Poryczałam się o poranku. Mniejsza o przyczynę,
możemy np. przyjąć na potrzebę tego tekstu, że to z powodu poniedziałku.
Pękła we mnie jakaś tama i jak się uruchomiłam,
tak nie mogę przestać wyć. W pracy musiałam nad sobą mniej więcej
panować, ale i tak chodzę z króliczymi oczami i szlarami wokół
nich. Nie podoba mi się, że doszło do tego w poniedziałek, bo
popularne porzekadło głosi, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. No ale nie jesteśmy
przesądni.
No więc – ryczę. Ryczę jak trąba jerychońska, a smutek
i rozżalenie wypychają ze mnie wilgoć przez oczy. Do nowych dochodzą
stare i przewlekłe żale. Wychodzą wszystkimi tkankami, wypełzają z najciemniejszych
głębin serca, a ja szlocham na akord.
Gdy byłam jeszcze w podstawówce, mój pierwszy chłopak
dokuczył pewnego razu naszej koleżance z klasy.
- Widzisz, co narobiłeś? Teraz przez ciebie płacze – szturchnęłam go.
- To niech płacze – wypalił. – Będzie mniej sikać.
To ja chyba nie będę sikać przez cały tydzień.
