24 maja 2026

241. Na dowolnie wybranym boku

„A tymczasem leżę pod gruszą

na dowolnie wybranym boku

i mam to, co na świecie najświętsze –

święty spokój.”

Tak wyśpiewała Maryla Rodowicz, można powiedzieć, że moje życiowe motto. Zawsze powtarzam, że moim ulubionym świętym jest święty spokój.

Święty spokój oznacza dla mnie ciszę i bycie samą w danym momencie. Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Żeby nikt niczego do mnie nie mówił, bo musiałabym odpowiedzieć, a nie chce mi się otwierać gęby. Żebym mogła robić to, na co właśnie mam ochotę.

Już kiedy byłam nastolatką, izolowałam się w mieszkaniu, zamykając drzwi od mojego pokoju. Pamiętam, jak tato dociekał, pytając mamę: „Dlaczego ona się tak zamyka?” Nie wiem, czy znalazł odpowiedź.

Izolacja czy samotność mają złą reputację, a niesłusznie. Potrafią być spokojne, wygodne i przyjemne. W dzisiejszych czasach są wręcz luksusem. Lubię samotność, bo w niej wszystko zwalnia, a ja nie znoszę się śpieszyć. W samotności można tak po prostu być, bez tłumaczenia się, bez ciągłego reagowania, bez konieczności dopasowywania się do cudzych humorów i oczekiwań. To właśnie samotność daje święty spokój. Świat bez przerwy hałasuje, tymczasem ja kocham ciszę i uważam ją za najpiękniejszą muzykę. W ciszy mogę wreszcie usłyszeć siebie. Pomyśleć. W samotności jest czas na własne zainteresowania i własne tempo życia. Można czytać książkę przez pół dnia, pić kawę, pisać wiersz, pisać post na blog, wymyślać nowości do art journala, głaskać koty albo nic nie robić i wcale nie jest to strata czasu, ale konieczny odpoczynek. Samotność także nie ocenia. Nie daje mi niechcianych dobrych rad, nie pyta, dlaczego słucham podcastów Filipa Chajzera albo dlaczego jem kanapki z żółtym serem o dwudziestej trzeciej trzydzieści. W samotności można być sobą w najbardziej zwyczajnej wersji – w dresie, zmęczonej, rozczochranej, milczącej i kompletnie niegotowej na kontakty z ludźmi. Poza tym… ja bardzo dobrze czuję się we własnym towarzystwie i nawet lubię ze sobą pogadać. Nie potrzebuję niczym zagłuszać pustki, bo nie ma jej we mnie.

Dlatego lubię samotność. Nie dlatego, że nie lubię ludzi. Po prostu czasem najbardziej potrzebuję chwil, w których nikt niczego ode mnie nie chce. Święty spokój jest dziś dobrem luksusowym. Ludzie zachowują się tak, jakby odpoczynek był czymś podejrzanym. Tymczasem święty spokój to nie lenistwo, tylko chwila, w której człowiek odzyskuje energię. Nie musimy być przez cały czas "produktywni".

Odnoszę wrażenie, że ludzie boją się ciszy, bo wtedy zostają sami ze swoimi myślami. Zagłuszają je telewizorem, muzyką, rozmowami telefonicznymi o niczym. Boją się… siebie?

20 maja 2026

240. Q & A, czyli questions and answers / pytania i odpowiedzi / Fragen und Antworten / вопросы и ответы / សំណួរ និងចម្លើយ / 質問と回答 / פֿר, אַגעס און ענטפֿערס / quaestiones et responsa / domande e risposte

Postanowiłam zrobić dla Was modne już od długiego czasu Q & A. możecie w komentarzach zadawać dowolne pytania dotyczące mnie, a ja na nie odpowiem.

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie kręcę bicz na samą siebie, ale niech tam, zaryzykuję! Jest jedno, jedyne pytanie, na które nie odpowiem (albo odpowiem „pomidor”), ale może nie padnie 😁. Aha, nie podaję danych osobowych. Srodo.

No to do roboty! Macie czas do soboty.



