02 lutego 2022

7. Hitler też była kobietą


Była – i sama to odkryłam.

Po wsi, oprócz bażantów noszących imię Władysław, dzików, jenotów, lisów i saren, pałętają się bandy kotów. Jesienią i zimą brat dokarmiał je na wypadek, gdyby któryś był bezpański. Widywaliśmy je przez okno niemal codziennie.

- Patrzcie, ten biały wygląda jak Hitler – powiedziałam pewnego razu do rodziców. – Ma taką hitlerowską grzyweczkę.

- Hitler – zarechotał Tatuś Córuni rubasznie i wszyscy mu zawtórowaliśmy.

- Jeżeli to jest Hitler – powiedział innym razem – to ten drugi, łaciaty, to musi być Göring.

- A ten czarny to Mussolini, typowy Włoch – zawyrokowało Dzieciątko.

W ten sposób towarzystwo zaczęło stawać się rozpoznawalne.

Czas mijał, brat wyjechał, wprowadziłam się na jego miejsce ja, a kocie ścieżki pozostały te same. Wstrząs nastąpił po wykopkach.

- Matko Boska! – wrzasnęłam w panice.

- Ja? – zdziwiła się Mamusia Misia. – Aż taka boska jestem?

- Nnnie – wykrztusiłam, podzwaniając zębami. – Nnnie o to chodzi.

Domniemany Hitler okocił się właśnie i to w miejscu nieco widocznym, za to kompletnie nam niedostępnym. Dwa kociątka przyssane do piersi ewidentnie to potwierdzały.

Dopóki schyłek lata był łaskawy, nie martwiłam się specjalnie, tylko dokarmiałam kocią mamę co sił w organizmie. Przychodziła do miski jak na zawołanie, sobie wiadomymi ścieżkami. Niepokoiła mnie stojąca tuż za progiem jesień, a deszcz spowodował, że o mało nie wyrwałam sobie z głowy całego owłosienia. Ta wariatka, zamiast przenieść kociątka do przygotowanej przeze mnie budki z pudełka, wyścielonej mięciutkimi ręcznikami i oferującej suchą, zaciszną miejscówkę pod balkonem, wciąż trzymała je na gołej ziemi, gdzie mokły w deszczu, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Zaklinałam rzeczywistość, żeby wreszcie otworzyły oczy i wymaszerowały, może wtedy całe towarzystwo dałoby się zwabić do stodoły i tam zakwaterować. W domu Cześka dostawała wścieklizny – tak jak tolerowała inne koty, tak na widok Hitlera (Hitlerki!) dostawała piany na pysku i każde spotkanie, w ogrodzie czy na balkonie, kończyło się wielką, karczemną awanturą.

Dzień, w którym odnotowałam otwarcie oczu i niewielkie przemieszczenie się maluchów, przyniósł mi ulgę. Kolejny, naznaczony wściekłą ulewą, zadał mi cios prosto w serce. Jedno z kociątek zniknęło, drugie zastałam martwe. Przeryczałam pół dnia, przed drugie pół klęłam, na czym świat stoi. I nawet nie było komu dać za to wszystko w mordę…

Kilka dni później okazało się, że jakiś kawałek marnego happy endu jednak się stał: brat, udzielający się w charytatywnie dla Felineusa, znalazł na zdjęciu fundacji hitlerowskie kociątko, a w opisie potwierdzenie, że zostało znalezione w tej właśnie wsi. Rozpoznałam je i odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej ono było bezpieczne.

W październiku, gdy musiałam wyjechać na dwa dni, aby odebrać laury i nagrody w konkursie poetyckim, na wsi zastąpił mnie Tatuś Córuni.

- Ty wracaj szybko – alarmował Miś Mamusi przez telefon. – Ojciec od trzech godzin karmi całą wieś, wykarmił już cały Wehrmacht i pół Luftwaffe, z torbami pójdziesz jak nic! Pod stodołą rozgrywa się regularna wojna światowa o miski.

