28 grudnia 2025

210. Poświąteczny teatr absurdu

Koniecznie powiększcie to zdjęcie 🙃
Moje Dzieciątko raz na jakiś czas doznaje olśnienia i wpada na genialne pomysły (geniusz po mamusi oczywiście). Poświątecznymi czasy zobaczyła w Internecie jakąś cienką dziunię gnącą się w kibici i machającą odnóżami. No to Dzieciątko też pomacha, bo przecież w święta się jadło (tak, jakby nie jadło się na co dzień!).

Cienka dziunia

Po pierwszym pomachaniu wyjrzało Dziecię z pokoju (miało lekką zadyszkę, czy mi się przywidziało?), obrzuciło mnie krytycznym wzrokiem i zapodało: „Matka, tobie też by się przydało poruszać. Podrzucę ci linki. To łatwe”.

Aha. Łatwe. No to odpaliłam Youtube’a w nadziei na ćwiczenia w rodzaju tych z pierwszej fotografii. Patrzę, a tu dziewczątko w legginsach włożonych na patyczkowate nóżki podskakuje jak sprężynka. No dobra, proste, tak to i ja mogę. Phi, co to dla mnie!

Z tym, że jedynym wspólnym elementem patyczkonogiej i moim było to, że mamy podłogę. Ona czystą, ja – pełną kurzu, śmieci i kocich kłaków. Ale cóż, mam materac, mam zapał… Okazało się tylko, że powierzchnię mam mniejszą niż średnia łazienka w Merkurym Markecie, dlatego każdy ruch wymagał ode mnie precyzji neurochirurga. Robiąc wykrok, upierdzieliłam się w kolano, waląc nim w kant biurka. Próbując robić pajacyki, rękami siepałam w lampę. Pompki pominęłam, przewijając filmik do przodu. „Planki”. Co to, k***, jest?! Obejrzałam w Internecie. Opadłam na materac jak na łóżko. To nic, bo i tak po dwóch minutach galerniczego wysiłku mój zapał jakby nieco przygasł. Do tego wyszło na to, że wyciągnięty z takim trudem z otchłani szafy w przedpokoju materac to własność... Fanty. Usiadła na amen, a trzeba wiedzieć, że gdy Fanta siedzi, to SIEDZI. Całą sobą. Wymownie, z godnością osobistą, po królewsku. Kot nie do ruszenia.

Zgodnie z komendą wydaną przez patyczaka, położyłam się (obok kota). Przy okazji, kładąc się, dostałam po gębie ogonem. Zaraz potem przebiegła po mnie Niffty, po czym na dobicie Charlie radośnie wskoczyła mi na brzuch i ułożyła się do snu. Gwiazdką w stronę mojej twarzy, a jakże.

Zanim pozbyłam się kotów, padły kolejne komendy. Poczucie winy z powodu nierobienia niewykonalnych dla mnie „planków” odsunęłam usprawiedliwieniem: „Kotki mi nie pozwoliły.”

Zapowiedź niejakich „dipów” podkopała we mnie ducha walki. Dip to w ogóle chyba jakiś sos...? Na wszelki wypadek obejrzałam. Aha. No to dla spokoju sumienia ustawiłam dwa krzesła i przystąpiłam do wykonania ćwiczenia, a tak konkretniej to do próby jego wykonania. Jedno krzesło zaskrzypiało niepokojąco jak Titanic przed zatonięciem, drugie po prostu odjechało z potwornym zgrzytem, ja natomiast wylądowałam na podłodze. Dlaczego mnie to nie zdziwiło?

Po obolałym odwłoku przyszła pora na hantle. Przytargałam z kuchni dwie półtoralitrowe butelki z wodą mineralną (podwójnie gazowaną!). Trochę niepełne, ale co tam! Jak się okazało, prawdziwym wyzwaniem nie były butelkohantle, tylko plątanina kabli, która podstępnie wychynęła zza biurka i oplotła moją prawą nogę niczym zawodowy boa dusiciel.

A tu tymczasem przyszła kolej na „burpees”. Wszechświat mi świadkiem – obejrzałam i próbowałam. W efekcie mój oddech brzmiał jak stary odkurzacz, a sąsiadka z dołu pewnie doszła do wniosku, że odbywa się u mnie mecz sumo. Tętno wywaliło mi w kosmos.

