Ela i Basia
Ela studiowała w mieście, w którym mieszkała. Basia studiowała
poza domem. Ela była typową intelektualistką, podczas gdy Basia uczyła się
tak sobie. Rodzice sprzedali pole. Pieniądze dali Basi, kupiwszy jej uprzednio
kożuch. Ela marzła zimą w lichym płaszczyku. Po latach nawet scheda po
rodzicach została przez nich nierówno rozdysponowana, oczywiście na korzyść
Basi.
Stefa i Maryśka
Stefa
uczyła się w liceum, zdała maturę, studiowała, potem została nauczycielką
i dyrektorem szkoły. Dla Maryśki została szkoła zawodowa, w której
uczyła się krawiectwa, bo dla niej pieniędzy na naukę nie było. A szycia
w ogóle nie lubiła. Mimo to do końca życia pozostała krawcową. Jej marzenia
zostały zamordowane przez rodziców hołubiących Stefę.
-
Wiesz - zwierzyła mi się - mam straszne wyrzuty sumienia, bo ciągle mi się wydaje,
że kocham Natalkę bardziej niż Gabrysię.
Ewa
- Adaś
i Dorotka są w porządku, ale z Olą już nawet nie próbuję walczyć.
Przez to wszystko, co wyprawia, wydaje mi się, że ją kocham mniej niż
tamtych dwoje. Nie lubię jej.
A
według mnie Ewa hołubi Dorotę, jak żadnego z jej dzieci nie hołubiła. Obserwuję
to od narodzin Doroty po jej dorosłość.
Andrzej
Spośród
pięciorga dzieci to on był czarną owcą w rodzinie. Dlatego, że był zbyt wczesną
wpadką. Nie było wyzwiska, którego by nie usłyszał jako dziecko i później.
Nie było dnia bez awantury. Pozostała czwórka robiła, co chciała - zawsze
wszystko szło na jego konto. Cokolwiek się stało, było jego winą.
Nie
nadaję się na matkę-Polkę, więc po jednym dziecku podziękowałam za dalsze
rozmnażanie. Myślę, że nie potrafiłabym obdzielić dwojga (czy więcej) miłością
po równo.
Wielu
rodziców mówi potomstwu, że kochają
je tak samo, chociaż dzieci czują i wiedzą swoje. Jednemu przerywa się
ze zniecierpliwieniem, a drugie z uwagą wysłuchuje się do końca.
Jedno z nich słyszy, że "nie ma czasu na histerie", a drugie
ma prawo do słabości. Jedno obarczane jest zbyt ciężką do udźwignięcia odpowiedzialnością,
a drugiemu, będącemu tzw. "trudnym dzieckiem", dla świętego
spokoju we wszystkim się ustępuje. Jedno "zawsze da radę", a z drugiego
"nic nie będzie".
Trudny to temat, bolesny, wywołujący całą gamę emocji. Nasi rodzice nigdy nie dali nam odczuć, że któreś z nas kochają bardziej albo mniej. Dzięki temu i między nami nigdy nie było konfliktów. A jak to jest u Was? Czy macie tego rodzaju doświadczenia jako dzieci lub jako rodzice?



Jako jedynaczkami jednym dzieckiem trudno mi coś wnieść do dyskusji. Rodzeństwa bym sobie życzyła, całe życie właściwie, ale na więcej niż jedno dziecko też nie zdecydowałam się, tak więc trudno mi stawiać riszczenia pist morzem w kierunku rodziców. Jest jak jest.
OdpowiedzUsuńJak mama, czy ma inne leki?
Mama na razie wydobrzała i góry przenosi. Jazda będzie przez 5 dni po drugiej chemii.
UsuńJak to dobrze z mamą!
UsuńDobrze, czemu nie 😃. Ale w poniedziałek od początku kołomyja.
UsuńBylam/jestem jedynaczka, ale moim rodzicom nie wystarczalo milosci nawet dla jednego dziecka. Moze gdyby mieli wiecej, mialabym choc troche milosci od rodzenstwa. Sa ludzie, ktorzy NIGDY nie powinni miec dzieci. Ja sama mam troje, ale faktycznie niektore lubie bardziej, ale kocham wszystkie.