Cały Tatuś Córuni! Czasem można by odnieść wrażenie, że sensem i celem jego życia jest nieustające karmienie wszystkiego, co żyje.

Deszcze ustały, jesień sprawowała się jako tako, ale do czasu. Gdy w listopadzie przyszły paskudne wiatry, spadły temperatury, a nocami zdarzały się przymrozki, całe kocie towarzystwo gdzieś się porozłaziło, ale Hitlerka ewidentnie nie miała dokąd pójść. Z podrapanym noskiem, z poszarpanymi w bójkach uszami, zapchlona i cała w strupach, z kaprawymi oczami, wyglądała jak siedem nieszczęść, a do tego wszelkimi sposobami próbowała wedrzeć się do domu. Koczowała na parapetach i pod drzwiami, a w nocy – widziałam to – sypiała pod gołym niebem, czekając na mnie, na coś do jedzenia… Gdy wracałam z pracy, przybiegała na odgłos otwieranej furtki. Każdorazowo otwierając drzwi wiedziałam, że znajdę ją skuloną na progu. Czesława przestała wychodzić, bo wpadała w szał na jej widok. Doszło do tego, że kładąc się spać, czułam wyrzuty sumienia, że my grzejemy dupska pod kołdrą, a ona tam, na tym zimnie, głodna i zmarznięta, wciąż koczuje pod goły niebem… W Rzeszowie rodzice darli sobie włosy z głowy i siwieli, myśląc o tym, jak ją „zagospodarować”. W końcu nie wytrzymałam sama z sobą. Oni sobie nas wybierają i próżno by walczyć z przeznaczeniem.

- Dostaniesz domek – powiedziałam, wychodząc następnego dnia z miską. Kocina ufnie ocierała mi się o nogi. – Wytrzymaj do soboty.

30 listopada rankiem wyszłam, jak zwykle, z miską. Spokojnie zjadła, mrucząc z rozkoszy. Przycupnęłam obok, na ławce, z otwartym transporterkiem, zastanawiając się, czy w ogóle uda mi się ją złapać. Tymczasem kota, zjadłszy, oblizała się starannie, rozejrzała się, podeszła do ławeczki i z wdziękiem spakowała się do transporterka z miną mówiącą: „Niewolnik, teraz nieś mnie w tej lektyce do obiecanego domku, a chyżo!”.

Zatargałam ją więc na przystanek i podjechałyśmy do sąsiedniej wsi, gdzie urzęduje weterynarz. Podróż autobusem zniosła jak zadowolona z wycieczki księżna, rozglądając się na boki ciekawie i mrucząc. Pani doktor obejrzała kotkę, wyceniła na jakieś 2-3 lata i orzekła dobry stan. Bałam się, czy nie jest w kolejnej ciąży, ale i to zostało wykluczone. Oprócz zapalenia spojówek, strupów i ran odniesionych w walkach oraz zarobaczenia właściwie nic jej nie było. Dostała tabletki na odrobaczenie wewnętrzne, a odpchlenie odbyło się na miejscu. Kota została spryskana od czubka ogona po końce pazurków środkiem, od którego pchły spadały z niej jak robaczywe śliwki z drzewa końcem jesieni. Uszka zostały zdezynfekowane, wysmarowane i zabezpieczone, kolejne tabletki odrobaczające i wcierki dla mojej domowej dwójki na wszelki wypadek spakowane – i tak udałyśmy się w dalszą podróż. Na przystanku okazało się, że najbliższy wsiobus odjeżdża za 1,5 godziny, tymczasem kota, mokra od środka antypchelnego, drżała jak liść osiki na wietrze. Wydarłam z torebki zapasowy ręcznik wzięty w ostatniej chwili na wszelki wypadek i otuliłam ją nieco, ale niewiele to dało. Było naprawdę wściekle zimno. Co było robić? Wysupłałam ostatnie pieniądze i zamówiłam taksówkę. Jej Wysokość zajechała do rezydencji z honorami, a tam czekała nas największa niespodzianka, ponieważ obeszło się bez scysji. Fanta nieco tylko się obraziła, ale przecież obraza Jej Majestatu to norma. Niuniuś lekko się zdziwił tym, co widzi i z miną mówiącą: „O, Pańcia, co to? Jakiś kot? Dobra, dawaj jeść” zignorował intruza. Intruz zaś wyszedł z nosidełka i natychmiast zajął moją wersalkę. Nie muszę chyba dodawać, że świeżutka micha załatwiła resztę…

- I tylko jedno mnie męczy – powiedziałam do Dzieciątka. – Czy ja nie ukradłam komuś tego kota.

