której wchodzi się z kłódką w dłoni i nadzieją w sercu. Każda kłódka to deklaracja: „Razem na zawsze”. A potem – jak to bywa w życiu – pary wracają po cichu z piłką do metalu, bo jednak „zawsze” trwało tylko dwa miesiące. Niekiedy cudzą miłością częstują się zbieracze złomu.

 
Ławki w parkach również mają swoje wyznania. Opowiadają swoje miłosne historie pełne serduszek, inicjałów i dat. Niektóre są tak wyżłobione, że drewno wygląda jak kartka pamiętnika, która dawno przestała mieścić wszystkie wyznania. Wycięte nożem serduszka, namalowane białym korektorem inicjały splecione jak ręce zakochanych, to swoiste miejskie archiwum namiętności. Czasem obok serca pojawia się przekreślona markerem data – ślad po uczuciu, które nie przetrwało próby czasu. Ławeczka zakochanych w alei pod drzewami – niby zwykła, ale to tam co wieczór odbywają się najważniejsze rozmowy o przyszłości: „To gdzie idziemy na kebaba?” i „Ale serio, dlaczego znowu nie odpisałeś przez dwie godziny?”. Gdyby drewno mogło mówić, pewnie napisałoby kilka tomów poradnika o relacjach. Ale milczy, jak na dyskretny mebel przystało. Ławki to świadkowie pierwszych randek, pierwszych cichych dramatów i pierwszych prób wyznania miłości – czasem skutecznych, czasem kończących się ciszą, w której słychać tylko brzęczenie komarów. To właśnie tutaj niejedno „kocham cię” brzmiało głośniej niż piosenka grana z głośnika w telefonie.

Nie brakuje i miłosnych graffiti, od prostego „Kocham Cię, Vanesso” na murze przy dworcu PKP po wielkie, kolorowe napisy na garażach czy blokach, ozdobione futurystycznymi ilustracjami. Miłosne graffiti pojawia się nie tylko na murach garaży przy osiedlach, ale też na schodach i betonowych ścianach. Tam miłość jest bardziej krzykliwa – w jaskrawych kolorach, z wyznaniami tak odważnymi, że czasem aż dziw bierze, że nikt nie posądził autorów o kampanię reklamową. Wystarczy spacer po osiedlach, by znaleźć graffiti, które zamiast politycznych haseł deklaruje wieczną miłość: „Kasia + Tomek = forever”. Z biegiem lat dopisano pod spodem: „Jednak nie”. Mury to najlepszy dowód na to, że nawet beton ma poczucie humoru.

Miasto oddycha tymi deklaracjami, czasem szczerymi, czasem kiczowatymi, ale za to bardzo ludzkimi. Miłość, z natury intymna, tutaj zostaje wystawiona na widok publiczny. Tyle że krzyk na murze czy kłódka na moście bywają zazwyczaj trwalsze niż samo uczucie.

Wiele z tych „pomników” miłości dawno już straciło swoją aktualność, jednak wciąż przypominają, że miłość nie zna granic – ani prywatności, ani dobrego smaku.

Czy zauważyliście, jaką historię tworzą te zdjęcia zrobione na poręczy kładki na odwodnionym Wisłoku?



06 grudnia 2025

206. Niecodziennik - cz. 6 pt. "Na zakrętach"

Kochani moi,

trochę mnie życie wyrzuciło poza margines Internetu i wrzuciło na inne tory. Mama była w szpitalu, miała operację. Codziennie wstaję o tak haniebnych porach, że pisać hadko, nawet filatelistom się nie śniły. Zapierdzielam jak mały motorek i piszczę na zakrętach. Wszelkie własne sprawy załatwiam przed pracą, udało mi się nawet zasnąć na siedząco przed gabinetem ortopedy. Po pracy szpital, zakupy, dom (przez cały czas urzęduję z Czesią w mieszkaniu mamy), w domu coś ogarniam niemrawo już na oparach, padam jak podcięta sosna i tak do następnego budzika.


