08 czerwca 2026

245. Gdzie?!

Chodzi o rzecz tak ulotnie definiowalną jak szczęście. Od czego zależy, czy człowiek jest szczęśliwy? Gdzie szukać szczęścia, jeśli się nim nie dysponuje? Jeśli ewidentnie brak nam poczucia szczęścia?

Nie ma magicznych tabletek na nieszczęśliwą duszę. To czego się trzymać?

Najpierw ustalmy, czego szukamy. Szczęście nie jest krótkotrwałą emocją. Polega na wewnętrznej zgodzie na życie takie, jakie się ma, przynajmniej tak definiuje je psychologia, a wspomaga filozofia. To poczucie spełnienia, dobrostanu i akceptacji tego, co daje nam los. No i świetnie. A co z człowiekiem takim jak ja, który nie potrafi się pogodzić? Nie mogę żyć tak jak chcę, a na to, co jest, nie ma we mnie zgody. Doskonale wiem, co sprawiłoby, że byłabym szczęśliwa, ale moje życie (przeznaczenie?) tego nie wie. Na pytanie zadane wprost: „Jesteś szczęśliwa?” (tak kiedyś zapytała mnie pewna szczęśliwa starsza pani) bez wahania odpowiadam również wprost: „Nie”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że nie doceniam tego, co mam. Otóż pewne rzeczy doceniam, ale szczęścia nie czuję, nic na to nie poradzę. Większości zaś nie doceniam, ponieważ żyrafa ofiarowana mi w miejsce upragnionego słonia w ogóle mnie nie cieszy. Owszem, na odczepnego mogę okazywać zachwyt i zadowolenie, ale siebie samej nie oszukam. Sparafrazuję w tym miejscu Gombrowicza: „Jak cieszy, jak nie cieszy?” Kiedy leżą i kwiczą duże rzeczy, małe nie cieszą, nic nie poradzę. Żebym się nawet w kucki porobiła z wysiłku – nie cieszą.

Mówią, że szczęście nie jest zależne od rzeczy zewnętrznych, że jest w nas samych. Świetnie, tylko dlaczego grzebię w sobie i za cholerę nie mogę go znaleźć przez tyle już lat? Ile? – zapytacie. Dużo – odpowiem. Co najmniej dwadzieścia… Co ja pieprzę? Trzydzieści najmarniej.

Gdzie więc szukać tego szczęścia, którego nie ma we mnie ani koło mnie? Kto ma dla mnie receptę? Sąd wziąć szczęście, gdzie ono rośnie, ile kosztuje, czy mają to na Temu? Jak sprawić, żeby ostatnia myśl przed śmiercią nie była pełną żalu myślą o zmarnowanym, smutnym życiu?

Pisząc te słowa, siedzę zagrzebana w mule. Wokół mnie falują wodorosty.


05 czerwca 2026

244. Mój osobisty zestaw przetrwania

Zastanawialiście się kiedyś, bez czego nie moglibyście żyć? Takie pytanie wpadło mi do głowy podczas tkwienia na pisemnej maturze w charakterze ozdoby sali członka komisji. Najpierw zadałam je sama sobie i przemyślałam odpowiedzi. Otóż:

1. Cebula.

Być może w poprzednim życiu byłam indykiem, bo w aktualnym rąbię cebulę jak młockarnia. Robię to od najmłodszych lat – konkretnie od czwartego roku życia. Samą, na surowo, bez zbędnych dodatków, jak jabłko.

2. Dzieciątko.

Tego nawet nie trzeba tłumaczyć.

3. Internet.

Zapewnia mi kontakt z Wami. Bez niego moja lista ludzi lubianych byłaby o wiele krótsza.

4. Książki.

Cóż. Zwyczajne uzależnienie z korzeniami we wczesnym dzieciństwie. Wyniesione z domu, wyssane z mlekiem w proszku.

5. Mleko.

Co tu dużo mówić, kupuję całymi zgrzewkami, a jeżeli przypadkiem w lodówce znajduje się ostatnie pół kubka, dochodzi do ciężkich bojów między mną a Dzieciątkiem.

6. Noże i nożyczki.

Ostre narzędzia to moi (prawie, bo największym jest łóżko) najlepsi przyjaciele. Każdziuteńki nóż pieczołowicie ostrzę po każdym jednym umyciu. Jeśli nie „goli” włosków na skórze, to w moim pojęciu jest tępy jak najgorsi uczniowie.

7. Przyjaciele i dobrzy znajomi.

W zasadzie jestem złą kobietą i mizantropką, a jednak istnieją ludzie, których lubię i za którymi przepadam (wyobrażacie to sobie? 😅). Tyle że wybieram ich sobie sama i na własnych warunkach.

8. Sen.

Porządny sen, a nie jakieś pitu-pitu z budzikiem nastawionym na 6.00 w nocy.

9. Warzywa, owoce i nabiał.

Jestem maksymalnie trawo- i nabiałożerna. Innego sposobu żywienia sobie nie wyobrażam.