- Matka – odrzekło Dzieciątko. – Ona ewidentnie była bezdomna albo wyrzucona z domu. Ale nawet jeżeli była czyjaś, to ktoś, kto do tego stopnia zaniedbuje zwierzę, nie zasługuje na nie.

I to jest oczywista oczywistość.

Dziś, pod dokładniejszych badaniach wiemy i to, że nasza biała Cesarzowa Michiko z czarną grzyweczką i czarnym ogonkiem jakby przyklejonym od innego kota jest nosicielką wirusa FeLV (kociej białaczki), ale musimy mieć nadzieję, że choroba nigdy się nie rozwinie. Ten fakt upewnił nas jedynie, że kocina nas potrzebuje. Jest z nami już ponad dwa lata. Dogadała się z Niuniusiem, który ma już swoje lata i choruje przewlekle na niewydolność nerek, ale apetyt na życie wciąż jeszcze mu dopisuje. A Fanta jak Fanta – patrzy na nich z odrazą z wysokości piernatów. W końcu plebs to plebs, a ona wie, w której szufladzie leży jej rodowód.



26 stycznia 2022

6. I zdrowia, i szczęścia, i błogosławieństwa…



Po raz pierwszy spotkałam go wiele lat temu, na zielonym rynku, nieopodal hali targowej. Widywałam go później na moim osiedlu albo na głównym deptaku miasta. Był zupełnie inny niż rzesze żebrzących bezdomnych lub ubogich staruszków. W ogóle nie wzięłam go za bezdomnego, raczej za emeryta, który wobec żenująco niskiego uposażenia dorabia sobie graniem na akordeonie. Drobniutki, niski, schludny staruszek nie straszył brudem, nie zionął odorem niemytego ciała ani alkoholu. Nie żebrał, tylko zarabiał na życie! Z werwą grał na swoim instrumencie i z szerokim uśmiechem na zawsze pogodnej twarzy śpiewał rozmaite piosenki. Repertuar miał szeroki, ale każdemu, kto ofiarował mu jakiś datek, obowiązkowo śpiewał:

„Życzę pani(panu), życzę,

życzę pani(panu), życzę,

i zdrowia,

i szczęścia,

i błogosławieństwa…”

Nie sposób było tak po prostu rzucić pieniążek i odejść. Trzeba było wysłuchać ofiarowanej pieśni, niekiedy opowiastki z czasów wojny. Ten człowiek otwierał serca ludzi i łapał je jak motyle.

Później dowiedziałam się, że staruszek ma na imię Józef i że jest bezdomny. Podobno ktoś pozwolił mu zamieszkać w swoim domku na działce.

Kilka lat temu miasto obiegła wiadomość, że jakiś wyjątkowy barbarzyńca okradł staruszka, zabierając mu akordeon – jedyne narzędzie zarobkowania. Ówczesna studentka, pani Adrianna Mazur (której nazwisko i fizjonomia zostały upublicznione, więc nie popełniam wykroczenia przeciwko sRODO) – nieoceniona dziewczyna o wielkim sercu! – zainicjowała na Facebooku akcję poszukiwania nowego instrumentu dla pana Józefa. Powstały pomysły dotyczące zbiórki pieniędzy, odkupienia akordeonu i tym podobne. W krótkim czasie znalazł się ofiarodawca, który pragnął pozostać anonimowym. Podarował on bezdomnemu staruszkowi odpowiedni dla niego instrument. Pisząc te słowa myślę, że jeżeli miałoby istnieć niebo, to tej dwójce – pani Adriannie i anonimowemu darczyńcy – należałoby się ono bez kolejki i zbędnych procedur!