Wczoraj mama wróciła ze szpitala. Czuje się dobrze, nic jej nie boli, sama zmienia sobie opatrunki i od razu zabrała się za zamiatanie, podlewanie kwiatków itd., a ja tylko chodzę za nią i wyjmuję jej z rąk kolejne rzeczy. Rano robię zastrzyki z Heparyny w brzuch.

Z tychże powodów nie ma mnie na blogach, tak jak nie ma mnie w domu, przy swoim komputerze (mój stosunek do maminego laptopa z grubsza już znacie), nie mówiąc o pudłach z duperelami do art journala. Tęsknię za Wami i moimi codziennymi zajęciami domowymi, jednak to prawda, że nie ma to jak na własnych śmieciach. Pociesza mnie to, że w nocy z poniedziałku na wtorek przyleci mój brat i zmieni mnie na posterunku. Póki co, zajmuję się nie tylko mamą, ale i Cześką. Sprzątam kuwety, karmię, podsuwam smakołyczki i miziam w nieskończoność, aż ręce mdleją


30 listopada 2025

205. Park, czyli poligon

Moja Psiapsi, wybierając się do mnie, od pewnego czasu nie wchodzi do mnie na drugie piętro, ze względu na uszkodzone kolano. W lecie spotykałyśmy się przeważnie w dwóch miejscach: w Parku Seniora obok mojego bloku albo w Parku Papieskim przy katedrze (ziemia święta, bo kiedyś wylądował na niej pierwszy obrońca pedofilów i odtąd nosi jego imię). Po iluś tam doświadczeniach i spostrzeżeniach dochodzę do wniosku, że ławka w parku to rodzaj poligonu.

Pierwsza misja specjalna to wybór ławki. Mimo że jest ich od groma, to ludzi też jest od groma, co czyni ławkę specjalną strefą strategiczną.

Najpierw należy rozpoznać teren. Ustalić, kto siedzi w pobliżu, bo każdy element ma znaczenie. Taktyka zajmowania miejsca może okazać się skomplikowana, gdyż ze względu na nasze wolne tempo (kolano Psiapsi!) w ostatniej chwili może pojawić się znikąd (i oczywiście się pojawia) ktoś, kto zasiada na upatrzonej przez nas ławce ułamek sekundy przed nami. Bo musi siedzieć, taka jego mać, akurat właśnie tutaj!

Czasami pojawiają się nieproszeni goście, np. wiewiórka, która traktuje ławkę jak swoją własność i patrzy na nas wyzywająco. No i wtedy ogarnia nas poczucie winy, że nie mamy przy sobie orzechów. A przecież jesteśmy tylko gośćmi na jej meblu. Zachowujemy zimną krew, bo lubimy zwierzęta. Gorzej, jeśli usadowi się koło nas bąbelek machający lodami albo w najbliższym sąsiedztwie uplasuje się grupa hałaśliwej i rzucającym obficie mięsem młodzieży. Dlatego ochrona terytorium też wymaga sprytu.

Naturalnymi barykadami przeciwko nieproszonym współsiedzącym, którym akurat zachciało się pogadać (dlaczego właśnie z nami?!) są gigantyczna torebka Psiapsi, wiaderko z aronią, które mi przywiozła, reklamówka buraków i marchewki. Artefakty owe, umiejętnie rozłożone, chronią NASZĄ ławkę przed inwazją.

Siedząc na ławce, jesteśmy bezustannie wystawione na strzały spojrzeń: emerytki z kijkami do nordic walkingu, rozwrzeszczanej gówniarzerii, ludzi tkwiących w oknach, wyfiokowanej paniusi z miniaturowym pieskiem, staruszka z demonstracyjnie niesioną gazetą. Psiapsi pali, więc w jej kierunku lecą spojrzenia jeszcze bardziej jadowite niż na mnie. Podskórnie czuję, że i tak jestem poddawana surowej ocenie i miażdżącej krytyce. No, nie dziwota. Wybiegłam wszakże na spotkanie Psiapsi tak jak stałam: ubrana w za duże i wiszące jak dwa worki spodnie od błękitnego dresu, górę od piżamy i pantofle (dla niezorientowanych: kapcie-papcie-laczki). Koniec końców dochodzę do wniosku, że zwykła ławka to państwo w państwie. Zresztą, tak jak w prawdziwym państwie, srają na nas z góry.