OdpowiedzUsuńAle tak ani ojciec, ani matka? Nic? Masz poczucie, że Cię nie kochali?
UsuńMam poczucie, ze zdecydowali sie na dziecko, bo tak wypadalo. Nie kochali mnie.
UsuńJedyna osoba, od ktorej mialam wiele milosci, to byla moja babcia.
Mózg mi wybucha, kiedy pomyślę, że "tak wypada" w kontekście posiadania potomstwa. Kurde, to do rodziców należy decyzja! Ale w Twoim wypadku dobrze, że "wypadało", bo inaczej by Cię nie było. Ja tam się cieszę, że jesteś.
UsuńJestem przydatna, wiec nie tylko Ty sie cieszysz.
UsuńAle ja się cieszę bezinteresownie 😍
UsuńMożna dzieci kochać tak samo mocno, ale uczucie jest już nieco inne - to tak jak w normalnym domu dziecko kocha tak samo mocno mamę i tatę, ale każde z rodziców inaczej.
OdpowiedzUsuńPS Mam siostrę, moja córka jest jedynaczką, ale z przyczyn życiowych, a nie dlatego, że nie chciałam mieć dwojga dzieci
UsuńOj, każdy ma prawo mieć tyle dzieci, ile chce albo ile może, z tego nie trzeba się tłumaczyć.
UsuńMam troje dzieci. Wydaje mi się, że kocham je tak samo, ale jedynie one mogłyby to potwierdzić lub zaprzeczyć.
OdpowiedzUsuńW takim razie nie masz dylematów, bo to chodzi o to, co siedzi w Tobie.
UsuńMam jedno dziecko, więc nie wiem czy kochałabym po równo.
OdpowiedzUsuńMam brata i myślałam, że rodzice traktowali nas równo, ale z jego listu do rodziców odnalezionego po latach wynikało, że on czuł inaczej.
Z moich obserwacji wynika, że nie ma jednak równego traktowania, tak w dzieciństwie, jak i później, choć rodzice twierdzą inaczej.
U mnie był ten komfort, że między nami jest duża różnica wieku i byliśmy jakby oddzielnie wychowywanymi dziećmi. Każde dostawało właściwą dla siebie porcję miłości.
UsuńNas było pięcioro (najstarsza siostra niestety nie żyje) i nigdy nie odczuwaliśmy "różnicy w miłości" ani faworyzowania. Uwielbiamy się i spotykamy często, również ich dzieciaki, które już mają dzieciaki. Mamy taką nieco włoską rodzinę - dużo gadania, jedzenia, wspólne gry i śmiech
OdpowiedzUsuńNo i bardzo fajnie!
UsuńJestem starszą córką. Wychowaną paskiem, zakazami, nakazami, strachem. Wychowywałam siostrę, której wszystko było wolno. Kocham ją nad życie, chociaż kiedyś tak nie było. Nie kocham i nie lubię za to swojej matki. Mam dwoje dzieci. Kocham oboje. Czy równo? Inaczej. Ale nie mierzę miłości. Staram się obojgu dać od siebie tyle ile mogę i ile one potrzebują. I nie chodzi o materialne rzeczy, a o uczucia, wsparcie, wysłuchanie. Bronię kiedy trzeba, opierdalam kiedy trzeba, wspieram, pomagam, dyskutuję, słucham i szanuję. Tym wyrażam miłość. Żartem, rozmową, byciem w zasięgu. Tak według mnie wygląda miłość. Nie faworyzuję żądnego z dzieci. Dzięki temu szanują mnie, mamy świetny kontakt. Czy mnie kochają? Zapewne. Ale ja zawsze powtarzam, że na miłość dzieci trzeba zasłużyć, bo ona nie jest obligatoryjna. I chyba zasługuję, bo oboje są otwarci i mamy świetny kontakt.
OdpowiedzUsuńTo, co napisałaś o wychowywaniu Ciebie jest okropne, jak Ty wyszłaś z tego na fajnego człowieka? Należy Ci się ode mnie 💖
UsuńW dodatku jesteś cudną matką, a co do miłości, mam podobne zdanie. Tak samo jak z szacunkiem i autorytetami.