Gdy staruszek zmarł w 2017 roku, liczni mieszkańcy miasta skierowali do Ratusza petycję o upamiętnienie pan Józefa – postaci tak znanej rzeszowianom i tak przez nich lubianej jak niegdyś Serce Maryni.

Tutaj kilka linków prowadzących do filmików z YouTube i do artykułów związanych z panem Józefem.

https://nowiny24.pl/studentka-poruszyla-setki-internautow-pomogli-bezdomnemu-ktoremu-skradziono-akordeon-wideo/ar/5810643

https://www.youtube.com/watch?v=CygFHHAQIvg

https://www.youtube.com/watch?v=CjBBDsaysEw

http://mojrzeszow.pl/petycja-do-prezydenta-rzeszowa-o-uczczenie-pamieci-znanego-grajka-pana-jozefa/

https://rzeszow.wyborcza.pl/rzeszow/7,34962,25334772,pomnik-dla-pana-jozefa-od-akordeonu-pod-internetowa-petycja.html?disableRedirects=true

https://mlodzi.rzeszow.pl/ludzie-pasje-rzeszowski-bezdomnych-znow-inspiruje-mlodych/

23 stycznia 2022

5. Postanowiłam zostać Wyspiańskim

 Nie, nie zamierzam chorować na syfilis. Tak mnie tylko zebrało na wszechstronność. Wiersze już wydaję, malować zamierzam od ferii zimowych, a teraz nadejszła wiekopomna chwilja… Zaczęłam pisać powieść. Piszę i piszę, napisałam już 700 stron, a końca nie widać. No to postanowiłam publikować ją w odcinkach (po rozdzialiku) na blogu, bo przynajmniej będę musiała się zmobilizować do dokończenia dzieła. Zatytułowałam je „Kostka”, a dedykuję wszystkim żonom rycerzy, złomiarzy i egzorcystów. Póki co, pozwolę sobie je zareklamować poprzez zacytowanie niewielkich fragmentów. Będą zatem:

 

1. WĄTEK DRAMATYCZNY

 

- W ogóle się nie przejmuj, nie ma o czym mówić.

- Nie przejmuj się?! – znów prawie krzyknął. – A co, jeśli jestem impotentem?

Postukała w czoło.

- Jakim impotentem, zwariowałeś?! Dopiero co na własne oczy widziałam wzorcową erekcję, matko, co za wyrażenie…

 

2. WĄTEK EKOLOGICZNY

 

- A najdzikszą rozkoszą napawa mnie fakt, że oddycham właśnie krystalicznie czystym i świeżym powietrzem.

- Krystalicznie czystym? Świeżym?! – zbaraniała Kulka. – Z tym kurzem i spalinami?!

- Ba! – Kostka enigmatycznie machnęła ręką. – Kurz i spaliny to lilie i fiołki w porównaniu z tą bronią biologiczną, którą dzisiaj na mnie wypróbowano.

 

3. WĄTEK EROTYCZNY

 

- Co pani!... – powtórzył i zatrzymał się.

- Nie ma czasu! Trzeba nam pomóc!

- Co się stało? – mężczyzna ciągnięty za rękaw odzyskał wreszcie przytomność umysłu.

- Wytrysk, wytrysk, wielki wytrysk!...

 

4. WĄTEK IDIOTYCZNY

 

- Ona cała spuchła – zaśmiał się Karol.

- Sam spuchłeś! – odcięła się świeżo upieczona żona, wciąż stojąca z rękami w zamrażalniku.

- Albo spuchniesz po nocy poślubnej, he, he. Z wysiłku. No dobrze, ale czy moglibyście mi w końcu powiedzieć, co to ma wspólnego z lodówką? Po cholerę tam gmerasz?

- Nie gmeram, tylko trzymam palce w mrożonkach. W niskiej temperaturze materia się kurczy, palce mi trochę sklęsną przed tym kościołem.

