Wypełniali
karty naszych ulubionych książeczek. Zaludniali opowieści babć. Uśmiechali się
albo grozili ze szklanych ekranów. Straszyli w dziecięcych snach i wyobrażeniach.
Pamiętacie
ich?
Jak
każdy z nas, miałam swoich bohaterów ulubionych i nieulubionych. Największą
sympatią darzyłam postacie niekoniecznie pozytywne i lubiane przez
wszystkie dzieci. Nawet jako kilkulatka na kilometr wyczuwałam dydaktyzm
bajki, który mierził mnie niepomiernie jako sztuczny i wymuszony. Ugrzeczniony
Lolek wąchający kwiatki i rozdający baloniki dziewczynkom budził we mnie
pogardę i niechęć. Moja sympatia kierowała się natomiast w stronę
urwisa Bolka, zwłaszcza, gdy coś zmalował.
Uwielbiałam
Muminki, ale bardzo szybko poznałam się na Buce i mimo że stała się
synonimem potwora, postrachem dzieci, nie dałam się na to nabrać. Lubiłam Bukę
i może nawet się z nią utożsamiałam.
Moją
najulubieńszą lekturą były opasłe tomy baśni braci Grimm. Zaczytałam je na
śmierć (techniczną – woluminu). Nie było ukochańszych książek! Do dziś żałuję,
że nie przetrwały mojego niewymownego do nich pociągu. To było porządne,
PRL-owskie wydanie dobrej, smakowitej literatury. Z politowaniem myślę o tych
wszystkich modnych dziś, a naciąganych teoryjkach o szkodliwości
takiej lektury. Jak widać, jakoś specjalnie mi nie zaszkodziła.
Zasadniczo
nie istniała w baśniach i telewizyjnych bajkach taka postać ani
historia, które wzbudziłyby we mnie lęk. Było jednak coś stanowczo
okropnego. Obrzydliwego. Ohydnego. Coś po stokroć bardziej nie do zniesienia
niż jakiekolwiek straszydło.
Krasnoludki.
Najbardziej
przeze mnie nielubiane, wkurzające, doprowadzające do szału, odpychające małe
gnidy w czerwonych czapeczkach.
Trudno
powiedzieć, co budziło we mnie tak żywiołowy wstręt do tych istot, trzeba
jednak powiedzieć, że szczerze ich nienawidziłam. O ile nigdy w życiu
nie wyrządziłabym krzywdy żadnemu stworzeniu ze świata zwierzęcego, nie
zdeptałabym umyślnie mrówki i nie zabiłabym nawet komara, o tyle myśl
o rozmazaniu pod butem obleśnego kurdupla napawała mnie rozkosznym
błogostanem. Ta rozszalała odraza do obrzydliwych konusów musiała mieć źródło w mojej
niechęci do wszystkiego, co małe, knyplowate i do wszelkiej
miniaturyzacji. Personalnie bowiem żaden krasnal niczego mi nie zrobił. Gdybym
jednak spotkała takiego w realnym świecie, byłoby z nim krucho.
Gdybym
miała odpowiedzieć na pytanie, która z postaci była moją ulubioną, miałabym
pewien kłopot. Na pewno Śpiąca Królewna wysuwa się na plan pierwszy,
przedstawiona w najdoskonalszy sposób w „Shreku”: bez wątpienia dorównuję
jej zamiłowaniem do spania.
Na równi z nią plasują się osiołek Kłapouchy
z „Kubusia Puchatka” i wspomniana już Buka. Ten pierwszy ze względu
na ewidentną depresję, na którą cierpi tak jak ja, a ta druga – bo z pozoru
zimna i groźna, tak naprawdę potrzebuje ciepła i bliskości.
Pora
na Wasze typy. Jestem ich bardzo ciekawa.