UsuńJa nie utrzymuję żadnych relacji z moją "siostrą", ale nie wiem na ile to wynika z dzieciństwa, a na ile z tego, że ona jest zupełnie innym człowiekiem i to takim jakich po prostu nie trawię...
OdpowiedzUsuńTak, wiem o tym konflikcie. A jak postrzegasz postawę Twoich rodziców wobec tej skłóconej dwójki?
UsuńW tym momencie mam wrażenie że już się oswoili z tym, że nie utrzymujemy żadnych relacji. Zresztą jakie mają wyjście? Jesteśmy dorośli...
UsuńChodziło mi raczej o to, czy kogoś z Was wyróżniali albo wyróżniają.
UsuńNa pewno nie wyróżniali mnie. Zresztą podejrzewam że to właśnie totalnie pojebane dzieciństwo jest jednym z czynników tego co obecnie się ze mną dzieje.
UsuńTak, jeśli było porypane, to na pewno ma wpływ. To niesprawiedliwe, że ludzie wchodzą w życie z różnym kapitałem. Zresztą, co na tym świecie jest sprawiedliwe...
UsuńNiesprawiedliwe przede wszystkim jest to, że inni ludzie mogą nam tak porypać psychikę.
UsuńTak, to powinno być karalne. Może wtedy ludzie zastanawialiby się nad tym, co robią i co mówią.
UsuńZastanowili by się gdyby karma faktycznie wracała i spotkało ich to samo co robili innym.
UsuńKarma wraca, ale moim kotkom. Od czasu do czasu 😅
UsuńLuckowi też sie czasem zdarza, ale on potrafi i na łóżko sie zrzygać 😂
UsuńKarma wraca w dowolnym miejscu 🤣
UsuńI najczęściej w najgorszym z możliwych 😉
UsuńOj tam, żałujesz kotkom? 🐈
UsuńNie, ja jestem bardzo tolerancyjny jeśli chodzi o wybryki zwierząt. Wychodzę z założenia, że skoro zaprosiłem pod dach to powinny mieć takie same prawa jak domownicy 😉
UsuńI to jest postawa świadcząca o człowieczeństwie. Jesteś super!
UsuńDzięki. Więcej we mnie empatii i wyrozumiałości w stosunku do zwierząt niż do ludzi...🙄 Ale zwierzęta nie zjadły mi zdrowia...
UsuńPodobnie jak u mnie. Jest nas już dwoje, a podejrzewam, że znalazłoby się więcej takich osób.
UsuńByło nas czworo(jeden z braci niestety już nie żyje), między nami spore różnice wieku.Trudno mi ocenić czy byliśmy kochani tak samo, bo pewnie każde z nas ma własną ocenę. Dla mnie to był wspaniały dom, a rodzice wyprzedzali czasy, w których przypadło im żyć.
OdpowiedzUsuńMoje dzieciaki (2) kocham tak samo, chociaż na różnych etapach życia na pewno były różne relacje.
Kiedyś zrobiłyśmy sobie taki wieczór szczerości i okazało się, że wiele spraw trzeba było wyprostować, bo domyślać się, nie znaczy znać prawdę.To było nam potrzebne.
Nie wchodzę w ich życie, nie krytykuję, nie oceniam, nie doradzam nieproszona ale
zawsze mogą na mnie liczyć.
I wzajemnie:)
No i fajnie, bardzo dobrze, że tak jest 😊
UsuńNie miałam rodzeństwa, ale miałach dwóch synów. Moi rodzice upatrzyli sobie jednego z nich, kosztem moim i młodszego syna, czym skrzywdzili wszystkich, włącznie z beneficjentem. Zachowali się jak nieodpowiedzialni nastolatkowie, czego skutki ponosimy z młodszym do dziś. Nie byli złymi rodzicami, ale głupimi jak but z lewej nogi. Nawet dziś nie mogę myśleć o nich bez wkurwu.
OdpowiedzUsuńCzęsto bywa tak, że ludzie mają dobre intencje, a wychodzi... jak zwykle.