16 maja 2026

239. Wszyscy jesteśmy dziwni

Nie wiem, jak to jest u Was, ale mnie często dopada myśl, że ten czy ów człowiek jest dziwakiem albo ma dziwaczne nawyki. Co to właściwie znaczy? „Dziwny człowiek” to zwykle ktoś, kto odstaje od tego, co większość uważa za normalne. Problem w tym, że zarówno „normalność”, jak i „dziwność” są bardzo względne — dla jednych dziwakiem będzie człowiek rozmawiający z roślinami, a dla innych ktoś, kto codziennie o szóstej rano biega po osiedlu w stroju banana. Dziwny człowiek zachowuje się nietypowo, ma oryginalne przyzwyczajenia, mówi lub myśli inaczej niż większość, ma specyficzne zainteresowania, rytuały czy obsesje. Jeden zjada wafelki warstwami, jakby odprawiał jakiś religijny rytuał, drugi rozmawia z roślinami w doniczkach albo w ogrodzie. Inny je frytki od najkrótszej do najdłuższej albo odwrotnie (preferowałabym odwrotnie 😁), jeszcze inny nie nadepnie na linię między płytkami chodnika albo musi sześć razy sprawdzić, czy na pewno zamknął drzwi.

Mój własny wujek, zamiast zrobić sobie mocniejsze okulary, z uporem maniaka zakłada dwie pary jednocześnie – jedne na drugie. Dzieciątko absolutnie nikomu nie pozwala dotykać swoich włosów, nawet fryzjerowi. Mama ogląda wszelkie prognozy pogody na wszystkich możliwych kanałach, jakby sądziła, że w ciągu 10 minut nastąpi nagły zwrot akcji i nad Rzeszowem pojawi się tornado albo klimat zmieni się na śródziemnomorski. Miś Mamusi co chwilę zagląda do lodówki, stoi i gapi się, jakby sądził, że kiełbasa rozmnoży się przez pączkowanie albo że znajdzie tam sens życia. Babcia przed położeniem się spać sprawdzała przestrzeń pod łóżkami, czy aby na pewno jest pusta, a następnie szczelnie zamykała okna w obawie, że po rynnie mógłby wdrapać się złodziej. Moja teściowa prasowała skarpetki, a BMŻ składał pedantycznie w kosteczkę majtki.

Ja:

- ostrzę noże po każdym użyciu,

- maniakalnie kupuję nożyczki,

- godzinami odkładam pójście do wc z narażeniem pęcherza na trzaśnięcie, bo akurat na nogach śpi mi Niffty i nie chcę zranić jej uczuć,

- często, rozmawiając przez telefon, w popłochu szukam… telefonu w przekonaniu, że go zgubiłam,

- liczę schody przy każdym wejściu,

- jem wszystko osobno (np. najpierw ziemniaki, potem surówka),

- mówię do siebie na głos,

- wącham książki, gazety i nowe zeszyty,

- pamiętam przypadkowe szczegóły sprzed 15 lat, ale nie pamiętam, po co weszłam do kuchni,

- zjadanie kanapki lub pizzy zaczynam od obgryzienia skórki chleba albo brzegów pizzy,

- nałogowo liczę rzeczy, obojętnie jakie: siedzenia w autobusie, drzewa przy drodze, wagony pociągu, okna w blokach, sztachety w płocie, płytki w łazienkach i tysiąc innych rzeczy,

- w teatrze, filharmonii, autobusie i innych miejscach muszę siedzieć w pierwszym rzędzie,

- przy robieniu zdjęć uważam, żeby nie weszła mi w kadr żadna ludzka jednostka, zdjęcia z ludźmi kasuję (z wyjątkiem tych zrobionych celowo),

- nie mam w mieszkaniu ani jednej rośliny,

- jeżeli nie wystawię nóg spod kołdry, duszę się,

- cokolwiek do jedzenia ma „kompozycję warstwową”, jem warstwami: wafle, markizy, ciasta tortowe, Raffaello…

- nienawidzę, kiedy ludzie nie zasuwają za sobą krzeseł.

Co ciekawe, wielu ludzi uznawanych za dziwnych bywa też postrzeganych jako kreatywnych, inteligentnych, autentycznych w sposobie bycia, mniej podatnych na presję społeczną (no to się dowartościowałam 😂). A czasem „dziwny człowiek” to po prostu ktoś, kto przestał udawać normalność tak skutecznie jak reszta 😅.

11 maja 2026

238. Niecodziennik cz. 12 pt. "Piekło jest we mnie"

1. W czasie matur dostałam od polonistki z zaprzyjaźnionej szkoły taki oto kubek. Zachwycił mnie, bo ta podziałka głosi samą prawdę 😅.

2. Pożar Puszczy Solskiej potłukł mi serce w drobny mak. Gdy pomyślę o zwierzętach w tym piekle, chce mi się wyć, jakby mi ktoś flaki żywcem wydzierał. Żal mi każdego drzewa, każdego krzaczka. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, co działo się tam, wewnątrz szalejącego pożaru. I jeszcze ten wypadek Dromadera, śmierć pilota biorącego udział w akcji gaśniczej… To wszystko jest potwornie przygnębiające.