 

5. WĄTEK JĘZYKOZNAWCZY

 

- Jesteś nie do wytrzymania. Nie wiesz, co to są placki, takie do jedzenia?

- A, do jedzenia?... Czekaj… o ziemniaczane mu chodziło? Albo te folklorystyczne… no, jak im tam… proziaki?

- Kostka! Plac-ki! Słod-kie! Cias-ta! Czego nie rozumiesz?

- Aaa… ciasta! No to trzeba było tak od razu, a wy nic, tylko placki i placki, jedno i drugie, jakbyście się zmówili… To skąd ja miałam wiedzieć? Placki to placki, takie małe, płaskie i rozklepane.

- Ojejku, no, jaka ty jesteś zasadnicza. Tak się mówi, placki.

- Nie mówi się!

- Mówi!

- No to ja nie wiem, gdzie. Placki to placki, a ciasta to ciasta.

 

6. WĄTEK MATEMATYCZNY

 

- Dobrze… dobrze… Panie uzasadnią, że dla każdej liczby całkowitej ka liczba ka do potęgi szóstej minus dwa ka do potęgi czwartej plus ka do kwadratu jest podzielna przez trzydzieści sześć! Natychmiast!

- Najpierw trzeba przekształcić wyrażenie ka do potęgi szóstej minus dwa ka do potęgi czwartej plus ka do kwadratu do postaci… – zaczęła nieśmiało Ewelina i urwała nagle, skonsternowana.

 

7. WĄTEK OSTRY

 

- Dlaczego przede mną klękasz? – zapytała, podsuwając sukienkę coraz wyżej i obracając się w miejscu.

- Przed królową się klęka – zatrzymał ją i wtulił twarz w jej nogi, obejmując pod kolanami.

„Zabawne” – pomyślała. – „A nie chcesz mnie tak po prostu zerżnąć? No to zróbże to wreszcie!”

 

8. WĄTEK PRZYRODNICZY

 

- Co to jest?! – Kostka jak zahipnotyzowana wpatrywała się w obtłuczony garnek emaliowany stojący w ganku niedaleko drzwi.

Mzinka nachyliła się i zajrzała. Garnek mniej więcej do dwóch trzecich wysokości wypełniony był czymś, co wyglądało jak skóry z kurczaka lub flaki. Roiło się na nich od tłustego, białego robactwa.

- Twoja teściowa, jak widzę, zwierzątka domowe hoduje?

 

9. WĄTEK SMUTNY

 

Po twarzy Kaśki ciurkiem płynęły łzy, łącząc się w jeden strumyczek pod nosem i na ustach, a potem skapując z brody tuż obok durszlaka, gdzie utworzyła się niewielka kałuża. Część mokrej plamy stanowiła woda, której resztki spłynęły z owoców, część zaś zasilała łzami Kaśka. Od czasu do czasu wstrząsało nią spazmatyczne łkanie.

- Jedz te truskawki – odezwała się Kostka, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że gada głupio i bez sensu.

Czy truskawki mogą mieć jakiekolwiek znaczenie dla kobiety świeżo puszczonej w trąbę?

 

10. WĄTEK ZASKAKUJĄCY

 

- Ja tu już z panią Anną rozmawiał, to się rozliczymy później, byle tylko uszyła. Bo to na mnie wszystko krótkie jest. O i tak to jest. Ja już był wszędzie, ale tylko tutaj taką miłą panią znalazł żem, to tutaj przychodzę. Jakby tam co potrzeba było, to mówić, mama czy pani, gospodarka duża, to jaj mogę przywieźć, mleka od krowy albo placka jakiego dobrego…

- Moja mama też ma jaja – powiedziała Kulka, a przyjaciółka przeniosła na nią zaskoczone spojrzenie.

 

11. WĄTEK ŻENUJĄCY

 

- Mzinka, dlaczego się rozpłakałaś? – powiedziała Zofia ze szczerym niepokojem. – Pannie młodej nie wolno płakać na ślubie!

- A to dlaczego?