UsuńMoja teściowa mawiała, że rodzice są po to, żeby wychowywać dziecko, a dziadkowie po to, żeby psuli robotę rodziców. Coś w tym jest.
nie mam rodzeństwa niestety i stety...bo jak widać i na dwoje babka wróżyła ale zazdoszczę ludziom włoskich familii głośnych, wesołych spotkań, wspólnego gotowania, ,jeżdżenia na wyprawy...wakacje. nie z musu ale z czystej przyjemności.
OdpowiedzUsuńw temacie myślę, że jest tak jak w odwrotną stronę, jednego z rodziców bardziej... albo fcale...własnego dziecka można zwyczajnie nie lubić, bo jest kompletnie różne od nas...albo głupie jak but...bo intelogencje odziedzczyło po pradziadkach wieśniakach...Czy w rodzinę wpisany jest ten obwiązek ??
UsuńTeatru, mam taką rodzinę, tylko że jest nas już coraz mniej. Z najstarszego pokolenia zostali tylko mama, ciotka i wujek. Oni trzymają jeszcze wszystko w kupie, ale gdy poumierają, to reszta się rozleci, tak myślę.
UsuńJestem jedynaczką i bardzo się z tego cieszę. Patrząc z perspektywy półwiecza jestem prawie pewna, że moja mama nie udźwignęłaby sprawiedliwie sytuacji dwóch lub trzech pociech. A tak nie ma wyjścia :D Czasami też zauważam, że jeśli w rodzinie wielodzietnej ktoś mówi, że nie było faworyzowania, to prawdopodobnie właśnie on był tym faworyzowanym (na tej samej zasadzie rozgrywają się fabuły wspomnień z przemocą w szkole -- gdy ktoś twierdzi, że jego w klasie przemocy nie było, prawdopodobnie należał do grupki, która świetnie się bawiła cudzym kosztem).
OdpowiedzUsuńTo bardzo możliwe, spostrzeżenie psychologiczne nie od czapy.
UsuńZa stary jestem by przerabiać traumy z dzieciństwa. Rodzice wychowywali jak umieli, a uczyli się na błędach. Myślę, że była to dla mnie okazja, by uczyć się na ich błędach. Postanowiłem, że wielu nie popełnię. Na ile to się udało ?
OdpowiedzUsuńMówią, że do tanga trzeba dwojga. Nie zawsze teoria przekłada się na praktykę. Każde z moich dzieci inaczej reagowało na taki sam problem. jeden chłonął wszystko drugi budował wokół siebie mur, Jak więc może być równo? Nie może.
Możliwe, że nie może. Ale u nas było po równo, ani ja, ani brat nie czuliśmy się nigdy odstawieni na bocznicę albo faworyzowani kosztem drugiego.
UsuńWitaj prawdziwą zimą
OdpowiedzUsuńJestem starszą siostrą. Rodzice raczej traktowali nas równo. Jednak czasem wydawało się nam, że tak nie jest. Ale to tylko w takich "śmiesznych" sytuacjach. Brat np. mówił, że mama bardziej mnie kocha, bo dostałam na obiad mniejszy kawałek mięsa;))))
Dobrze, że mam brata, chociaż byliśmy i nadal jesteśmy różni...
Życzę Ci wielu słonecznych dni
Dbaj o siebie
Dbam o siebie, bo muszę dbać o mamę.
UsuńCałusy! 💝
Większość ludzi chciałoby uchodzić za sprawiedliwych, zwłaszcza jeśli mówimy o rodzicach i ich stosunku do własnych dzieci, ale mało kto taki jest. Nie mówię, że takich osób nie ma, ale tam gdzie wchodzą emocje, tam usypiany jest rozum, a czyż miłość do dzieci nie jest wyższym stanem emocjonalnym? Niby na korzyść rodziców działa fakt, że "nierówne" traktowanie nie oznacza "niesprawiedliwego" traktowania, bo jak to zmierzyć, skoro różne są potrzeby dzieci w różnym wieku, a czasy i warunki się zmieniają, więc nawet jeśli poczekamy kilka lat, żeby dziecko młodsze osiągnęło wiek starszego brata/ starszej siostry, to nie da się porównać traktowania, ze względu na zmianę warunków. Napisałem "NIBY", ponieważ taki kamuflaż daje niesprawiedliwym rodzicom alibi i czują się tak bezkarnie, że im się zdaje, że mogą wszystko, więc zaczynają przeginać. Tymczasem są pewne granice, za którymi jeśli nie wszystko, to wiele staje się jasne. Jeśli rodzice do jednego dziecka zwracają się z pogardą, a do drugiego wyrażając podziw, to takie rzeczy widać. Podobnie jest w kwestiach wsparcia finansowego.