Rząd.

Ptaków oczywiście.

NASZA ławka w Parku Seniora (ta z lewej)

26 listopada 2025

204. Wojtyła i seksturystyka

Wojtyła wiedział – bez cienia wątpliwości. Udowadnia to niezależny holenderski dziennikarz od lat mieszkający w Polsce, Ekke Overbeek w książce Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział. Bezkrytycznych wielbicieli kościoła katolickiego uprasza się o niepodnoszenie larum, że to kolejny element nagonki na kościół i podnoszenie ręki na największą świętość narodową. Jaka to „świętość”, o tym poniżej.

Karol Wojtyła miał wiedzę o pedofilii w polskim kościele jeszcze w czasach krakowskich. Już w latach 60-tych (!) wiedział o ks. Józefie Lorancu, ks. Bolesławie Sadusiu i ks. Eugeniuszu Surgencie, którzy mu podlegali.

Ks. Józef Loranc z archidiecezji małopolskiej za pedofilię został wysłany przez Wojtyłę do klasztoru. Niestety, wpadł w ręce wymiaru sprawiedliwości i spędził dwa lata w zakładzie karnym. Tylko dwa lata za złamanie życia ofiarom! Po wyjściu z więzienia został przywrócony do pracy i ciąg dalszy jego kariery wyglądał tak, że był przenoszony z parafii do parafii, bo doświadczenie z odsiadką niczego go nie nauczyło.

Ks. Bolesław Saduś dopuszczał się nadużyć seksualnych wobec chłopców na katechezach. Oczywiście był przenoszony z parafii do parafii. Gdy matki uczniów zaczęły mówić, dostał w nagrodę przeniesienie do Austrii, na probostwo. Taka spotkała go „kara”! Przenosił go oczywiście wynalazca sakralnej seksturystyki, Karol Wojtyła, przy czym zataił przed austriackim kardynałem przyczynę przeniesienia. Jest to klasyczny przykład zamiecenia sprawy pod dywan, jak w wielu innych przypadkach.

Ks. Eugeniusz Surgent przez kilkadziesiąt lat molestował dzieci w różnych małopolskich parafiach, będąc przenoszonym z jednej do drugiej. Wojtyła wiedział o jego przestępstwach, obiecał sprawą się zająć, no i się zajął – uciszył sprawę.

Obrońcy wynalazcy seksturystyki kościelnej podnoszą, że w czasach PRL-u to UB fabrykowało dokumenty. Jest to ewidentna nieprawda, zwłaszcza, że dbano wówczas, aby nie nadepnąć na odcisk kościołowi, a UB nie miało żadnej wiedzy na ten temat.

Wojtyła był informowany o przestępstwach zarówno przez osoby świeckie, jak i przez księży. Wiedział o zbrodniach pedofilskich jeszcze na długo przed obraniem go papieżem. Gdy został Janem Pawłem II, w dalszym ciągu kontynuował politykę zamiatania przestępstw pedofilów pod dywan. W świetle dokumentów, do których dotarł Overbeek, nie da się dłużej podtrzymywać bajeczki o dobrotliwym staruszku oszukiwanym przez urzędników watykańskich. Śledztwo dziennikarskie potwierdziło bez wątpienia, że Wojtyła używał słowa „przestępstwo”, więc miał całkowitą świadomość, co się dzieje. Źródła są wielorakie, w tym listy samego „świętego” papy. Mamy do czynienia ze zjawiskiem masowym, a jednak Jan Paweł II nie odnosił się do polskich przestępstw w ogóle, a do tych na świecie prawie w ogóle. Za każdym zdaniem winni byli: społeczeństwo i zepsuta kultura Zachodu. Milczał też na temat ofiar. Po raz pierwszy wydusił z siebie, że problem istnieje, w 2001 roku, a więc pod koniec wieloletniego pontyfikatu, pod naciskiem kardynała Ratzingera. Notabene, papież Franciszek też nie chciał się zająć tą sprawą w Polsce, która była dla niego wielkim problemem. Jemu też zależało na tuszowaniu przestępstw.