Nareszcie przyszła pora na coś ewidentnie dla mnie: „Połóż się wygodnie i rozluźnij się”. Ponieważ materac w całości opanowały kotki, które pozasypiały z prędkością światła, położyłam się na moim ukochanym łóżku. Właśnie próbowałam uspokoić zadyszkę, kiedy butelkohantle z hukiem wylądowały na podłodze, ponieważ Niffty już się obudziła i chyba chciała sprawdzić, czy osiągnęłam stan zen.

Najwyraźniej największą próbą okazało się przeżycie tego fitnessu w jednym kawałku i uratowanie życia. Naszła mnie myśl niemal filozoficzna, że ten cały fitness to test charakteru, samozaparcia i odporności psychofizycznej. Kto przeżyje jeden trening bez złamania kręgosłupa, może stanąć na podium zrobionym z taboretu.

Nie, nie, nie, moi drodzy. Nigdy więcej! Na szczęście na drodze do kolejnego treningu stoją mi ciasnota, podłoga, przewody elektryczne, przedłużacze, krzesła i trzy koty. To dość, żeby wyszedł z tego teatr absurdu. I tego się trzymam.

Nigdy więcej!

78 komentarzy:

  1. Czy na tym zdjeciu to Ty i koty Twoje??? Prosze mniej patyczakow i turlajacych sie niewiast z poprzednich wiekow, a wiecej kotow. Poza tym polecam zapisac sie na silownie, bo 1. jest tam wiecej przyrzadow i wiecej miejsca, 2. nie ma tam przeszkadzajacych kotow, 3. czasem trafia sie obiekt, na ktorym mozna z przyjemnoscia oko zawiesic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę chodzić na siłownię ze względu na stawy, konsultowałam to z lekarzem. Łokcia tenisisty nabawiłam się, właśnie chodząc na siłkę.

      Usuń
    2. Aha, nie, to fotka, którą zrobiłam w AI, starając się, żeby mniej więcej się zgadzały z realem. A jeżeli ma być więcej kotów, to przyjmuję zamówienie 😃

      Usuń
  2. nie wiem, jak to jest, ale taki instruktaż z neta nigdy nie kończy się dobrze, znaczy zgodnie z oczekiwaniami... pamiętam, jak kiedyś zajrzałem do znajomej, a ona coś pichciła z telewizji, takie "gotowanie na ekranie" akurat szło... właściwie to już kończyła robotę, więc pomyślałem, że poczekam i może mnie ugości... ona tak co chwila wygląda z kuchni, żeby rzucić okiem na ten ekran, czy wszystko się zgadza... w końcu nastąpił wielki finał: kobitka na ekranie wcina coś, nawet fajnie wyglądało, a ja po chwili otrzymałem pełną michę... ale to zupełnie inaczej wyglądało, nic jednak nie mówię, dają to biorę... dziubnąłem widelcem, spróbowałem, a potem spytałem: "a tak w ogóle, to masz może coś do jedzenia?"... nie była zachwycona tym pytaniem, ale gdy sama spróbowała, to zabrała mi tą michę, dała parę groszy i wysłała na dół po jakieś zapiekanki, czy cuś, akurat był taki kiosk pod domem...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezła historia, uśmiałam się jak głupia 🤣 Niestety, instruktaż na żywo, tj. w prawdziwej siłowni skończył się w momencie, kiedy lekarz mi uświadomił, że z moimi stawami to samobójstwo.

      Usuń
    2. to jest jeszcze kwestia, co się chce na tej siłowni robić, jaki jest sprzęt, jakie możliwości... jaki jest też nasz priorytet: dopakować mięśnie, czy spalić nadmiar tłuszczu?... jedno, jak i drugie wymaga innego postępowania, innych ćwiczeń... po prostu nie ma czegoś takiego, jak "zunifikowany trening na siłowni i chuj", a z tego wyciąganie opacznego wniosku, że wizyta na siłce to śmierć stawom... codzienne, przeciętne życie, takie bez jakiejś ciężkiej pracy fizycznej, też niszczy stawy... tak więc tak ogólnikową opinię lekarza można sobie wsadzić w rzyć, tak, jakby nic nie powiedział...
      po rzetelną opinię idziemy do dobrego instruktora, który ma przy okazji pewne pojęcie o rehabilitacji /takiej "wiedźmy Kaśki" z moich opowiadań - one naprawdę istnieją, nie są tylko fikcją literacką/, a z nią omawiamy sobie, o co nam tak naprawdę chodzi, co nam wolno ćwiczyć, a co nie wolno, a przy okazji też, co nam wolno w życiu codziennym, bo to też jest istotne, może nawet bardziej... razem z nią robimy wtedy jakiś plan na dłuższy dystans... jednorazowe ćwiczebne zrywy, tak jak w Twojej opowieści kończą się przeważnie tak, jak w... jak w Twojej opowieści, a czasem nawet smutniej, niż śmieszniej...