OdpowiedzUsuńMnie samemu ciężko jest ustalić skalę niesprawiedliwości u moich rodziców, bo żyłem w czasach dynamicznych zmian ustrojowo-majętnościowych w Polsce, a poza tym gdy zacząłem wchodzić w okres dojrzewania, bardzo szybko moim marzeniem stało się mieć jak najmniej wspólnego z rodzicami, mieszkać od nich jak najdalej i nie prosić ich o nic. Ponieważ szybko się od nich zawinąłem, nie miałem możliwości obserwować tego, jak traktują resztę rodzeństwa, nie miałem pełnego materiału porównawczego, choć zdaję sobie sprawę, że przez wiele lat byłem czarną owcą, a drugi z kolei brat był dumą i oczkiem w głowie, a potem nagle wszystko się zmieniło, bo okazało się, że to ja sobie wiodę spokojne życie z moją żoną, a brat narobił takich kłopotów, że gdyby nawet nimi po równo obłożył całą naszą czwórkę rodzeństwa i obydwoje rodziców, to i tak byłoby to dużo za dużo, by uznać to za stan spokoju. W związku z tym próbowali wszystko odkręcać i udawać, że sytuacja między nami była dawno i nieprawda, ale ze mną i to nie przeszło, bo to się zdarzyło naprawdę, przyczyny nie ustały i nie usłyszałem zasranego "przepraszam za to i za to". Nie ma wybaczenia bez rachunku sumienia.
Rozumiem i z jednej strony przykro mi ze względu na Twoje "czarnoowiectwo", a z drugiej zachwyca mnie, jak cudnie żyjesz z Żoną. Tak myślę, że być może powodem, dla którego Twój hołubiony brat popadł w kłopoty, jest właśnie postawa rodziców. Tym hołubionym wydaje się, że wszystko ujdzie im na sucho, nie tylko w domu, ale i (może i głównie) poza nim.
UsuńOn nie był rozpieszczany, on katorożniczą pracą wymusił odpieprzenie się od jego sposobu życia. Tylko że ta praca zbytnio go obciążyła. Ledwo się pozbierał, ale stanął na nogi i znów zawodowo zaszedł wysoko i teraz tylko jest pytanie, czy dba o siebie. Twierdzi, że tak.
UsuńAaa, chyba że tak. Źle zrozumiałam Twój poprzedni komentarz. Brat powinien bardzo dbać o siebie, bo długotrwały stres związany z konkretnymi problemami bije w organizm.
UsuńWidzę, że bycie jedynakiem ma swoje dobre strony 😀!
OdpowiedzUsuńMa. Ja byłam jedynaczką bardzo długo i nie powiem, dobrze mi z tym było. Ale pojawienie się rodzeństwa niczego nie zmieniło. Było i jest OK 🙂
UsuńMoja wiedza na temat dynamiki w rodzinach wielodzietnych pochodzi głównie z serialu „The Simpsons”.
Usuń😅 Zawsze to coś 😅
UsuńMam starszego brata. I z pewnością byłam bardziej rozpieszczona przez rodziców, A to z tragicznej przyczyny, że stracili przede mną małą córeczkę. Ja przez całe życie idę z myślą, że mi się wszystko należy i źle znosiłam niepowodzenia, a nawet ze zdziwieniem, ale jak to?
OdpowiedzUsuńBrat natomiast był niesłychanie ambitny, straszony przez rodziców, że jeśli nie będzie się uczył, to coś tam. To się uczył i wyrósł na wybitną osobowość. Ja też dobrze się uczyłam, ale lubiłam korzystać z tego lepszego traktowania. Pozwalano mi na więcej. Znaczy jakieś wyjazdy, swój pokój czy lepsze ciuchy. Ale też rodzicom lepiej się powodziło gdy ja byłam nastolatką .