- Bo to zła wróżba. Małżeństwo będzie nieudane!

 

Koniec reklamy. No to czekajta, ludziska, na rozdział pierwszy.

14 stycznia 2022

4. Szprotki we włosach potargał wiatr…

 

Obiecałam wielu osobom wyjaśnić, skąd wziął się ten NIECO oryginalny tytuł. Otóż było tak:

 

Zadzwonili do drzwi.

- Wejść! – dobiegł ich słabo słyszalny okrzyk. Miś Mamusi[1] nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Za plecami Córuni Tatunia[2] szczęknęła ruszająca winda.

Niedbale wytarłszy obuwie w wycieraczkę leżącą przed drzwiami, weszli do przedpokoju. Na wprost nich stała otworem łazienka. Na tle czekoladowobrązowych płytek jaskrawą plamą odcinała się sylwetka Mamusi Misia[3]. Odziana w samą bieliznę, schylała się właśnie nad umywalką. Z pokoju po lewej stronie dobiegały hałaśliwe odgłosy jakiegoś programu telewizyjnego.

- Jezus, Maria, Mamusiu Misia, co ty masz na głowie?! – ryknął, przekrzykując telewizor, Miś Mamusi.

Zanim Córunia Tatunia, która w dekoracji zwieńczającej postać Mamusi Misia rozpoznała farbę do włosów, zdążyła coś powiedzieć, z pokoju odezwał się gromkim głosem Tatuś Córuni[4].

- Szprotki! – huknął.

Oniemieli.

- A – mruknęła Córunia Tatunia, zaglądając do pokoju z dziwną miną. – Wszystko jasne.

Tatuś Córuni trzymał przed sobą tacę pełną wędzonych szprotek.

- Pytaliście, co jem? – upewnił się. Jednocześnie z przedpokoju rozległa się triumfalna pieśń w wykonaniu Misia Mamusi.

- Szprotki we włosach potargał wiatr…

 

KURTYNA.



[1] Miś Mamusi – brat Córuni Tatunia

[2] Córunia Tatunia – Frau Be

[3] Mamusia Misia – Mamusia Misia Mamusi

[4] Tatuś Córuni – Tatuś Córuni Tatunia

08 stycznia 2022

3. Pojawiasz się i znikasz, i znikasz. Mam na twym punkcie bzika, mam bzika...

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o tym na samym starcie może wyglądać nieco dziwnie, ale nie mam wyjścia – mój stary blog nie istnieje. Trzy lata temu wysadziłam go znienacka, nie tłumacząc nikomu niczego, nie usprawiedliwiając się, nie żegnając się z czytelnikami, nie zostawiając go zawieszonego w internetowej próżni. Część spośród Was pozostała zdezorientowana, część oburzona tym postępkiem, jeszcze inna część czyniła mi wymówki, że w ogóle to zrobiłam.

Chciałabym, zanim pójdę dalej, coś wyjaśnić, przeprosić rozczarowanych, udobruchać urażonych moim zniknięciem bez pożegnania. Jego powodem była choroba, która potrafi udręczyć człowieka do spodu, odebrać mu wszystko i bywa bardziej śmiertelna od raka.

Jesteście ludźmi inteligentnymi, dlatego mogę – zamiast stosować łopatologię – posłużyć się własnym wierszem z tomiku 36 wariatek.

 

Wariatka nie widzi sensu

 

nagle znika

znów nie odbiera telefonów

nie odpowiada na esemesy

nie ma jej w pracy

ani na Facebooku

 

ciało

nie poddaje się jej woli

zespół katastrofy porannej

zwiastuje nowy problem

wstaje przekonana

że dziś znowu

stanie się zło

 

porażający smutek paraliżuje

wprowadza w marazm

samotna

skazana na porażkę

i przytłaczające statystyki

nie widzi sensu

 

jeszcze zmusza się do oddychania

ale na koniec

nie chce już żyć

 

P. S. A przy okazji nieco prywaty – gdyby ktoś był zainteresowany kupnem któregoś z moich tomików wierszy, to zapraszam.


06 stycznia 2022

04 stycznia 2022

1. Poszło w kibini mater

A było to tak:

Gdy chodziłam do liceum, czyli tak pi razy oko w czasach przed powstaniem węgla kamiennego, przyjaźniłam się z Blondynką, Blondynka zaś zaraz po studiach była uprzejma odnaleźć się w lepszym świecie „hameryckiego” snu. Należało zatem rozpocząć testowanie rozwiązań technologiczno-transportowych, oczywiście celem utrzymywania kontaktów towarzyskich.