Czy Ekke Overbeek jest wiarygodny? Tak. Przeprowadził rzetelne śledztwo dziennikarskie, które ujawniło z całą mocą hipokryzję naszego „świętego”. Zresztą, hipokryzja to za słabe słowo. Tuszując bowiem przestępstwa, sami stajemy się przestępcami. Autor książki trafił w czuły punkt polskiego kościoła, który przez cały czas robi tylko to, do czego jest zmuszony przez siły zewnętrzne. Świecka komisja powołana do badania tych przestępstw jest fikcją, nie ma nawet dostępu do dokumentów. Pora byłaby już najwyższa na odjaniepawlenie Polski, jesteśmy jednak wciąż bastionem ciemnoty. W Krakowie na przykład, ze względów bezpieczeństwa, odwołano spotkanie autorskie Overbeeka, katolicy bowiem są jak muzułmanie.

Można utyskiwać na odbrązowienie postaci naszego „santo subito”, ale nie ulega wątpliwości, że był on odpowiedzialny za ukrywanie pedofilii w kościele katolickim. W przeciwnym razie autor już by siedział za oszczerstwa, pomówienia, upowszechnianie nieprawdy. Za nierzetelność dziennikarską zaś wypadłby z zawodu.

Książkę Overbeeka gorąco polecam.

21 listopada 2025

203. Mąż, uczniowie i sąsiedzi

O tym, że interesuje mnie onomastyka (nazewnictwo), mieliście już możliwość przekonać się w notce na temat nazw miejscowości. Dzisiaj będzie z innej beczki.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad nazwiskami znaczącymi? Nawet nie przypuszczałam, że jest ich tak dużo. Przepuściłam przez głowę wszystkich przyjaciół, koleżanki, kolegów, znajomych, znajomych znajomych, własnego eksmęża (ja noszę swoje własne nazwisko, córka też moje), dawnych i aktualnych uczniów, osób publicznych i na stanowiskach, sąsiadów, studentów z maminej i wujkowej uczelni, współpracowników, znanych mi blogerów, krewnych-i-znajomych Królika i wszystkich świętych, selekcjonując ich nazwiska, czyli odrzucając te nieznaczące. Podzieliłam je sobie na grupki według własnych kryteriów. Napracowałam się przy tym okrutnie i długo mi zeszło, ale z ilości zebranego materiału jestem dumna. Może odnajdziecie tu siebie? Kto wie?

Najśmieszniej było przy zrostach (zrost to jest wyraz utworzony przez sklejenie ze sobą dwóch, tak jak Wielkanoc): Bezdziecka, Białowąs, Boligłowa, Dajworek, Kwasigroch, Małodobry, Małolepszy, Mącidym, Męczywór, Nowosiadły, Ojczenasz, Ostropolski, Palkij, Pędzimąż, Skoczylas, Starybrat, Stuligrosz, Szumilas, Wiercigroch, Wilczopolski, Solibieda.

Następna grupa to nazwy zawodów, pozycji społecznej, pełnionych funkcji: Bednarz, Blacharczyk, Doktor, Fornal, Gonciarz, Hajduk, Karczmarz, Kmiotek, Kołodziej, Kowal, Kramarz, Krawiec, Krawczyk, Król, Kucharczyk, Kuśnierz, Panek, Pieczychlebek, Rybak, Rymarz, Skrzypek, Tokarz, Wojewoda, Woźny, Żak.

Krawiec
Dość oryginalnie brzmią nazwiska, które oznaczają rozmaite czynności wyrażone czasownikami w różnych formach: Czekaj, Drapała, Dyszy, Gruchała, Kuś, Pisz, Porosło, Ruszała, Ruchała, Sycz, Szura, Wlazło.