      Usuń
    3. Ja mam problemy ze stawami, bo mam zwyrodnienia. Łokcia tenisisty nabawiłam się w ciągu trzech miesięcy właśnie na siłce, mimo że miałam tego trenera, czy jak mu tam.

      Usuń
    4. problemy ze stawami zawsze mają jakieś powody, na przykład zwyrodnienia... za to zwyrodnienia mają z kolei swoje powody, ale tego nie ma już sensu drążyć... aczkolwiek na swój sposób jest to ciekawe, bo czasem powodem bywa błędne ćwiczenie w przeszłości... ale do celów praktycznych raczej nieprzydatne...

      Usuń
    5. Moje zwyrodnienia są dziedziczne, zarówno po mamie, jak i po tacie (przede wszystkim).

      Usuń
    6. Mnie lekarz zabronił jakiejkolwiek aktywności i powiedział, że po trzydziestce będę pchała balkonik. ;)

      Usuń
    7. No i git, balkonik dobra rzecz :))

      Usuń
  3. Ha ha ha! I tak wytrzymałaś długo. Nie to, co ja, gdy wyszłam pobiegać. No tak od klatki do końca bloku... i wróciłam do domu udając, że to nie byłam ja.
    Nigdy więcej, godności trzeba i szacunku dla samej siebie, kurde!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajest! Jeżeli nawet nikt nas nie szanuje, to same musimy się uszanować 😃

      Usuń
  4. To ja pozostanę przy tarzaniu... Dla bezpieczeństwa- na łóżku, nie będę ryzykować na podłodze (dwa koty, pedantyzm minus osiem). Ale podziwiam Twoją wytrwałość, odpadłabym już przy podskokach :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, siostro w pedanterii! Moja wynosi tyle samo 🤣
      Moja wytrwałość wzięła się z przymusu, obiecałam Dzieciątku przelecieć całość 😂.

      Usuń
  5. Właśnie byłam w trakcie zamieszczania tekstu na Sylwestra, gdy dostrzegłam, że zamieściłaś post. Ponieważ u mnie na podglądzie każdy akapit inną czcionką był wpisany, zaczęłam ujednolicać tekst i dupa. Postanowiłam przeczytać Twoją notkę. Nie było zdania, żebym nie ryczała ze śmiechu. O tuszy i witaniu się z podłogą, napiszę po nowym roku. Dziękuję, że zadałaś sobie trud rozwiązania jako jedyna szarady. życzę szampana na Sylwestra i dużo snu w pierwszy dzień nowego roku. Pozdrowienia dla Dzieciątka i Mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Iwonko! Jeżeli masz problem z ujednoliceniem czcionki, to podam Ci wskazówki w mailu, tylko nieco później, bo muszę zaraz jechać z mamą do szpitala, a potem na własne zabiegi.

      Usuń
  6. Tarzanie, absolutnie najlepsze jest tarzanie.
    Mam nadzieję dzisiaj wytarzać się w piasku na plaży (zapowiedzieli 34C).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam: tylko tarzanie! Zazdroszczę Ci możliwości wytarzania się na plaży, to są najlepsze miejsca na świecie!