3. Kilka dni temu, gdy mama była po kolejnej chemii, przeglądając dokumenty ze szpitala, natknęłam się na sformułowanie „rokowania poważne”. Nie zrozumiałam, czy poważne na „tak”, czy poważne na „nie”. W domu diabli mnie podkusili, żeby sprawdzić, co to znaczy. No i się dowiedziałam, że to rokowania kiepskie. Jestem rozwalona, zdruzgotana, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Mama nadal czuje się dobrze, ostatnio włączono jeszcze jakiś nowy lek. Podobno skuteczny, ale kto go tam wie, co z tego wyjdzie, skoro rokowania do dupy… Boję się, wiecie?

Nie mogę się uspokoić. Niech nikt nigdy i w żadnych okolicznościach nie straszy mnie pośmiertnym piekłem. Piekło jest tutaj, na ziemi – i we mnie.

07 maja 2026

237. Morda potrzebna od zaraz

Szanowne (?) Życie!

Piszę, bo rozmowa z Tobą w cztery oczy nic nie daje (głównie dlatego, że Ty nie masz oczu, a ja coraz częściej nie mam siły i ochoty).

Pozwól, że zacznę od podziękowań, bo podobno tak wypada. Dziękuję Ci za te wszystkie rzekome „szanse”, które wyglądały podejrzanie podobnie do problemów. Świetny kamuflaż, naprawdę. Gdyby istniał konkurs na kreatywne utrudnianie egzystencji, miałobyś złoto, srebro i jeszcze Grand Prix publiczności!

Doceniam też Twoją konsekwencję. Naprawdę imponujące, jak potrafisz dostarczać dokładnie tego, czego nie zamawiałam. Marzenia? Proszę bardzo — w wersji demo niedziałającej po jednym użyciu. Spokój? Tylko w pakiecie z niepokojem. Sprzedaż wiązana.

Muszę przyznać, że masz świetne poczucie humoru. To ten rodzaj dowcipu, w którym pointa pojawia się po kilku latach i okazuje się, że to ja jestem przedmiotem żartu. Bardzo śmieszne.

Chciałabym również poruszyć kwestię organizacji. Czy naprawdę konieczne jest kumulowanie wszystkiego złego naraz? Czy istnieje jakaś opcja rozłożenia tragedii na raty? Bo obecny model zaczyna wyglądać jak nielegalny eksperyment na mojej psychice.

Niepokoi mnie też Twoja skłonność do powtórek. Jeśli coś już raz było złym pomysłem, to naprawdę nie trzeba tego testować ponownie w innej konfiguracji. To nie jest kreatywność, to jest karuzela z porażkami.

A skoro jesteśmy przy temacie — czy mogłobyś przestać wysyłać mi sytuacje i wydarzenia-lekcje, o które nie prosiłam? Rozumiem ideę rozwoju, ale czy naprawdę każda umiejętność musi być okupiona frustracją, zmęczeniem i ciężkim kryzysem egzystencjalnym? Może dałoby się wprowadzić wersję „light”? Taką bez skutków ubocznych w postaci zwątpienia w sens czegokolwiek?

Na koniec mam jedną skromną prośbę: jeśli już musisz mnie zaskakiwać, spróbuj czasem zrobić to pozytywnie. Wiem, brzmi jak fantasy i science fiction razem wzięte...

Z wyrazami umiarkowanego szacunku i dużą nieufnością

Frau Be

P.S. Jeśli to wszystko ma jakiś głębszy sens, to byłoby miło dostać chociaż trailer,  taki, który wreszcie zdradza, o co w tym wszystkim chodzi, a nie tylko pokazuje losowe sceny z gatunku „dramat egzystencjalny z elementami absurdu”.

P. S. 2 Ech, Życie, żebyś Ty mordę miało...!


02 maja 2026

236. Klątwa Ewy

Tajemnicza.

Groźna.

Niebezpieczna.

Nieczysta.

Obrzydliwa.

Zabójcza.

Plugawa.

Kobieta miesiączkująca.