Najpierw pisałyśmy do siebie tradycyjne listy, które – sądząc po tempie ich przesyłania – najprawdopodobniej samodzielnie pokonywały wpław Atlantyk, po czym pielgrzymowały na kolanach przez Europę. Tak czy siusiak, raz na parę miesięcy coś do kogoś docierało.

Kilka lat później przyszedł czas wspięcia się na wyższy poziom – sięgnięcie po tajniki Internetu. Korespondencja ożyła i szła jak ta lala, choć nie obywało się bez niejakich wtop. Z niewiadomych bowiem przyczyn adresy skrzynek polskiej i amerykańskiej okazywały się niekiedy niekompatybilne i od czasu do czasu coś do kogoś nie docierało. Może zresztą nie była to wina skrzynek, a Internetu i maile po prostu nie umiały pływać, więc spoczywają po dziś dzień na dnie oceanu.

Mimo to świat nie zatrzymał się w miejscu i sprezentował nam aplikację WhatsApp. O, ta to dała czadu! Można było klepać na bieżąco, nagrywać wiadomości głosowe, a nawet rozmawiać z udziałem Internetu i bez udziału dodatkowych pieniędzy. Inne komunikatory przez długi czas nie wchodziły w grę, bowiem jako jednostka aspołeczna i uczęszczająca własnonożnie wydeptanymi ścieżkami, unikałam jak ognia tej kapliczki szatana, jaką bez wątpienia są media społecznościowe. Pantera mi świadkiem!

Kolejne dwa lata dawna przyjaciółka Blondynka spędziła na usilnym a namolnym nagabywaniu mnie o założenie konta na Facebooku. Uległam w końcu przed przemocą i tyle pięknych lat zarzekania się jak żaba błota poszło w kibini mater.

Do dzisiaj nie zgłębiłam tajników tego portalu, jawiącego mi się jako chaos i masakra. Zasadniczo wciąż jaram się nim wybitnie niemrawo, czyli wcale. Dostrzegam w nim jedynie dwie cechy pozytywne i całe morze gnojówki. Skupmy się na pozytywach: nareszcie mogę dowolnie często kontaktować się z rodziną porozwalanej po ojczyźnie od Krakowa po Gdynię, a same kontakty są szybkie i nienastręczające problemów komunikacyjnych. Jednak to nie jest moje miejsce. Z blogów powstałam i w blog się obrócę. Amen.

Pierwszy i najważniejszy powód: tutaj jest zaciszniej, a ja cholernie nie lubię tłumów, zgiełku, bezhołowia i krwawej łaźni. Drugi – na Facebooku mam różnych znajomych i chociaż nie jestem ich kolekcjonerką, to niekoniecznie chcę przed każdym się uzewnętrzniać. Wystarczy powiedzieć, że wśród nich są np. moi współpracownicy płci obojej, przy czym ¾ populacji to dorodne okazy fałszywych gnid, donosicieli i kutafonów. Guzik im do tego, co piszę, jakie mam poglądy, czy wierzę w bogów olimpijskich i jak szybko osiągam orgazm. Moim ulubionym świętym jest święty Spokój (ora pro nobis!) i nie chcę, żeby mi się byle kto po blogu pałętał. To Was pokochałam i z Wami chcę obcować intelektualnie.

Matko, jak się wzruszyłam.

Alleluja i do przodu!

20 grudnia 2021

0. Post póbny

Ja jestem Frau Be - Wasza ulubienica, a to jest post próbny. Będzie się działo!!!