Ze swoimi dziećmi postąpiłam identycznie 🤣 a teraz to idzie na wnuczęta. Córka , która ma dwoje dzieci wyraźnie faworyzuje jedno. Córki moje wyrosły na fajne kobiety, ani zaszkodziło, ani pomogło im to różne traktowanie. W razie problemów, a wystąpiły z nimi, jednakowo im pomagałam. Teraz mi mówią że fajnie ich wychowałam, bo ojciec ich zmarł, gdy miały 17-22 lata. Mają bardzo dobry kontakt ze swoim "ojczymem", bo on sam zachowuje się jak dziecko, taki Piotruś pan. Wnuczęta też go bardzo lubią.
Piotruś Pan źle mi się kojarzy, z nieodpowiedzialnym, wiecznym chłopcem, który wiedzie życie lekkoducha cudzym kosztem. Twój mąż chyba taki nie jest, w końcu go wybrałaś i zgodziłaś się być jego żoną 😊
UsuńWieczny chłopiec, nieznośna lekkość bytu jak go nazywam, ale tylko swoim kosztem 🤣 to mi bardzo imponowało i podobało się, gdy byłam zapraszana do tego świata na wiele atrakcyjnych wakacji. Znakomita odskocznia od swojej wiecznej odpowiedzialności za pracę dom dzieci umierających rodziców i innych członków rodziny. Inny świat, gdy używa się tylko obcego języka i mieszka w zupełnie odmiennym otoczeniu. Takie cechy lekkoducha są bardzo pociągające, zabawne jak w filmowej bajce.
UsuńWracam czasami do tamtych lat na blogu The Wilson in the midi.
A potem koty wygrały ze mną 🤣 reasumując krótko 🤣
Koty rządzą światem i nie waż się myśleć, że jest inaczej! 🤣
UsuńZnam jednego takiego nieznośnie lekkiego Piotrusia Pana. Można by spisać o tej jego lekkości tomy, ale nie będę sobie szargała nerwów 😅
Pogadamy gdy się spotkamy.🤔
UsuńO ile się spotkamy, bo od niedzieli wieczorem zaczynam powtórkę z rozrywki: wracam do mamy i w poniedziałek odwożę ją do szpitala na kolejną chemię, po czym od nowa zacznie się kołomyja.
UsuńJa kombinowałem jak mogłem, żeby nie zapieprzać w gospodarstwie. Żona jednak dla pasienia krów musiała zrezygnować z kształcenia. Ot życie!
OdpowiedzUsuńCiężkie życie, dodam. Ale... pasienie krów? To krowy nie pasą się same?!
UsuńTak to jest, jak się jedno kocha kosztem drugiego. Ja w swojej rodzinie jestem jedynym jedynakiem i od zawsze tego żałuje. Ale rekompensuje to sobie bliskimi przyjaciółmi, którzy są dla mnie jak rodzeństwo, chociaż mieszkają w różnych częściach Polski.
OdpowiedzUsuńMoja córka, tak jak Ty, też jest jedynaczką i też ma przyjaciół porozrzucanych po całej Polsce. Ciągle gdzieś się spotykają, a na co dzień rozmawiają wieczorami przez słuchawki.
UsuńBardzo ciekawe zagadnienie.
OdpowiedzUsuńW kwestii własnych dzieci się nie wypowiem, bo mam jedną córkę.