W starożytności (Grecji, Egipcie, Rzymie) miesiączka była uznawana – i słusznie – za przejaw kobiecego zdrowia, jednocześnie jednak wiązało się z nią myślenie magiczne. Królowały niedorzeczne poglądy, jak ten, że kobieta miesiączkująca ma moc wyplenienia szkodników w polu lub ogrodzie, rozganiania burz, odpędzania gradu. Krew miesięczną postrzegano jako substancję groźną, powodującą kwaśnienie wina, opadanie owoców z drzew, mętnienie luster, wymieranie pszczół, tępienie i rdzewienie żelaza. Z drugiej strony próbowano nią leczyć dnę moczanową, wrzody, wściekliznę, bóle głowy, padaczkę. Używano jej jako składnika maści przeciwzapalnych. Kultura judeochrześcijańska (dlaczego mnie to nie dziwi?!) uznawała kobietę menstruującą za plugawą, nieczystą, obrzydliwą. Pojawiły się zakazy uczestniczenia w obrzędach religijnych, przygotowywania jedzenia czy kontaktu z innymi ludźmi. Wszystko to za sprawą pramatki grzechu – Ewy, za której sprawkę płacą w ramach odpowiedzialności wszystkie kobiety świata.

Przez większość historii ludzkości menstruacja była tematem tabu, otoczonym albo przesądami, albo milczeniem. Średniowiecze dolało oliwy do ognia, produkując takie pomysły jak ten, że współżycie w czasie miesiączki może zabić mężczyznę albo taki, że gdyby doszło w tym czasie do zapłodnienia, dziecko będzie opętane, ślepe, ułomne albo rude 😂. Te i inne mity pokutowały przez stulecia praktycznie jeszcze do początków XX wieku.

Jednocześnie próbowano radzić sobie z krwawieniem. Historia środków higieny menstruacyjnej to trudna opowieść o pomysłowości, biedzie, wstydzie, rozwoju medycyny i zmianach społecznych. Kobiety stosowały to, co było dostępne pod ręką: kawałków materiału, wełny, mchu, trawy, papirusu, futra zwierząt, gąbek morskich, watowanych tkanin. W starożytnym Egipcie używano miękkiego papirusu zwijanego w formę przypominającą tampon. W Grecji stosowano kawałki drewna owinięte materiałem. W wielu miejscach świata kobiety po prostu nosiły kilka warstw odzieży i pozwalały krwi wsiąkać w tkaniny. Przez długi czas bielizna w dzisiejszym rozumieniu praktycznie nie istniała, więc kobiety po prostu krwawiły w ubrania. Bogatsze mogły używać wielorazowych szmatek lub specjalnych „podpasek” z tkanin. Problem polegał na tym, że pranie było trudne, dostęp do czystej wody ograniczony, a higiena ogólnie wyglądała inaczej niż dziś. Materiały wielorazowe prano i używano ponownie przez lata.

Menstruacja była tematem wstydliwym, którego nie poruszano publicznie. W XIX wieku zaczęły pojawiać się pierwsze produkty przypominające współczesne podpaski, były jednak niewygodne i drogie. Kobiety używały składanych wkładów tekstylnych i pasów menstruacyjnych. Te pierwsze „podpaski” nie miały kleju. Mocowano je do pasa noszonego wokół bioder. Bywały grube i przesuwały się podczas chodzenia. W tym okresie nadal dominowały wielorazowe materiały, które trzeba było prać ręcznie. Przełom nastąpił po I wojnie światowej, gdy pielęgniarki zauważyły, że materiał celulozowy używany do opatrywania ran świetnie chłonie krew. To doprowadziło do powstania pierwszych podpasek jednorazowych. Zaczęto sprzedawać je na większą skalę w latach 20-tych XX wieku. W latach 30-tych pojawiły się pierwsze tampony, które budziły ogromne kontrowersje. Niektórzy twierdzili, że są „niemoralne”, niebezpieczne” albo „nieodpowiednie dla młodych kobiet”.

Po II wojnie światowej środki higieniczne zaczęły stawać się bardziej dostępne. Podpaski stawały się coraz cieńsze, powstały tampony z aplikatorami. Używa się coraz bardziej chłonnych materiałów, a produkty jednorazowe pakuje się indywidualnie.

Ciekawym zjawiskiem były/są reklamy podpasek i tamponów. Przez długi czas były dziwne i pełne eufemizmów, krew zastąpił niebieski płyn. Przekonywano kobiety, że podczas miesiączki powinny zachowywać się tak, jakby nic się nie działo: grać w tenisa, tańczyć i być zawsze uśmiechnięte. Chyba faceci tworzyli te reklamy, bo ich nigdy brzuch menstruacyjnie nie napieprzał!

Współcześnie pojawiło się pojęcie – i jednocześnie zjawisko – „ubóstwa menstruacyjnego”, tj. sytuacji, gdy kobiety miesiączkujące nie mają dostępu do podstawowych środków higienicznych. Problem ten wciąż istnieje i dotyczy wielu krajów, w tym także rozwiniętych. I to jest smutne.

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby napisać post na ten temat 😅