Całe mnóstwo nazwisk to nazwy zwierząt: Baran, Bąk, Bober, Czajka, Czapla, Czarniak, Drozd, Dudek, Dzik, Dziobak, Gąska, Gołąb, Gołąbek, Jaskółka, Jastrząb, Jastrząbek, Kaczor, Karp, Kawka, Kocur, Kogut, Kokoszka, Konik, Koń, Kot, Kos, Kozioł, Kraska, Kret, Kruczek, Kruk, Kura, Lelek, Lew, Lis, Miś, Mrówka, Mszyca, Mucha, Myszka, Pająk, Rak, Rumak, Rybka, Ryś, Sikora, Sobol, Sosnówka, Sowa, Sroka, Szczupak, Szczur, Szczurek, Warchoł, Wilczek, Wilk, Wróbel, Zając, Zięba, Żuczek, Żuk.

Żuczek

Pokrewne są nazwiska „roślinne”: Dąbek, Fijołek, Fikus, Kąkol, Lipa, Łoza, Pokrzywa, Szyszka, Śliwa, Trawka.

Trawka

Niezwykle apetyczne są nazwiska związane z kulinariami (mniam!), w tym naczynami i przyrządami: Budyń, Chmiel, Grzybek, Jajo, Jarosz, Kapusta, Kasza, Kawa, Kiełbasa, Kisiel, Kiszka, Kubek, Lizak, Maślanka, Mleczko, Orzech, Owoc, Pietrucha, Pietruszka, Pokrywa, Pokrywka, Rydzyk, Rzepka, Słonina, Soja, Spyra, Surówka, Szczypior, Szczypta, Szpyrka, Tarka, Tatar, Tłuczek, Tokaj, Warzocha, Ziemniak, Żurek.

Ziemniak
Są też nazwiska określające pewne cechy: Biały, Chytry, Czarny, Duży, Gamoń, Górny, Gruby, Lekki, Lichota, Mały, Nabożny, Nędza, Nieuważny, Posłuszny, Rączy, Stęchły, Suchy, Szalony, Szczerbaty, Śląski, Śpioch, Twardy, Ważny, Zawada, Zimny.

Szalony

Mamy również ładny zestawik nazwiskowych części ciała: Cyc, Fiut, Główka, Gnat, Kędzior, Kłak, Kostka, Noga, Paluch, Pępek, Pięta, Pupa, Pupka, Rączka, Skóra, Wąs, Wąsik, Żyła, Żyłka.

Pupka

Nazwiska będące nazwami narodowości: Czech, Litwin, Niemiec, Polak, Rusin, Szwed, Węgier.

Śmieszna sprawa z dniami tygodnia – zabrakło jeszcze trzech: Czwartek, Niedziela, Piątek, Sobota, Środa.

Czasem dzieje się tak, że dana osoba przedstawia się dwoma imionami. Jedno z nich jest jednak nazwiskiem: Adam, Anzelm, Bartosz, Filip, Jacek, Janeczek, Janusz, Lech, Pawełek, Szczepanek, Urban, Zygmunt.

I takie fajne różne przedmioty: Ampuła, Armata, Bal, Barłóg, Blok, Bochenek, Broda, Bucior, Cygan, Czapka, Cząstka, Domino, Dymek, Góra, Góral, Grzebyk, Grzywka, Gwóźdź, Kępa, Kieca, Kloc, Kłoda, Koniec, Kozak, Krok, Kula, Kwiecień, Łata, Łopatka, Mendel, Motowidło, Motyka, Lepianka, Pałka, Pas, Pielucha, Piórko, Pokrywa, Pudło, Pudełko, Szydło, Szydełko, Ożóg, Rożek, Róg, Świątek, Świder,  Tuleja, Węgiel, Zegar.