Natomiast w moim rodzinnym domu funkcjonowałam z młodszym o 4 lata bratem, który w moim cieniu czerpał z życia pełnymi garściami, w przeciwieństwie do mnie. Jako dziecko nie był odpowiedzialny za nic, to ja byłam tą, która zbierała razy zarówno za własne, jak i za jego wybryki. Byłam jego opiekunką i "pilnowaczką", a on sobie spokojnie egzystował w moim cieniu. Klapsy zbierałam za niego, dopóki nie podrósł solidnie i samodzielnie nie pokazał rodzicom na co go stać. Ale i tak, nawet wtedy był tym ukochanym synkiem, któremu wybaczało się wszystko. A ja? No cóż... Często zdarzało mi się słyszeć wymówki, kiedy zamiast obowiązkowej piątki, przyniosłam czwórkę z plusem? :) Tak że tego... Żal do tej sytuacji jakoś trudno mi z siebie wyplenić :(
Oj, wierzę, choć nigdy nie zrozumiem, jak można tak postępować z własnymi dziećmi i kiedy te "lepsze" stają się "lepszymi", a "gorsze" "gorszymi". Jaki to jest mechanizm? Dlaczego tak się dzieje? Co powoduje rodzicami? Mogę tylko obserwować to z boku, ale nie rozumiem.
UsuńByło i jest nas troje, ja jedyna dziewczyna w środeczku, na pewno byłam ukochaną córeczką taty, ale nie był w swej miłości wszechobecny bo był często nieobecny będąc spolecznikiem zawsze coś mając do załatwienia, zorganizowania, etc...ale podobnii tylko mnie zmieniał pieluszki, tylko ze mną a nie z braćmi, pojechał do Warszawy by mi towarzyszyć kiedy zdawałam na studia...Mama preferowała najmłodszego, był wyjątkowo ślicznym dzieckiem najbardziej do niej podobny fizycznie, jak widać najbardziej musiał odczuć te róznice starszy brat, podobno kiedyś moi bracia gdzieś tam pozwolili sobe na ekscesy alkoholowe i kiedy wrócili do domu starszy rzucił młodszym pod nogi mamy i wykrzyczał..masz tu swego syneczka....ale muszę przyznać, że te tóznice nie wpłynęły na nasze relacje jako rodzeństwo, teraz jedno za drugiego dałoby się pokroić.
OdpowiedzUsuńJa z kolei mam dwie córki, wydawałoby sie, że kocham je jednakowo ale niektórzy twierdzą,że faworyzuję tę młodszą, pewnie mamy bardziej podobne charaktery bo ona jest bardziej do mnie podobna i fizycznie a przede wszystkim ma dużo z mego charakteru. Starsza corka jest życiowo bardziej niezaradna ale kiedy dochodzi do mocnych sytuacji reaguje impulsywnie i działa ...obie z młodszą córką roztaczamy nad nią opiekuńcze skrzydła, siostry bardzo się kochają z czego bardzo się cieszę...
chyba jest nieźle
Wygląda na to, że tak, jest nieźle 😉
UsuńTeż pomyślałam o tym starszym bracie, chyba czuł się bardzo nieciekawie. Nie wiem, co zrobiłabym w takiej sytuacji. Nie miałam takiego problemu i nie miał go mój brat. To optymalna sytuacja. Co prawda dzisiaj sobie dogryzamy "Córunią Tatunia" i "Misiem Mamusi", ale to wszystko na żarty.
Wow… czytając to, od razu czuję, jak trudny i bolesny jest ten temat. Widać, że nawet jeśli rodzice twierdzą, że kochają wszystkie dzieci tak samo, dzieci czują swoją „miarę miłości” – kto ma więcej uwagi, wsparcia, przywilejów, a kto cięższe oczekiwania.
OdpowiedzUsuńU mnie w rodzinie też były takie nierówności – nikt nie mówił wprost, ale czuło się, że jedno dziecko jest „faworyzowane”, a drugie zawsze musi dać radę. I chociaż trudno to przyznać, te doświadczenia zostają na całe życie.
Twoje historie pokazują, że bycie rodzicem to nie tylko dzielenie sprawiedliwie, ale świadomość, jak nasze słowa i czyny wpływają na poczucie własnej wartości dziecka.
Pozdrawiam i serdeczności ślę.
Właśnie ten brak świadomości, jak bardzo można skrzywdzić dziecko na całe życie, jest przyczyną niesprawiedliwego obdzielania miłością dzieci. No i zwyczajna głupota, że o patologii nie wspomnę.
UsuńEla i Basia, to prawie jak Bela i Asia - takie moje nieszkodliwe (mam nadzieję) zboczenie.