10. Zwierzęta.

Nie przypominam sobie takiego okresu w życiu, w którym nie byłoby w domu papug, psa, kotów, chomików, kijanek (!), rybek. Śmiało mogę powiedzieć, że są one gwarantem mojej równowagi psychicznej, którą i tak bardzo trudno mi utrzymać. Bez zwierząt do reszty bym zwariowała. Dom bez zwierząt jest zimny i taki jakby… nieludzki.

A Wy? Bez czego nie moglibyście żyć?

02 czerwca 2026

243. Wszyscy kłamią

Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham Gregory'ego House'a. Jest cudownie cyniczny i gardzi głupotą. Jednak nie moja miłość do doktora House’a jest przedmiotem moich dzisiejszych przemyśleń, a jego sztandarowe hasło: „Wszyscy kłamią”.

Na ten temat zostały przeprowadzone badania. Przeciętny człowiek kłamie od 2 do 200 razy dziennie. No tak, wystarczy, że powiem nielubianej koleżance "miło cię widzieć" albo wieszakowi na ciuchy (chodzącemu kościotrupowi, znaczy się), że pięknie wygląda w tej garsonce. I co? Już mamy 2!
Po co kłamiemy? Z wygody, ze strachu, żeby podrasować swój wizerunek, uniknąć konsekwencji, zdobyć korzyści. Niektórzy ludzie są mitomanami, jak jedna koleżanka polonistka z mojej szkoły. Istnieją także drobne nieprawdy wypowiadane z grzeczności lub troski o innych. Wszyscy kłamią, choć nie zawsze robią to w złych intencjach. To po prostu cecha cywilizacji, która ucieka się do uprzejmych kłamstewek, żeby nie sprawić komuś przykrości. No bo gdyby ludzie zaczęli mówić sobie wyłącznie szczerą prawdę, większość relacji rozpadłaby się przed najbliższym czwartkiem.

Jesteście prawdomówni? Na pewno?

Prawda wygląda tak, że niemal każdy codziennie wypowiada zdania, które są bardziej rytuałem niż prawdziwym komunikatem. Na przykład:

„Musimy się kiedyś spotkać”. Nie, nie musimy. Obie/oboje o tym wiemy. To zdanie wcale nie oznacza chęci spotkania, jest tylko pustym konwenansem.

Dzieciątko o poranku: „Zaczekaj na mnie, już wychodzę”. To jedno z jej największych osiągnięć. Stoi jeszcze w ręczniku, suszy włosy, szuka drugiego buta i dopiero zastanawia się, czy umyć zęby, ale już informuje, że wychodzi. W rzeczywistości od wyjścia dzieli ją jeszcze minimum dwadzieścia minut i kryzys egzystencjalny przy wyborze ubioru.

Mnożymy też kłamstwa gastronomiczne w stylu: „Pyszne!”. To szczególnie popularne podczas rodzinnych spotkań. Ciotka podaje ciasto o konsystencji mokrego tynku, ale wszyscy zgodnie cmokamy z uznaniem, bo nikt nie chce zostać tym, który zniszczył rodzinne święta jednym szczerym wyznaniem.

Standardowe pytanie: „Co słychać?” wcale nie oznacza troski o czyjś stan. Nikt nie oczekuje zwierzeń i szczerej odpowiedzi. Klasycznie należy odpowiedzieć: „W porządku”, nawet jeśli piętnaście minut wcześniej płakało się nad rachunkiem za prąd.

A kłamstwa zawodowe? „Zapoznamy się z pani CV i oddzwonimy.” Nie oddzwonią. „Chętnie to zrobię”. Nie, wcale nie mam ochoty na dodatkowe, niepłatne zadania!

Albo: „Przeczytałam/em regulamin”. Nie. Nikt nie przeczytał. Klikając „Akceptuję” przy regulaminie liczącym 148 stron, wyrażam dokładnie taką samą prawdę jak politycy PiS w czasie kampanii wyborczej.

Znajomemu umiera ktoś bliski i od razu składamy mu kondolencje: „Bardzo ci współczuję”, „Przykro mi”. Nie. Nie współczuję i nie jest mi przykro, raczej bardzo mi z tego powodu wszystko jedno, bo nawet tej osoby nie znałam.

My, komentujący na blogach też kłamiemy, np. udając, że dany post nas interesuje, że podobają nam się byle jak zrobione zdjęcia, że akceptujemy niechlujny język albo notki pisane przez AI.

Kiedy komuś dziękuję za coś, za co nie czuję się wdzięczna, słyszę: „Nie ma za co”. Owszem, nie ma za co, ale tak wypada.

Setki małych kłamstw istnieją codziennie i mają się dobrze. Być może nawet są konieczne, bo prawda prawdą, ale ktoś przecież musi mi powiedzieć, że ładnie wyglądam 😁 🤣.

Ciekawe jest także bardzo często występujące zjawisko – okłamywanie samego siebie. Niestety, nie posiadam tej umiejętności, a przydałaby się, aby móc wyprzeć niewygodne fakty albo uwierzyć w rzeczy, które poprawiłyby mi samopoczucie.

Oczywiście hasło „wszyscy kłamią” nie oznacza, że każdy człowiek jest zły lub nieuczciwy, pokazuje raczej, że drobne nieprawdy są częścią codziennych relacji międzyludzkich.

To właściwie dobrze, czy źle?