Zegar

Na koniec Mieszanka Wedlowska nazwisk o pozostałych, różnych znaczeniach: Błąd, Chmura, Dziadzio, Guzek, Mazur, Piekło, Suszek, Szatan, Szopa, Świat, Świst, Ułomek, Wzorek, Zabawa, Zapadka, Zawora, Ziomek.

Szatan

17 listopada 2025

202. Wesolutkie AGD

Kiedyś świat był prosty. Miałam czajnik, nalewałam wody, stawiałam na gazie. Woda się zagotowała, kawa gotowa. Koniec. A dzisiaj? Kupiłam czajnik elektryczny i dostałam do niego książkę grubszą niż „Władca Pierścieni”. Dowiedziałam się, że przed pierwszym użyciem muszę czajnik umyć, ale nie zanurzając go w wodzie. Nie wolno gotować mniej niż pół szklanki, ale też nie wolno gotować pełnego. Nie wolno dotykać, kiedy gorący. Nie wolno używać do niczego innego niż gotowanie wody, co trochę podcięło mi skrzydła, bo akurat miałam ambitny plan ugotować w nim jambalayę.

Pralka to już nie urządzenie, ale centrum dowodzenia NASA. Kiedyś były gałki: „pranie”, „płukanie”, „wirowanie”, „temperatura”. Teraz programów jest tyle, że mam wrażenie, że pralka wie o moich ubraniach więcej niż ja. Mam m.in. tryby: „bawełna bardzo brudna”, „bawełna lekko brudna”, „syntetyki średnio obrażone”, „wełna melancholijna” i „program eko, który pierze trzy dni, żeby oszczędzić dwie krople wody”.

Prawdziwym mistrzem instrukcji jest odkurzacz, ten, co sam jeździ. Zanim odpaliłam, aplikacja w telefonie kazała mi zarejestrować urządzenie, połączyć je z Wi-Fi, narysować mapę mieszkania i jeszcze nadać mu imię. Bo przecież jak inaczej odkurzacz ma wiedzieć, że jest Włodzimierzem? Dopiero wtedy zaczął jeździć. Do czasu, aż wciągnął skarpetkę Dzieciątka i doznał kryzysu egzystencjalnego, sygnalizując w aplikacji: „Error 34 – obiekt niepożądany w mechanizmie obrotowym”. Matko. Kiedyś człowiek po prostu się schylał, wyciągał skarpetkę z rury i koniec.

No i oczywiście wisienka na torcie – smartfon. Tu instrukcji już w ogóle chyba nikt nie czyta, bo i tak nikt tego nie zrozumie. Zresztą wszystko „jest intuicyjne”. Tak. Dopóki nie okazało się, że włączyłam latarkę, która świeci od tygodnia, a bateria znikła szybciej niż moje postanowienia noworoczne.

Mikrofalówka to już absolutna klasyka. Kupiłam ją, bo myślałam: „Co może być trudnego we włożeniu jedzenia, naciśnięciu guzika i wyjęciu gorącego?”. Ale nie. Instrukcja powiedziała mi, że nie wolno wkładać metalowych przedmiotów (kto by się spodziewał!), że niektóre talerze są „półmikrofalowe”, a jedzenie trzeba przykrywać specjalną przykrywką, bo inaczej zginę w Armagedonie. A i tak kończy się tym, że moja zupa jest gorąca jak lawa na brzegach talerza, a w środku zimna jak serce urzędnika skarbowego.


Ekspres do kawy wymaga wejścia na poziom filozoficzny. Dawniej parzyło się kawę „zalewajkę”. Teraz ekspres każe mi wybierać spośród kilkunastu rodzajów napojów, o których nigdy nie słyszałam. „Czy chcesz lungo, ristretto, flat white, macchiato czy latte artystyczne w kształcie łabędzia?” A ja po prostu chciałam pół kubka zwykłej kawy, którą mogłabym dopełnić mlekiem. W dodatku ekspres codziennie przypomina, że „Czas na odkamienianie”, więc musiałam kupić specjalny płyn droższy niż sam ekspres. I po co mi to było?

