Nie rozumiem, co się dzieje
i powoli zapominam, jak się nazywam. Jeżeli chcecie, to możecie
spróbować mi przypomnieć. W pracy kataklizm, w domu katastrofa, w życiu
klęska. Biegam, rzucam się, miotam, latam, skaczę, staję na rzęsach – i nie wyrabiam
z niczym. Od tygodnia zabieram się do napisania czegoś na blogu i co?
I wiadro! Udało mi się… nic nie napisać. I niczego nie zrobić
w art. journalu. Do tego tonę w makulaturze, sama ją produkując,
zgodnie z zaleceniami biurokracji. Na razie jestem obłąkana, a już
niebawem – czuję to! – zrobię się agresywna.
No i w tym szale ciągle
mi coś ginie. Czyli gubię nie tylko siebie, ale i rozmaite
przedmioty. Gubienie to taki rodzaj czynności, którą wykonuję równie
nieświadomie jak wszystko inne. Zaliczyłabym ją do czynności życiowych, ale
jest zbyt wredna. Uświadomiłam sobie ten proces pewnej nocy przed zaśnięciem i przyszło
mi do głowy, żeby dowiedzieć się o gubieniu trochę więcej. Otóż nie jest
to żaden hokus-pokus. Zagubiony przedmiot nadal istnieje i znajduje się
w tym miejscu, w którym został położony lub bezwiednie zgubiony. Jeżeli
odkładamy przedmiot automatycznie, bez uwagi, zwyczajnie nie pamiętamy później,
gdzie go położyliśmy. Poza tym, jeżeli zajmujemy się wieloma rzeczami naraz
(jak ja teraz), to wreszcie kończy się pojemność pamięci „roboczej”, więc może
ona nie dostarczyć odpowiedniej informacji potrzebnej do odnalezienia
zguby.
Gdzie gubimy? Chyba wszędzie. W domu
(np. ja), w samochodzie (np. ja), w dowolnych środkach
komunikacji, w sklepach, w kawiarniach i restauracjach, w hotelach,
na lotniskach, koncertach (moja piękna bransoletka!), spacerach, plażach…
Wszędzie.
A co dzieje się z tymi
przedmiotami? Okazuje się, że wciąż istnieją biura rzeczy znalezionych. Swoje
takie biura mają również koleje i komunikacja miejska, bo często zapominamy
zabrać różne przedmioty ze środków lokomocji.
Wydaje mi się, że tak
prawdziwie gubię przedmioty nader rzadko. To, o czym wspomniałam na początku,
to gubienie chwilowe. Pamiętam dwie znaczące prawdziwe zguby. Jeszcze w podstawówce
zgubiłam klucze od mieszkania zawieszone na czerwonym sutaszu. Takie były
czasy, że wszyscy machnęli na to ręką i nikt nie zmienił zamków. Druga
była piękna, ukochana przeze mnie bransoletka. Odpięła się i przepadła
w tłumie na koncercie zespołu Maanam, gdy byłam w liceum. Do dzisiaj
pamiętam, jak wyglądała i wciąż chciałabym ją mieć. Aktualnie zdarza mi się zgubić kolczyk. Więcej już nic, chyba
jestem śmiertelnie nudna. Ale przynajmniej nie zgubiłam floretu, urny z prochami
ani sukni ślubnej… A, no przecież! Do ślubu nie miałam sukni, tylko
fikuśny żakiecik, długą spódnicę i kapelusz, wszystko w kolorze écru.