      Usuń
  7. Mam wrażenie, że ten cały fitness sprawdza się u osób już szczupłych i wygimnastykowanych, a dla reszty to zwykła udręka i przyczynek do frustracji... Lepiej poszukać mniej męczących sposobów na zrzucenie kalorii, jak choćby zwykły spacer 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na spacery chodzimy zawzięcie. Jeszcze lepsze byłoby turlanie z pierwszego zdjęcia. Preferuję turlanie się po łóżku 🤣

      Usuń
    2. Turlanie tak, ale już jakieś głębsze skłony czy rozciągnięcia mogły by się dla nas skończyć tragicznie 😅

      Usuń
    3. Na razie chodzę na zabiegi, bo potwornie boli mnie bark. Po trzech zastrzykach sterydowych w staw, które mi robił ortopeda, odczułam dużą ulgę, ale ten ból w środku, już mniejszy, ciągle odczuwam. Nie będę zatem więcej ryzykować połamania kręgosłupa 🤣

      Usuń
    4. Jesteś świetnym przykładem na to, że nadmierna aktywność prowadzi do katastrofy 😉 Niech sobie fitnessy wyprawiają internetowe celebrytki. Im już nic nie zaszkodzi 😅

      Usuń
    5. Z całą pewnością nie zaszkodzi 🤣 Pierdziuńkam fitnessy, niech się bujają inni.

      Usuń
    6. Poza tym tych kalorii w święta nie było znowu tyle, by nie dać się im w spokoju odłożyć na boczkach 😉

      Usuń
    7. Nie było, poza tym jest zima i jakąś tkankę grzewczą trzeba mieć 😅

      Usuń
    8. Pewnie że tak. Chuderlaki marzną najbardziej 😂

      Usuń
    9. Otóż to. Moja koleżanka przypominająca kościotrupa nawet w lecie jest opatulona po zęby, bo jej zimno.

      Usuń
  8. Próbowałam kiedyś prostych ćwiczeń z krzesełkiem. Skończyło się na dobrych chęciach bodajże po dwóch dniach.
    A zdjęcie z kotami świetne!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, zdjęcie to nie jest prawdziwe, zrobiłam je za pomocą AI, ale dbając o to, żeby zgadzało się z rzeczywistością jak najwięcej szczegółów..

      Usuń
  9. Ja pozostaję przy głaskaniu Puszka. To też ruch. A jaki przyjemny😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie by się przydała trzecia ręka, bo mam trójkę do wymiziania 😃

      Usuń
  10. Jak byłam piękna i młoda tez próbowałam , teraz to mi może dysk wylecieć, a pokoje niby dość duże, ale mebli nie wyrzucę. Córka znajomej kupiła nawet sprzęt do ćwiczeń, ale po jednym dniu nabawiła się poważnej kontuzji...
    Tylko spacery, ewentualnie rower!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rower to zło (zaraz po górach)! A spacery owszem, uskuteczniamy. Nawet porzuciłam samochód na rzecz chodzenia do pracy pieszo, a mam 4 km w jedną stronę. Pikuś.

      Usuń
    2. bieganie, a nawet zwykłe chodzenie bardziej obciąża i niszczy stawy /kolana, biodra/, niż rower, ale jak FB mówi, że to "zło", to strach polemizować, FB locuta, causa finita, LOL...

      Usuń
    3. Słusznie i naukowo. Punkt pierwszy: nauczyciel, a zwłaszcza Frau Be, zawsze ma rację. Punkt drugi: jeżeli pojawiają się wątpliwości - patrz punkt pierwszy!

      Usuń
    4. najważniejsze, że dzwonek jest dla nauczyciela, nie zobowiązuje ucznia do przychodzenia na lekcję, ergo jego nieobecność jest zawsze usprawiedliwiona...

      Usuń
    5. A nie to wisi i powiewa. Ja już maturę zdałam, studia skończyłam i dwie podyplomówki zrobiłam. A jak ktoś chce zostać matołem, to ja mu życia nie układam, droga wolna.

      Usuń
  11. Trzeba by zacząć od czegoś prostszego, na przykład spacer po parku. Patyczkowatych nóżek to my już raczej nie będziemy mieli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie narzekam, jak na mnie, nogi mam szczupłe (ale nie patyczkowate). Górę raczej powinnam odchudzić 😃 a spaceruję codziennie.

      Usuń
  12. Pitolę taki wygibasy, lubię łazić i pływać. I tańczyć of course. No i te koty... Myślę intensywnie o meincooniku, takim dużym i białym, ale trochę się boję reakcji Balbiny, która jest kosmicznie zazdrosna nawet o Nika, z którym jest już ponad 11 lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pitolę. Mnie wystarczają spacery, pływanie (i wodę!) też kocham.
      O Maine Coonie myślą również mój brat i bratowa, ale jeszcze nie wiadomo, jaką decyzję podejmą.