Nie wiem, jak Wam, ale mnie instrukcje obsługi tylko dodają pracy. Bo zamiast zrobić kawę, grzać obiad czy poczytać blogi, tracę pół życia na studiowanie, jak do tego w ogóle dojść. No ale w sumie mamy XXI wiek – epokę, w której do używania sprzętu AGD trzeba mieć co najmniej dyplom z inżynierii kosmicznej. A dawniej człowiek po prostu robił kawę, pranie i podgrzewał jedzenie w garnku. Dziś najpierw kurs on-line, potem instalacja aplikacji, a na końcu i tak trzeba zadzwonić do sąsiada, żeby pokazał, jak to włączyć.


Jestem nieco przerażona, bo w planie mam zakup air frayera i SodaStream.

13 listopada 2025

201. Przyszybczenie

Jotka poruszyła niegdyś temat „pożeraczy czasu”. Ja sama dowiedziałam się ciekawej rzeczy o kolejnym, tym razem naturalnym „pożeraczu”, a może „przyśpieszaczu”. Podobno Ziemia z jakiegoś tajemniczego powodu obraca się nieco szybciej. Co za tym idzie, kurczy się doba. Dobra wiadomość jest taka, że (jeszcze) nieodczuwalnie. Ostatnia z najkrótszych dób miała miejsce 5 sierpnia 2025 r. i była krótsza od „standardowej” o 1,25 milisekundy. Oprócz tej daty, krótsze doby wystąpiły 9 lipca 2025 r. (1,23 milisekundy) i 22 lipca 2025 r. (1,36 milisekundy).

Rekord w historii pomiarów padł 5 lipca 2024 r. – różnica wyniosła 1,66 milisekundy. Naukowcy nie zbadali jeszcze dokładnie tego zjawiska, a różni badacze podają różne hipotezy na temat jego przyczyn. W każdym razie zegary atomowe się nie mylą. No i to by wyjaśniało, dlaczego ciągle brakuje mi/nam czasu 😄.

Co ciekawe, teoria względności Alberta Einsteina połączyła czas i przestrzeń w jedno – czasoprzestrzeń. W rezultacie w zależności od tego, w jakiej części czasoprzestrzeni się znajdujemy, czas płynie szybciej lub wolniej.

Aha, no to już wiem, że moja czasoprzestrzeń zawodowa jest zupełnie niekompatybilna z domową. W tej pierwszej czas płynie bardzo wolno 🤬, a w drugiej zdecydowanie za szybko 😡.

Ponoć astronauci na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej starzeją się nieco wolniej niż my. A że wraz ze wzrostem grawitacji czas upływa wolniej, to można zaryzykować twierdzenie, że głowa starzeje się szybciej niż nogi 😅. Nic, tylko wystrzelić się w kosmos! 🚀

Z moich doświadczeń wynika, że czas jest dziwnie elastyczny. Mogę spędzić dwie godziny na czytaniu blogów i odczuwam to jako 5 minut. Za to dwudziestominutowe oczekiwanie w kolejce do lekarza wlecze się przez całą wieczność.

Czas jest wszędzie: w zegarkach, w telefonach, w kalendarzach, ale gdy naprawdę go potrzebuję, to nie ma go nigdzie! Może właśnie ten paradoks sprawia, że życie staje się absurdem: mam narzędzia do tego, żeby nad nim panować, a tymczasem to on panuje nade mną. Im bardziej próbuję „zarządzać czasem”, tym szybciej on ucieka (widocznie nie lubi, żeby nim rozporządzać wedle własnego widzimisię). Najgorzej ma moja Psiapsi: ona zawsze „nie ma czasu”. „Cóż, ja mam dwa, to jeden ci pożyczę” – odpowiadam zazwyczaj, jako ta najlepsiejsza przyjaciółka. Tak naprawdę nie mam wpływu na jej organizację dnia.

Wychodzi z tego wszystkiego, że presja upływu czasu ⌚ definiuje rytm naszej egzystencji na amen ⏰. Chyba żeby nie 😉