OdpowiedzUsuńnie ma reguły, ale jedynaki chowają się gorzej, brakuje im towarzystwa do zabawy, a i egoizm samotników wydaje się być większy, choć nie wiem, czy to wada, czy zaleta.
Byłam jedynaczką na tyle długo, że oboje - mój braciszek i ja - jesteśmy rodzonymi jedynakami. Raczej nie zeszliśmy na złą drogę.
UsuńTwój tekst bardzo mocno uderza w sedno rodzinnych nierówności i subtelnych faworyzowań, które – choć czasem nieuświadomione – potrafią zostawić trwałe ślady w psychice dzieci. Czytając te historie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „różnica robi różnicę” nie tylko w sensie materialnym, ale przede wszystkim emocjonalnym. To, jak dziecko czuje się zauważone, wysłuchane czy docenione, zostaje z nim na całe życie, niezależnie od tego, ile równości deklarują rodzice słowem.
OdpowiedzUsuńCiekawi mnie też wątek autokomentarza – przyznanie się, że nie potrafiłaby Pani dzielić miłości w równy sposób – pokazuje dużą świadomość własnych ograniczeń i jednocześnie szczerość wobec siebie, co w tym wszystkim wydaje się rzadkie. Nie jest to łatwe ani komfortowe, ale właśnie dzięki takim refleksjom można lepiej zrozumieć, dlaczego w rodzinach pojawiają się konflikty i napięcia, nawet jeśli z pozoru wszystko wygląda „normalnie”.
Andrzeju, nie "paniuj" mi :)
UsuńNie wiem, jak byłoby rzeczywiście, ale tak sobie wyobrażam, że nie potrafiłabym kochać swoich dzieci po równo. No ale nie rozmnażam się na potęgę, więc mam tylko jedno dziecko i nie zbadałam problemu empirycznie.
Faworyzowanie na pewno pozostawia ślady w psychice dzieci, przede wszystkim tego mniej kochanego, ale bywa, że i tego faworyzowanego. Sytuacje są bardzo indywidualne. W każdym razie może zaważyć nawet na przyszłości dziecka.
A wiesz.. kiedyś powiedziałam, że też chciałabym jedno dziecko. Bo bałabym się, że nie będę umiała to drugie kochać tak samo. Albo, że zaczęłabym faworyzować. No jednak natura zdecydowała za mnie. Nie mam żadnego. Nie mam się o co martwić.
OdpowiedzUsuńCo do rodzeństwa. Bywało różnie, tato miał swojego pupilka w jednym z moich braci. Mama jakoś nigdy nie okazywała, że które z nas jest lepsze lub ma słabość do jednego z nas. Nie wiem, nie przypominam sobie.
Znam rodziny, gdzie matki były zazdrosne o swoje córki, bo ich uroda przeminęła, a tu córka rośnie piękna i jakaś dziwna zazdrość się odezwała. Było to dla mnie ogromnym szokiem. Niestety i takie rzeczy się dzieją..
Teraz ja jestem w szoku. Jak można?! Ja jestem brzydka, moja córka jest ładna i ja się z tego cieszę. Bycie zazdrosną o urodę córki to jakiś rodzaj patologii.
UsuńWiem, dla mnie też, jednak to jest naprawdę możliwe i znam kilka przypadków...
UsuńWierzę, nie ma przecież takiej patologii, której człowiek by nie wymyślił.
UsuńRodzicielstwo to wielka odpowiedzialność za drugiego człowieka. Nikt z nas nie rodzi się "matką-Polką" ani też gotowym rodzicem. Nikt nie uczy nas jak być dobrym rodzicem. To, co wyniesie się z domu, z rodzinnych zwyczajów i tradycji - to bagaż doświadczeń, który człowiek za sobą ciągnie. Dojrzałość do bycia odpowiedzialnym - to coś, co się ma, ale też można się tego nauczyć.
OdpowiedzUsuńKażde dziecko jest inne i na pewno wymaga nieco innego podejścia. To trudny temat. Mnie się też wydawało, że traktuję dzieci jednakowo i tak samo kocham, a wyszło inaczej.
Indywidualne pojęcie to zupełnie coś innego niż miłość.
Usuń