      Usuń
    2. Jeśli na 'tak', to będzie najlepsza decyzja w ich życiu🙂 Polecam mainecoona całym sercem.

      Usuń
    3. Mój brat od bardzo dawna miał koty. Dopiero po zamieszkaniu poza granicami kraju jest bezkotowy i bardzo z tego powodu niezadowolony. Niestety, wciąż muszą odsuwać decyzję, bo od dwóch lat mają inne problemy na głowie, zmagają się z rakiem i operacjami bratowej. Na pocieszenie przychodzi do nich po barierce tarasu ragdoll sąsiadki. Nazywa się Marius Miausen 😃

      Usuń
    4. Nazwisko godne ragdolla🙂 Puszek to... Aslan Caticorn🤭 Ostatnio wspomniałam o okolicznościach, w jakich do nas dołączył. Teraz nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Moim wielkim sukcesem jest zrobienie z męża miłośnika kotów🙂
      Moja koleżanka ma 3 mainecoony🙂 Niebieskiego Lucyfera Morningstar, klasyka Christiana Greya i białego Don Vito Corleone😃

      Usuń
    5. Przepiękne dane osobowe, naprawdę godna tych wspaniałych kotów 😃

      Usuń
  13. Wchodzenie w czyjś matrix cwiczebny....? Dzięki- nie da mnie, mam wlasny wypracowany przez doswiadczenie, ale dobry przewodnk - wskazany dla potrzebujacych i w tym temacie. Naśladownictwo bez uwzgednienia indywidualnych mozliwosci /warunkow-moze skonczyc sie...tylko na tarzaniu lub rozluźnianiu w łóżku tudziez na sedesie...:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tarzanie się widzę jako jedyną ludzką metodę 😂

      Usuń
  14. Ponoć chodzenie najlepsze na wszystko; lubię to, ale przy niektórych typach pogody nie przejdzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzę i przy chodzeniu nie cierpię. Inne dziwności do mnie nie przemawiają, więc ślubuję uroczyście: nigdy więcej!

      Usuń
  15. Ćwiczenia!
    Nóżka w górę, nóżka w bok.
    No, raczej nie za bardzo
    Ale „Połóż się wygodnie i rozluźnij się”.
    Zawsze chętnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zupełnie tak jak ja 😂 Plus tarzanie się - po łóżku 🤣

      Usuń
  16. Odpowiednia dieta jest najlepsza na wszelkie dolegliwości psychosomatyczne. Nie ma co się katować sportami, chyba, że się bardzo lubi i szkoda sobie odmawiać tej przyjemności. Napisałam w końcu maila.

    OdpowiedzUsuń
  17. Przecudny tekścik!!! Tak się uśmiałam, że z pewnością już odrobinę udało mi się "schuść". I to dzięki Tobie :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całą pewnością. A nawet jeśli nie schudłaś, to i tak zyskałaś, bo śmiech to zdrowie! 😃

      Usuń
    2. Ja tylko Paniom przypominam, że patyczaki są bardziej narażone na porwania (przez zbirów, a nawet przez nieco mocniejsze porywy wiatru); nie jestem za sportową posturą typu sumo - najwyższa kategoria wagowa, ale w żadną stronę nie należy przesadzać ;) A tak na poważnie, każdy z nas ma inną budowę ciała i tyle. Mając 160 cm wzrostu, już jako osoba dorosła, która zakończyła proces wzrostu wzwyż, w około 3 lata zbiłam wagę z 63 do 48 kg, a nadal nie miałam "nóżek jak patyczki" i wklęsłego brzucha. Spodnie nadal musiałam kupować o numer większe, bo taką miałam budowę i te, w które wbijała się moja koleżanka (też 160 cm i 48 kg), mnie potrafiły "usiąść" tuż pod biodrami.

      Usuń
    3. Matko cudowna, jakimi Ty liczbami operujesz! 63 kg to jakiś nieosiągalny dla mnie pułap, a 48 kg to już chyba anoreksja albo coś innego, równie niebezpiecznego... Tyle waży na Podkarpaciu szanujący się przedszkolak 🤣

      Usuń
    4. Teraz ważę stanowczo lepiej :D I 63 kg to dla mnie waga marzeń. Póki co wmawiam ludziom, że doświadczenia życiowe też muszą ważyć swoje

      Usuń
    5. Moja psiapsi mawia, że jest taka ciężka, bo kamienie, które ma w woreczku żółciowym ważą sporo, jak to kamienie :)

      Usuń
    6. Ja swojego woreczka musiałam się pozbyć 10 lat temu i już nie mogę zgonić na kamienie żółciowe (a trochę tego było, największy jak przepiórcze jajko)

      Usuń
    7. Kurczę, coś tak dużego...! Aż się wierzyć nie chce.

      Usuń
  18. mnie zmęczyły same nazwy. uważam, że jak się ktoś narobi (fizycznie), to mu żadna siłka i fitnesy niepotrzebne. a tym bardziej ćwiczenia, które w naszym języku nawet nazwy nie mają i muszą zalatywać wyspiarsko. pewnie z bliska śmierdzą rybą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno śmierdzą.
      Nie haruję fizycznie, niestety, ale za to dużo chodzę.

      Usuń
  19. Tylko tarzanie się, a najlepiej ze śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak! Dla mnie również po łóżku, nie pogardzę 😃

      Usuń
  20. Ja byłam mądrzejsza, ubrałam dresy, położyłam się na macie i zasnęłam. Na tym ćwiczenia się skończyły. I tyle. Moja przyjaciółka namawia mnie na głodówkę, ale nic z tego, lubię jeść, więc nie będę umierać z głodu. A patyczakiem byłam w czasie choroby, wyglądałam strasznie, niczym wieszak bez haczyka do wieszania. Nigdy więcej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie byłam patyczakiem i jakoś muszę z tym żyć... Jedzonko kocham, a głodzenie się uważam za zbrodnię przeciwko ludzkości.

      Usuń
  21. Najciekawsze jest to, że nawet w tym całym chaosie widać próbę zmierzenia się z czymś nowym – z tymi ćwiczeniami, z własnymi ograniczeniami, z materacem pełnym kotów. To nie jest tylko relacja o nieudanym treningu, to trochę o tym, że czasem w życiu próbujemy czegoś, co wydaje się proste, a okazuje się być… kompletnie absurdalne. I w tym absurdem jest też jakaś prawda: że wysiłek, nawet jeśli kończy się upadkiem, ma swoją wartość, bo pokazuje, gdzie są nasze granice.

    Plus ogromny plus za szczerość – nie udajesz, że jest łatwo, że jesteś w formie, że fitness zmienia świat. Piszesz tak, jak człowiek, który po prostu próbuje i zalicza przy tym wszystkie możliwe wpadki. To czyni tekst bardzo ludzki i przyjemny w odbiorze.

    Chyba każdy, kto ma koty i materac w salonie, odnajdzie tu swoje małe dramaty i uśmiechnie się do samego siebie. I przyznam szczerze – dobrze, że przynajmniej zakończyłaś relaksacyjnym „połóż się wygodnie i rozluźnij”. To była wisienka na torcie całego domowego cyrku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w formie to ja na pewno nie jestem, a do fitnessu pałam odrazą :) Nie próbuję niczego udawać, bo jetem, jaka jestem i to ja muszę czuć się dobrze sama z sobą. Nie jestem też nastolatką, żeby być przewrażliwioną na swoim punkcie, a zwłaszcza na punkcie swojego wyglądu. Któż zresztą nie miewa wpadek? Wszyscy je miewamy.

      Usuń
  22. Ja akurat chwilowo nie cwiczę..za to zapierniczamy po 18 tysi..
    I dlatego moja droga nie cwiczylam w domu. W domu nie ma warunków 😃😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie ma warunków! :) I w ogóle co to za pomysł... Głupie zaćmienie umysłu miałam i pomroczność jasną!

      Usuń
  23. Ależ były kiedyś te ćwiczenia. 😁

    OdpowiedzUsuń
  24. Ja też zaczęłam z córkami ćwiczyć z cienkimi dziuniami z yt. Zobaczymy na ile starczy nam zapału 😉

    OdpowiedzUsuń